Active lifestyle
To nie jest kolejny blog fitnessowego kaznodziei. Fajnie jest być sprawnym, zdrowym i czasem gnać ku wolności! Dlatego dzielę się tym, co otrzymałem od innych. Jeśli choć jedna osoba z tego skorzysta, to znaczy, że było warto.
2 obserwujących
14 notek
24k odsłony
536 odsłon

Long day in Arctic - Trekking przez Spitsbergen #2

Malownicze ujście strumienia na południowym brzegu Isfjordu
Malownicze ujście strumienia na południowym brzegu Isfjordu
Wykop Skomentuj5

10-ta godzina marszu i kolejna przeprawa przez wpadającą z impetem do fiordu rzekę. Boso wchodzimy do lodowatej wody, nie widząc dna, za to czując silny nurt. Wątpię, by robienie tego było bezpieczne...

Poniższa opowieść jest kontynuacją historii sprzed tygodnia, dostępnej pod adresem: Trekking #1

Chata Rusanowa usytuawana jest w malowniczej scenerii cyplu o tej samej nazwie. Stanowi relikt przeszłości, będąc całkiem nieźle zachowaną pozostałością po dawnej radzieckiej kopalni. Stoi pomiędzy dosyć mocno nadszarpniętym zębem czasu drewnianym tunelem a jeszcze bardziej zrujnowanym (jednak wciąż dającym możliwość przejścia na drugą stronę rzeki) mostem. O jej istnieniu dowiedzieliśmy się od poznanego na kempingu Szymona, który opowiadał nam o swojej zeszłorocznej wyprawie. Na miejscu nie spotkaliśmy żadnych ludzi, okna były pozasłaniane, zaś drzwi – starannie zastawione stertą kamieni. Pomimo dnia polarnego, wewnątrz panowały niemal egipskie ciemności ale dość szybko udało nam się rozpalić w piecu, przez co zrobiło się całkiem przytulnie.

Zbudziłem się ok 17-ej, bo pilna potrzeba zmusiła mnie do wstania po dziesięciu godzinach spędzonych w twardym, piętrowym łóżku. Pijąc kawę, studiowaliśmy książkę gości, w której m.in. jacyś Polacy napisali, że w odległości ok kilometra od chatki można znaleźć węgiel. Z wiaderkiem, pamiętającym czasy Lenina, karabinkiem, oraz górniczym ABC (czekan i czołówka) wyszliśmy na poszukiwanie czarnego złota. Przynieśliśmy cały kubeł tego cennego dla nas materiału, oraz kilka desek do połamania wielkim młotem, będącm na wyposażeniu domku. Dużym wyrzeczeniem było dla mnie odmówienie sobie podebrania gęsiom jajek z gniazda, które miałem na wyciągnięcie ręki ale Mateusz stwierdził: chronione, nie wolno. Resztę wieczoru spędziliśmy w całkiem ogrzanej izbie, nie rozmawiając zbyt wiele, tylko ciesząc się z kolejnej fajnej przygody.

image
Szczątki dawnej górniczej osady na Przylądku Rusanowa – źródło: zasoby własne

Rano, o 12:00 byliśmy najedzeni, wypoczęci i ogólnie na bieżąco ze wszystkimi potrzebami fizjologicznymi – słowem gotowi na dalszą wędrówkę. Kolejny odcinek wyglądał na mapie jeszcze łatwiej od poprzedniego, ale wiele rzeczy może wyglądać bardziej korzystnie w pomniejszeniu 1:250.000... Niestety ciemne okulary złamały mi się na pół, co znacznie obniżyło komfort marszu w wietrznej, słonecznej pogodzie. Po paru kilometrach przeszliśmy przez zdezelowane osiedle, kontrastujące swoją ponurością z piękną pogodą. W leżącym nieopodal ujściu doliny Colesdalen na kilometr było widać efekt oddziaływania słońca, czyli niesprzyjający piechurom, teren podmokły. Nadzieja w nas ożyła, gdy dostrzegliśmy, odseparowaną od brzegu wąską rzeczką, mierzeję.

Ten wariant dużo bardziej nam się spodobał pomimo jednego drobnego szkopułu, którym była konieczność przejścia przez kilkumetrowej szerokości strumień. Najprostsze wyjście to zdjąć buty, podciągnąć nogawki i pokonać wodę na bosaka – zamiast maszerować dookoła Bóg wie ile. Ciekawość w połączeniu z chęcią skrócenia drogi, skłoniły nas do wejścia po kolana w arktyczny potok i muszę powiedzieć, że było całkiem OK. Unoszące się nad horyzontem słońce pomogło nam szybko ogrzać i wysuszyć nogi, które miały wcześniej kontakt z lodowatą rzeką. Z zadowoleniem kontynuowaliśmy wędrówkę brzegiem, gdzie mimo wiatru, było całkiem ciepło, więc szło się miło. Cały czas starałem się zachować wzmożoną czujność, tak aby móc zauważyć niedźwiedzia, zanim to on zauważy nas.

image
Mateusz podczas bosej przeprawy przez strumień na wybrzeżu Arktyki :-)

Kolejne kilometry trasy, przemierzane brzegiem, nie były szczególnie wymagające. Co jakiś czas mijaliśmy domki letniskowe a przy jednym z nich zrobiliśmy sobie dłuższy postój na posiłek liofilizowany z makaronem. Słońce przygrzewało a chatka osłaniała nas od wiatru, więc wcale nie spieszyło nam się do dalszej drogi. Hen na horyzoncie dostrzegliśmy budynek, przypuszczalnie ulokowany gdzieś na przedmieściach Barentsburga. Na oko mieliśmy do niego może z 10 km, czyli nie więcej niż trzy godziny marszu z ówczesną prędkością. Droga wydawała się tak prosta, że aż nieopatrznie wyrwało mi się stwierdzenie, że fajniej by było, gdybyśmy napotkali jakieś trudności. Wtedy jeszcze nic nie zwiastowało rychłego nadejścia końca naszej sielanki.

Dochodziła 21:00 i po krótkim referendum stosunkiem głosów 1:1 wygrał pomysł, by nie rozbijać obozu, tylko iść całą drogę na raz. Pełni optymizmu, narastającego z upływem każdego kilometra, dzielącego nas od celu, dotarliśmy do doliny Hollenderdalen. Według mapy Galileo, przez złożoną z licznych odnóg rzekę, przejeżdża się, prowadzącą do Barentsburga drogą, która jednak nie nadaje się do przeprawy. Ośmieleni wcześniejszymi doświadczeniami z wodą, bez namysłu, postanowiliśmy pokonać te kilka korytek boso ale w ostrogach... Wyglądaliśmy zabawnie w kurtkach, z plecakami i kijkami, mając gołe nogi, jednak szybko przestało nam być do śmiechu. Nurt okazał się być zbyt silny, by móc ustać a głębokość koryta wynosiła może do połowy uda a może po szyję i po chwili zastanowienia w lodowatej wodzie, zdecydowaliśmy o kapitulacji.

Wykop Skomentuj5
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport