DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
57
BLOG

IV.ICH BIN DIE FESCHE LOLA (2) INES

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Kultura Obserwuj notkę 17

    "Czemu nie..." wyławiam z tłumu pierwszą skrzypaczkę. Ma miękkie ręce, zaokrąglone choć nie obfite ręce uduchowionej rzemieślniczki. Burza rudych włosów spływa kaskadą na plecy. Na końcach włosy są związane, żeby nie przeszkadzały, kiedy gra. Suknię ma burgundową, długą, a na końcu falbanę białą, staroświecką, trochę śmieszną. Jej twarz ma regularne rysy: nos wąski, nozdrza lekko rozdęte, oczy w sam raz, ani za duże ani zbyt małe, o kolorze zmrożonego islandzkiego nieba. Jasna cera kontrastuje z oprawą oczu, ze strzelistymi łukami brwi, cieniem rzucanym przez rzęsy. Rysunek ust niezbyt wydatny, nie wulgarny, kąciki lekko opuszczone nadające całej twarzy wyraz spokoju i sennego zamyślenia. Miękka dłoń pieści skrzypce, ciemne, jakby przydymione, skrzypce na wysoki połysk. Różowy paznokieć dotyka słojów drewna. Chyba palisandrowe to drewno, zresztą, nie znam się na drewnie. W każdym razie grają pięknie piekne skrzypce, brzmienie mają czyste, krystaliczne choć jakby czymś delikatnym otulone, jakby coś się jeszcze za tym kryło, jakby nigdy nie pokazywały do końca gamy swoich możliwości; nigdy niewybrzmiałe skrzypce. Skrzypaczka ma na imię Ines i urodziła się w Gabonie, w rodzinie islandzkich emigrantów. Szkołę skończyła u misjonarek, gdzie po raz pierwszy zetknęła się z muzyką. Okazała się być tak zdolnym dzieckiem, że misjonarki wysłały ją do konserwatorium, do Petersburga, studiowała zresztą u Rozestwienskiego, to powinno być w oficjalnych biografiach. Nigdy nie wyszła za mąż. Nie miała czasu, tak bardzo pochłaniały ją ćwiczenia. Wróżono jej karierę solową, ale uparła się, żeby grać w orkiestrze wiedeńskiej. Bardziej cieszyło ją, kiedy słyszała niepowtarzalne brzmienie swoich skrzypiec w chórze innych wyjątkowych skrzypiec. Była prawdziwą personalistką: uniknęła pułapek zarówno bezbarwnego kolektywizmu, jak i wybujałego indywidualizmu. To chyba jedna z najjaśniejszych postaci tej książki. Ines nie zdawała sobie jeszcze sprawy z tego, że jej występ w Kancelarii Rzeszy będzie ostatnim w wiedeńskiej orkiestrze. Wieczorem, kiedy zakończyli pracę i udali się do hotelu Die Blaue Kapelle, położonego malowniczo przy Kinderalee, kiedy już trochę odpoczęła, postanowiła, zaskakując tą decyzją nawet samą siebie, zmylić czujność kolegów i koleżanek, bardzo zazwyczaj dbałych o reputację członków orkiestry, i wymknąć się do miasta. Poniosło ją nieco; świadomość bycia wydestylowaną ze zbiorowego opisu orkiestry, upodmiotowioną po raz pierwszy, odurzyła ją jak butelka dobrego francuskiego szampana. Była to z jej strony wielka nieroztropność, jakiś przebłysk szaleństwa nakazujący jej na chwilę zerwać z abstrakcyjną rzeczywistością partytur i zanurzyć się w strumieniu realnego życia, o czym od dawna marzyła. Strumieniu, który do tej pory przepływał leniwie obok niej, omywając niekiedy delikatnie jej stopy, lecz nie usiłował jej nigdy porwać w głębinę. Mój Boże! Gdybym wiedział, że to uczyni, zadbałbym przynajmniej, żeby plan miasta był bardziej dokładny, bardziej rzeczywisty! Aby nie było na nim miejsc fikcyjnych, frywolnie wymyślonych, naszkicowanych pobieżnie i niekonsekwentnie, a w większej - przyznaję - części wyssanych bezczelnie z palca. Ines, nie zdawała sobie zupełnie sprawy z tego, że zanurzy się nie w strumieniu realnego życia, przedmiocie jej pragnień, a jedynie w realności literackiej fikcji, i że nie będzie dla niej odwrotu. Będzie musiała uporządkować swoje bycie sobą zupełnie na nowo, bez fikcyjnego - ale jednak - paszportu, skrzypiec, partytur i znajomych z orkiestry. Wtedy, wymykając się tylnym wyjściem z hotelu, na dziedziniec, na którym parkowały auta i powozy, w ogóle nie dostrzegała tego problemu. Chłonęła nie znane dotychczas zapachy. Zapach benzyny, zapach skrzętnie ukrytego brudu, zapach wilgoci piwnic, wydobywający się spoza powybijanych szyb piwnicznych okienek. Chłonęła obrazy o estetyce, do której była zupełnie nieprzywykła: umorusanego małego dzieciaka ciągnącego sznurek, do którego drugiego końca przywiązany był ogon psa, a do tego ogona przytwierdzona była w sposób naturalny reszta psa; a w chwilę potem - umorusanego berlińskiego psa ciągnącego sznurek, do którego drugiego końca przywiązana była ręka dzieciaka, a dalej całe dziecko. Przede wszystkim jednak chłonęła dźwięki, których przenigdy nie dałoby się zapisać w partyturze: wrzask tryumfalny dziecka i wycie psa; pełen radości szczek psa i wycie dziecka, gwizd przeraźliwy nurkujących alianckich bombowców, dudniące odgłosy detonacji, nieskuteczną palbę obrony przeciwlotniczej, przekleństwa mężczyzn i lament kobiet, cresscendo opadających kawałków tynku i wreszcie martwą ciszę. Przebiegła przez bramę roztrącając ludzi chroniących się przed odkrytymi dla bomb płaszczyznami ulic. Jej podkute buty zastukotały na bruku. Padało i już wkrótce jej starannie ułożone długie włosy opadały rudymi pozlepianymi pasemkami na czoło, na policzki, na szyję. Burgundowa suknia, zupełnie nie dostosowana do spacerów po miastach, w których trwa bombardowanie, pokryła się pyłem i błotem. Maszerująca ulicą albańska dywizja SS „Skanderbeg” zatrzymała się bez rozkazu, a żołnierze w pełnym rynsztunku rozpierzchli po trotuarach, żeby zrobić jej wolne przejście. Dla tych bałkańskich górali spotkanie z Ines miało się stać nieustającym źródłem podań i legend snutych w długie, zimowe wieczory przy pasterskich ogniskach, których, z ludowej tradycji, nie potrafiła wykorzenić nawet powszechna działalność edukacyjna pana Enwera Hodży. Ines nie spostrzegła jakie wywołała wrażenie, ani też mogła przypuszczać, jakie jej pojawienie się wywoła skutki w folklorze górskich ludów południa. Było jej to zresztą zupełnie obojętne. Szła pełna radości przez wymarłe miasto, które dopiero teraz, po odwołaniu alarmu lotniczego, zaczęło powoli zapełniać się ludźmi. Choć bombardowanie ustało, syreny zawyły w innych, odległych punktach metropolii: w pobliżu Ogrodu Zoologicznego oraz w okolicach robotniczej dzielnicy, najwyżej dwupiętrowych domków i dalej, na północy, w pobliżu dworca Lehrt. Ines spotkała tymczasem starą kobietę pchającą wózek załadowany różnymi gratami. Jej wyostrzony wzrok wyłowił w tym bałaganie połamaną parasolkę, zdjęcie komunijne jakiegoś dziecka i nie znanego jej przeznaczenia żelastwo, chyba zardzewiały granat zaczepny, na którym przysiadł na chwile, potwornie wyczerpany nadążaniem za tokiem narracji, cytrynowej barwy motylek o wdzięcznie brzmiącym mianie Gonopteryx rhamni.

- Moje dziecko - zagadnęła ją staruszka częstując kubańskim cygarem - Czy wiesz może, dokąd przychodzą transporty ze wschodu?

Niestety, Ines nie potrafiła jej pomóc, przyjęła jednak cygaro i umieściła je za swoim lewym uchem, na później

- Bardzo mi przykro, proszę pani, ale ja nie znam miasta, nie jestem stąd, a gdybym nawet była, to chyba i tak nic nie umiałabym podpowiedzieć, bo mam kłopoty z orientacją w terenie, a ponadto bombardowania zmieniają ustawicznie topografię.

- A tak, to prawda - odpowiedział jej staruszka zapalając cygaro - Te wojny zawsze wprowadzają tyle zamieszania, moje dziecko.

- A wiele już pani ich widziała? - zainteresowała się Ines, bo ciekawiło ją wszystko, ale to wszystko.

- A ze sto - mruknęła starowinka i puściła kółko z dymu, wprost w zasnute mgłami wieczorne niebo - Ale kiedyś były inne. Miały... - długo szukała odpowiedniego określenia - O wiele więcej sensu.

- To fantastyczne - zawołała Ines - To naprawdę cudowne - Czy mogłaby mi pani o tym wszystkim opowiedzieć?

- Tak, dziecko, tak, w wolnej chwili, teraz mam sporo roboty.

- A co pani robi? - zaintrygowanie Ines sięgało zenitu.

- Profesjonalne usługi spedycyjne - przedstawiła się staruszka - wyprawiam ludzi... w drogę... w najdłuższą z dróg...

- Szkoda, że pani nie ma czasu. - Ines załamała ręce ze zmartwienia - To wszystko takie ciekawe, fascynujące, wspaniałe!

- Wiesz dziecko - staruszka mocno zaciągnęła się cygarem - że to dosyć odosobniony pogląd, ale cieszę się, że Ciebie spotkałam, to przywróciło mi wiarę w sens mojej pracy. Każdy jest trochę próżny i lubi być od czasu do czasu doceniony.

- Ja na pewno panią szczerze doceniam, czy jeszcze mogłybyśmy się spotkać, w wolnej chwili?

- W dzisiejszych czasach, moje dziecko, to naprawdę nic trudnego, ale umówmy się - spojrzała na nią z sympatią - że to ja ciebie znajdę, ty mnie w każdym razie nie szukaj.

- Dobrze, jak pani sobie życzy - odpowiedziała Ines i dygnęła jak dobrze wychowana pensjonarka. I tak się rozstały. Ines poszła dalej przed siebie, a staruszka w przeciwnym kierunku, zorganizować spedycję dla pani Zofii Pawłowny Schickelgruber trafionej odłamkiem bomby burzącej w potylicę, dla obsługi działa przeciwlotniczego ustawionego jeszcze do zupełnie niedawna w Ogrodzie Zoologicznym tuż obok wybiegu dla słonia, dla stu dwudziestu ciężko rannych, przywiezionych wprost z frontu wschodniego na dworzec Lehrt, i do chomika, który, jak widzimy, zupełnie nieroztropnie, właśnie tego wieczora chciał popływać w stawie. Spieszyła się bardzo, bo była już siódma pięćdziesiąt.

Tak oto Ines spotkała własną śmierć bez dalszych konsekwencji, co dosyć powszechnie uważa się za dobry omen, bo ten, kto ją raz spotka, kto spojrzy w jej ciepłe i spokojne oczy, ten już się nigdy jej bać nie będzie: wie, że przychodzi z cichym westchnieniem o świcie, cicho jak trzepot skrzydeł motyla.

Chodziła po mieście jeszcze siedemnaście dni, błądząc bez celu, żywiąc się produktami z rozbitych wystaw sklepowych. W przerwach pomiędzy nalotami spała, a czasie największego nasilenia bombardowań wychodziła ze swoich kryjówek i buszowała wśród lejów po bombach, dymów pożarów i walących się domów. Strażacy, którzy również musieli pracować w tych samych godzinach, widzieli ją raz, czy dwa i ze względu na burgundową suknię i rude włosy nazwali Jesienią Europy. Siedemnastego dnia, siedzącą na ławce, skrajnie wyczerpaną, choć szczęśliwą, spotkał nasz dobry znajomy Hans Kloss. To spotkanie znacznie wykracza poza czasowe ramy naszej opowieści. Kloss od razu przypadł Ines do gustu, bo był wesoły, bo był Polakiem, bo był szpiegiem, co jej wyznał od razu, zanim się jeszcze przedstawił. Bardzo, bardzo długo stanowili nierozłączną parę. Mniej więcej do chwili, w której do Ines przybyła spotkana kiedyś na ulicy starowinka, żeby odkryć jej sekrety swojej pracy i zaproponować swoje spedycyjne usługi. Kloss także uznał ofertę za interesującą i także z niej skorzystał. Odeszli razem, a zanim to się stało podbili serca kinowej widowni na całym świecie jako nieśmiertelna para amantów z wielu kasowych filmów produkowanych w Hollywood (USA).

Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Kultura