- Proszę - Bormann potarł ręką czoło i w tym geście ukazał im się takim, jakim był naprawdę: niemłodym funkcjonariuszem państwowym, pełnym poświecenia, lojalnym i sumiennym, na którego szerokie barki złożono jednak ciężar ponad siły - Proszę, niech pan zacznie, panie Kloss. Kloss zastanawiał się chwilę, czy się nie zawziąć i czy nie odmówić współpracy. Jego polska duma ucierpiała bardzo, został wszak wystrychnięty na dudka, ale uznał, że byłoby to tak dziecinne, że nie pasowało by nawet do niego. Zmarszczył czoło, zebrał myśli, zważył słowa i, po krótkiej chwili, zaczął głosem spokojnym choć zdecydowanym. Brunner spojrzał na niego z podziwem, nieco zaskoczony. „Mołodiec!” pomyślał o nim Stirlitz, bo co nie powiedzielibyście o Stirlitzu, nie był małostkowy.
- Zacząć wypada od pewnego porównania, które pozwoli nam zobrazować pozycję naszego umysłu wobec Boga. Otóż umysł nasz jest słaby, a jeśli przyjmiemy Boga jako hipotezę nawet, to już ta hipoteza implikuje trudność, jako, że Bóg musi przekraczać możliwości jego pojęcia i zrozumienia. Im bardziej zbliżać będziemy się do Boga naszym umysłem, tym bardziej słabnąć będzie nasza zdolność do ogarnięcia jego istoty. Tak jak oczy motyla słabną wobec słońca, tak i umysł słabnie wobec poznania Boga. Konsekwencje przyjęcia hipotezy Boga prowadzą do prostego wniosku, że Boga nie można poznać wprost, w taki sposób w jaki poznajemy inne rzeczy, bo takie poznanie przekracza możliwości rozumu; zmysły i intelekt nie są wystarczającym ani właściwym środkiem do jego bezpośredniego poznania. Ale można Boga poznać po jego dziełach. Tak jak się z obrazu wnioskuje o istnieniu malarza, a z symfonii wywodzi się istnienie kompozytora, tak ze świata, ze stworzenia, złożonego o wiele bardziej niż obraz czy symfonia, wywieść można konieczność istnienia stwórcy. Dróg dowodzenia jest kilka, ale nie należy ich pojmować w taki sposób, w jaki rozumiemy znaczenie słowa: „dowód” w naukach matematycznych - geometrii czy arytmetyce, ponieważ, co każdy rozumny człowiek łatwo zauważy, inny jest przedmiot i materia, w której się mamy poruszać. Pierwsza droga jest z ruchu, jako, że wszystko w świecie pozostaje w ruchu; co należy rozumieć nie tylko jako zwykłe przemieszczanie się w przestrzeni, ale jako wszelką zmianę, czy to położenia, czy temperatury lub innych przypadłości. Jeśli wszystko jest w ruchu, a nic nie może być skutkiem swego samego poruszania, to dla każdej zmiany musi być przyczyna tkwiąca w czymś zewnętrznym wobec tego co się porusza, a taka przyczyna zewnętrzna, aby wprawiać w ruch również musi być poruszona przez coś innego, coś zewnętrznego w stosunku do niej. A że nie można owego łańcucha przyczyn i skutków poruszania się ciągnąć w nieskończoność, przeto mówimy, że musi istnieć pierwsza przyczyna każdego ruchu, która nie mieści się w naturalnym porządku rzeczy jako, że jej już nic nie porusza. Tę pierwszą przyczynę nazywamy Bogiem.
Kloss przerwał, bo zaschło mu w gardle. Bormann natychmiast wyjął spod blatu zielony syfon i małą szklaneczkę z rżniętego szkła, którą napełnił do połowy wodą z syfonu i podał Klossowi, a ten przyjął ją dziękując lekkim skinieniem głowy, wypił ciecz duszkiem, odstawił na blat i kontynuował:
- Myśl opisana drugą drogą zasadza się na obserwacji, że całość zmian, które się dokonują, odbywa się w porządku przyczyn i skutków. Każde zdarzenie ma swoją przyczynę sprawczą będąc jej skutkiem i stanowiąc przyczynę dla skutków dalszych. Jeśli się jakąś przyczynę usunie to tym samym usunie się skutek, jaki wywołuje, zatem nie można usunąć przyczyny nie usuwając skutku. A że łańcucha przyczyn i skutków nie można rozwijać w nieskończoność, zatem przyjąć należy pierwszą przyczynę sprawczą a tę nazywamy Bogiem.
Trzecia droga zaczyna się rozróżnieniem tego co jest konieczne i tego, co możliwe. Obserwacja świata pozwala na spostrzeżenie, że jedne rzeczy giną, inne się pojawiają. Mogą więc być i nie być, a zatem kiedyś ich nie było, jako że to co może nie istnieć niekiedy nie istnieje. Jeśli żadna z tych rzeczy kiedyś nie istniała, to i dzisiaj nie powinna istnieć, bo nie byłoby żadnej innej rzeczy, która wywołałaby ich istnienie, a to prowadzi do wniosku, że obok rzeczy, których istnienie jest tylko możliwe, są i takie, których istnienie jest konieczne, a tę swoją cechę czerpać mogą od jakiegoś innego bytu, którego istnienie jest również konieczne. A że nie możemy ciągu bytów koniecznych wieść w nieskończoność, przeto istnieć musi byt konieczny, który jest konieczny sam z siebie i jego nazywamy Bogiem.
Jest i czwarta droga, a ta prowadzi do Boga poprzez spostrzeżenie, że wszystkie, rzeczy są jakieś, w pewnym stopniu, mają pewne cechy w stopniu większym lub mniejszym. Dla każdego z rodzajów danych rzeczy istnieje najwyższy stopień osiągnięcia danej cechy i rzecz, która posiada daną cechę w najwyższym stopniu jest źródłem powstania rodzajów rzeczy mających tę cechę w stopniu mniejszym. Musi więc istnieć coś, co posiada wszystkie cechy w stopniu najwyższym, gdyż gdyby tego czegoś nie było, to i cech by nie było, w żadnym stopniu. To coś właśnie nazywamy Bogiem.
I wreszcie droga piąta, droga, która wywodzi istnienie Boga z celowości wszechświata. Jeśli zaś byty działają dla jakiegoś celu, nie posiadając rozumu, to muszą być kierowane przez coś innego, co poznaje i prowadzi wszystkie te byty do najlepszego celu i to właśnie coś nazywamy Bogiem!
Kloss wykrzyknął ostatnie słowo, bo już mu sił powoli brakowało, zasapany był strasznie, aż język wywiesił. Widać było, że mimo wysiłku jaki włożył w swoją wypowiedź jest zadowolony i dumny. Koledzy nie szczędzili mu pochwał.
- Brawo! Brawo! - Wołali na przemian Brunner i Stirlitz. Bormann uprzejmie klaskał w dłonie. Kilka nieśmiałych oklasków dobiegło od strony ukrytej w mroku orkiestry.
- No, Kloss, dowiódł pan, że odebrał staranne, klasyczne wykształcenie. Trudno odmówić klarowności wywodowi, który pan nam tutaj przedstawił, ja jednak, przyznaję, że mimo olbrzymiego uznania, dla tego co i w jaki sposób pan przedstawił, odczuwam pewien niedosyt - Bormann był surowym i wymagającym Belfrem - Chodziło nam bowiem nie tyle o przypomnienie klasycznych dowodów na istnienie Boga, bo te z grubsza przestudiowaliśmy, a raczej o osobiste świadectwo, o coś więcej niż intelektualną spekulację - Martin Bormann wstał i zaczął przechadzać się za biurkiem - Owszem, to, że pan w skrócie przedstawił nam pięć dróg, może być pewnym wyjściem dla dalszych rozważań; dobrze jest mieć świadomość tradycji ale, pomimo tego, że je już znamy, to - tu spojrzał na obecnych - nic nam to nie daje.
- Jak to? - Kloss poczuł się trochę dotknięty.
- No znamy, przekonaliśmy się intelektualnie albo i nie i... nic. Zimno. Żadnego doświadczenia transcendencji, żadnej tajemnicy, mózg czysty, wypreparowany, na złotej tacy. Wolelibyśmy usłyszeć coś bardziej osobistego - spojrzał z wyczekiwaniem na Klossa.
- Kiedy ja - zająknął się Kloss - Za mały jestem, za młody, żebym miał doświadczeń takich wspaniałości! Ja nauczyć się mogę! Rozumiem, nie powiem, pamięć mam znakomitą i spekuluję też niezgorzej, ale na doświadczenia to ja niewiele czasu miałem, pięć lat zaledwie!
- A to fakt - Bormann spojrzał na Klossa zaskoczony, jak gdyby zapomniał o tym, o czym wszyscy wiedzieli - Pan wybaczy; jest pan dzieckiem nad wyraz rozwiniętym, przynajmniej w sensie fizycznym, stąd, rzeczywiście, jakoś zapominam o tym. Spojrzał w zadumie w kierunku okna wychodzącego na taras, na ośnieżone szczyty górskie i zamarł. Pozostali podejrzewali, że się zamyślił, ale wkrótce zaczęli dostrzegać zmiany w jego zachowaniu. Coś złego działo się z Bormannem. Zbladł, ręce zaczęły mu dygotać, nerwowo przełykał ślinę a potężna grdyka latała mu w dół i do góry na kolumnowatej szyi. Cóż go tak poruszyło?
- Nalać panu wody, panie Reichsleiter? - zapytał zaniepokojony jego wyglądem Brunner.
- Goering - wyszeptał Bormann ustami zaciśniętymi w typowy dla niego sposób w wąską kreskę - Goering chodzi po tarasie.
Trzej oficerowie spojrzeli z zaciekawieniem w stronę okna. Rzeczywiście po tarasie chodził marszałek Goering; wyglądał tak jak na kronikach filmowych. W pięknym białym mundurze, z buławą przytroczoną do pasa, w czapce z zapiętym pod brodą paskiem. W lewej ręce trzymał kunsztownej roboty teleskopową lunetę i co trochę, z widocznym zainteresowaniem, spoglądał przez nią na skaliste szczyty, czegoś wypatrując.
- Marszałek! - z uwielbieniem pisnął Kloss
- Ale - Herr Bormann, niech pan powie, co pana tak przeraziło? - Stirlitz nie krył zaciekawienia, zachowanie Bormanna było bowiem ze wszech miar dziwne, poza tym wietrzył szansę w fakcie, że Bormann, który do tej pory kontrolował sytuację trzymając ich w szachu, spotkał się z czymś, co zupełnie odebrało mu pewność siebie.
- Tego nie było w książce! - wydusił Bormann a w jego kamiennych, zawsze tak spokojnych oczach księgowego pojawił się strach.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)