Od dawna wiadomo, że miejscami, gdzie kumuluje się najwięcej absurdów w Polsce - poza ulicą Wiejską - są gmachy Ministerstwa Zdrowia i "cudownego dziecka" reformy zdrowotnej - NFZ-u. Wprawdzie podczas pięcioletniej, zapierającej dech w piersiach (Disney już wypytuje o prawa do ekranizacji) przygody grupki chłopczyków i dziewcząt bawiących się w rząd wiele innych instytucji zrobiło wiele, by wyrównać do najlepszych, niemniej gdzie jak gdzie, ale w Zdrowiu zawsze było wesoło. A przy tym i smutno - bo wszystko to było eksperymentowaniem na żywym organiźmie obywatela. Obywatela, zaznaczmy, którego Państwo i Państwem rządzący mają za nic, a im starszy, tym gorszy, bo więcej kosztuje, a pasa wszak trzeba zaciskać - z tym małym zastrzeżeniem, że nie zaczynamy od siebie.
Opowieściami z pogranicza horroru, tragifarsy i komedii bulwarowej w wykonaniu urzędników odpowiadających za Nasze zdrowie można obdzielić kilkanaście notatek. Zadziwiające - dziennikarze piszą, radiowcy mówią, telewizje pokazują, pacjenci narzekają - a pomimo tego Donald Tusk nadal, z uporem graniczącym z bezczelnością wtyka na fotele ministerialne ludzi takich jak Ewa Kopacz, czy teraz skuszony ordynarną polityczną łapówką Bartosz Arłukowicz. Niektórzy dopatrują się w tym celowego działania - swoistej "pełzającej eutanazji" - by odciążyć system emerytalny i zrobić przesiew wśród wyborców popierających konkurencję. Można tak daleko nie sięgać i w zamian zaproponować coś, co jest o wiele straszniejsze - bo dotyczy i innych sfer życia Polski Platformy Obywatelskiej - totalne lenistwo, totalną impotencję sprawczą i totalny brak wykształconych, odpowiedzialnych kadr urzędniczych zastąpionych przez rozbisurmanionych nominatów partyjnych.
W "szóstej potędze Unii Europejskiej", kraju "na niemal sto procent" gotowym do drugiej najważniejszej tegorocznej imprezy na Świecie mamy takie kwiatki jak: człowiek, cierpiący na rzadką chorobę nie dostanie dobrego (a więc i drogiego) leku, jeśli jego wskaźnik masy ciała przekracza normy wymyślone gdzieś w zaciszu urzędniczych gabinetów. Oczywiście, rzadką chorobę leczy się sterydami "tuczącymi" człowieka, więc koło się zamyka. A raczej kwadratura koła. Swoją drogą, gdyby - zgodnie z zasadą, że w zdrowym ciele zdrowy duch - stosować ów wskaźnik (BMI) przy układaniu list wyborczych ludzi, którzy chcą Nami rządzić, to ostałoby się ich bardzo, bardzo niewielu. Inne kwiatuszki - niektóre szpitale dostają grubą forsę na zakup konkretnych leków, cóż jednak z tego, jeśli w okolicy akurat pechowo nie ma chorych mogących być nimi leczonych. Wyjęte jak z horroru Lovecrafta nieludzkie przykłady - jak finansowe karanie szpitali za leczenie pacjentów, albo to, że dajmy na to przy zapaleniu stawów chorzy leczeni są lekiem wskazanym przez ministerstwo, nie przez lekarzy, lub wreszcie historia szpitala, obciążonego niemal milionową karą za podanie leku człowiekowi cierpiącemu na nerki, którego poziom płytek różnił się o tysiąc (49 tys., miast 50 tys.) od limitu ustalonego przez urzędników - można w Zielonej Wyspie Donalda Tuska mnożyć bez końca.
Ministerstwo i "racjonalizatorzy" z NFZ-u bronią się, utrzymując, że za "łzawymi" historiami umierających pacjentów stoją wielkie koncerny farmaceutyczne (którym już Ewa Kopacz wydała słynną "szczepionkową" wojnę) próbujące na cudzej krzywdzie lobbować za swoimi wyrobami. Biorąc pod uwagę jedyną zasadę - czyli brak zasad - panującą na dzikim rynku medycznym jest to naturalnie możliwe. W jakimś tam promilu. Cała reszta to już owoc beztroski, ignorancji, głupoty i braku jakiejkolwiek (nawet czysto ludzkiej) empatii urzędników. Urzędników szeregowych, odpowiadających przed kadrą kierowniczą. Kadrą kierowniczą, złożoną z przyjaciół i kolegów rekrutujących się spośród sympatyków Platformy Obywatelskiej, plus wkład własny Arłukowicza, czyli desant eks-eseldowców w różnym wieku i z różnym (przecież to żadna przeszkoda) wykształceniem.
Posłowie rozdzierają szaty nad dantejskimi scenami, jakie rozgrywały się pod Sejmem przy okazji uchwalania przedłużenia wieku emerytalnego. Jasne, potrzebna jest Nam rzetelna, konkretna debata (przez te słowa nie należy rozumieć czegoś uchwalanego w tydzień) o programie emerytalnym i przecięcie rozdętych uprawnień niektórych grup społecznych. Ale, skoro Donald Tusk zabrał się już za niepopularne społecznie działania "naprawcze" (w przypadku amatorów z rządu cudzysłów jest wskazany), to niechże najpierw - jako kochający Polskę, odpowiedzialny polityk (jego słowa) zadba o to, by miał kto pracować do 67 roku życia. Bez naprawy służby zdrowia i sposobów jej finansowania wszelkie usprawnienia emerytalne będą jedną wielką fikcją i farsą.
A, zapomniałem. Wszak od pięciu lat żyjemy w Państwie, zarządzanie którym jest właśnie jedną wielką fikcją i farsą. I gdyby familia Tusków miała - wzorem dawnych rodów rycerskich - swoje rodowe motto, brzmiałoby ono bez wątpienia : "Jakoś to będzie".
3428
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (34)