Jedno z niepisanych praw w III Rzeczypospolitej głosi, że jeśli coś – instytucja, spółka skarbu Państwa, szpital, etc. – działa za sprawnie i zbyt dobrze, to należy to jak najprędzej przejąć pod swoje opiekuńcze partyjne skrzydła, by wszelkie owoce działalności zbierać odtąd na swoje konto. Ów grzech chciwości politycznej nie dotyka bynajmniej tylko Platformy Obywatelskiej – podobnie czyniły i poprzednie partie rządzące, wychodząc z założenia, że jak nas widzą, tak nas piszą. Niemniej partia Donalda Tuska rządzi już pięć lat i w tym okresie czasu dopracowała takie mechanizmy do perfekcji – czasem aż dotyka smutna refleksja, że gdyby z podobną werwą pracowano na potrzeby Państwa, bylibyśmy o niebo normalniejszym krajem, niż jesteśmy teraz. Niedoczekanie.
Muzeum Powstania Warszawskiego – jednoznacznie kojarzone ze śp. Lechem Kaczyńskim (tu warto zaznaczyć, że wkładu byłego prezydenta Warszawy w założenie placówki nie kwestionują nawet jego przeciwnicy polityczni, co jest zachowaniem godnym) – dotąd było jedyną samorządową instytucją kulturalną posiadającą tzw. Radę Powierniczą – czyli grupę godzącą interesy wszystkich zainteresowanych, tj. kombatantów, historyków i przedstawicieli stołecznego Ratusza. Rada takowa służąc fachową pomocą jednocześnie ma prawo decydować o obsadzie kierownictwa muzeum, jak i wyznaczać pewne kierunki działań placówki na przyszłość. Sądząc po pochwałach, jakimi ze wszystkich stron z Kraju i z zagranicy obsypywane jest Muzeum (abstrahując od swarów na temat zasadności wywołania zrywu powstańczego – chodzi o pochwały czysto merytoryczne) takie rozwiązanie sprawdzało się bardzo dobrze, a placówka była prawdziwą dumą Polski i Warszawy, nawet pomimo tego, że władający nią „pisowcy” byli dla wielu krytyków belką w oku.
Okazało się jednak – zgodnie z przywoływanym niepisanym prawem – że Muzeum działa jednak zbyt sprawnie, za mocno wychyla głowę ponad przeciętność innych placówek i należy, jak to w Polsce, zrównać poziom do dołu, miast spróbować wywindować resztę do góry. Stołeczni radni – inspirowani przez panią prezydent Stolicy – mają w czwartek zająć się statutem muzeum i zmienić go, by wszelkie kwestie personalne w placówce znalazły się w gestii Hanny Gronkiewicz – Waltz. Urzędnicy tłumaczą, całkiem zresztą sprawnie, że naturalnie nie rozchodzi się o odwołanie dyrektora Ołdakowskiego (przynajmniej w najbliższym czasie), a jedynie o ujednolicenie zarządzania wszystkimi muzeami w mieście. Władze miasta sugerują również, że muzeum oszczędzi finansowo, bo posiedzenia Rady – w liczbie maksymalnie dwóch do roku – wymagają wypłacanie diet członkom. Radni PO w Warszawie dodają jeszcze – nie powinno tak być, że jedno muzeum działa na zupełnie innych prawach niż cała reszta. Wprawdzie podobny status mają Muzeum Narodowe i Zamek Królewski, ale gdzie tam Ołdakowskiemu się z nimi równać…już nie wspominając o kolejnym szczęśliwym posiadaczu takiego statusu – Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, czyli nietykalnej idee fixe Donalda Tuska.
Opozycyjni radni – czyli przede wszystkim PiS, ale, żeby było weselej, również SLD – alarmują, że to krok w złym kierunku, a odwołujący miecz Damoklesa, jaki zawiśnie nad dyrektorem zmusi go do pokory i bezzwłocznego wypełniania wszystkich poleceń Ratusza, a gdy już Ołdakowski zrobi swoje, to Ołdakowski będzie mógł odejść, a na skórzanym fotelu zasiądzie jakiś „funfel” pani prezydent z wzrokiem niemo pytającym „cóż by tu jeszcze spieprzyć?”. Mimo sprzeciwu opozycji to PO ma większość w radzie miasta i każde protesty może łatwo wyciszyć. Losy sprawy zdają się więc być przesądzone, chociaż – nawet pod płaszczykiem postępowania zgodnie z prawem i zdrowym rozsądkiem – tempo całej sprawy, plus nieufność, jaką Warszawiacy darzą pomysły pani prezydent (zaznaczam, nie ma to nic wspólnego z decyzjami przy urnie wyborczej – ot po prostu, „ulica” nie przepada za racjonalizatorską działalnością tej wiecznie nienasyconej stołkami i premiami ekipy) sprawia niestety wrażenie, że na chybcika ktoś stara się wrzucić kilogram piachu w tryby dobrze pracującej maszyny. Pewnie głównie z przyczyn polityczno-finansowo-wpływowych, nie ideologicznych, ale jednak pewien niesmak pozostaje.
Zanim jednak podniesiemy larum, zastanówmy się chwilę. Jak mniemam, Hannie Gronkiewicz – Waltz chodzi po prostu o odpowiednie wyważenie proporcji i politykę historyczną pod znakiem „grubej kreski”. Skoro przedstawiciele Ratusza bezrefleksyjnie składają kwiaty pod pomnikiem Rzeźnika Berlinga, to powinni również mieć wpływ na drugą stronę barykady, nieprawdaż?



Komentarze
Pokaż komentarze (53)