- Też mi - mruknął Bormann, ale cicho i bez tak charakterystycznej dla jego sposobu wypowiadania się aroganckiej nuty. Był jednak pod sporym wrażeniem, bo w głębi duszy był niepoprawnym romantykiem. Przez głowę mu przemknęło, że mógł by się ustatkować życiowo, założyć rodzinę, może nawet rzucić pracę w kancelarii, ale szybko przywołał sam siebie do porządku.
W samą porę, bo oto w sali pojawił się ktoś jeszcze. Wszedł z tarasu, gdzie musiał przez chwilę rozmawiać z Goeringiem, czego nie zauważyli zajęci kontemplowaniem skrzypaczki opowiedzianej poprzez detal. Przybysz wyglądał dziwnie, nawet jak na post-postmodernistyczną powieść. Miał długi czarny płaszcz z kapturem, wielki spiczasty kapelusz z olbrzymim rondem, na którym wyhaftowane były srebrne gwiazdy i księżyce. Przez chwilę przyglądał się kontemplującym, po czym podszedł do biurka i wyjąwszy czarodziejską, plastykową różdżkę, w której, tak jak w swastyce i złotej kuli przesypywał się złoty piasek, puknął nią Bormanna w ramię. Ten odwrócił się zaskoczony, bo od chwili, gdy zdezaktualizował się posiadany przez niego egzemplarz powieści, był nieustannie zaskakiwany. Ale rozpoznał przybyłego od razu i wyprostował się jak struna. - Mein Führer - zaczął ale i tym razem nie dane mu było dokończenie salutu. Przybysz uciszył go kładąc na usta palec wskazujący prawej dłoni w złotej rękawiczce, palec z wielkim pierścieniem.
- Ciii, Martin, ciii - dzisiaj jestem Cagliostro, pamiętaj o tym.
- Ależ tak, oczywiście - Bormann uśmiechnął się ciepło do swojego szefa
- Panowie! - Kloss, Stirlitz i Brunner dopiero teraz zobaczyli, że ktoś pojawił się w towarzystwie - Pozwólcie, że przedstawię was mistrzowi magii wszelkich odcieni, samemu Cagliostro. A oto nasi zaproszeni goście: Kloss - polski szpieg, Stirlitz - szpieg sowiecki oraz pan Brunner, Niemiec z Nadrenii, obecnie w tak modnym w naszym kraju SS.
Czarodziej klasnął w ręce
- Ach, to cudownie, że udało się ich panu tutaj zgromadzić!
- Ależ pan jest - Brunner aż zaniemówił - Pan jest naszym Führerem! Rzekomy Cagliostro zakrył swój charakterystyczny wąsik i zachichotał.
- Ach, cóż ze mnie za gapa, zapomniałem założyć brodę, ten wąsik zawsze mnie zdradza ! Dobrze, skoro już doszło do dekonspiracji... Ma pan rację, to ja. Niemniej, panowie, proszę pozwolić mi pozostać w tym przebraniu.
- Mein Führer - szepnął Kloss zachwycony...
- Mówcie mi... Alfi - powiedział Cagliostro i podał Klossowi dłoń w rękawiczce z wielkim pierścieniem na palcu wskazującym, którą to dłoń Kloss z uszanowaniem ujął i delikatnie ścisnął, jak nakazywała etykieta Później, w ten sam sposób Führer przywitał się z Brunnerem i Stirlitzem.
- No cóż, zapraszam do stołu, napijemy się, panie Brunner, znakomitego reńskiego wina, Ewo! - zaklaskał w dłonie - proszę podać do stołu. Nie wiadomo skąd, niczym wyczarowana czarodziejską różdżką Führera pojawiła się Ewa Braun, ciepła miła kobieta o zmęczonych oczach i z kokiem na głowie. Na dużej blaszanej tacy niosła butelkę wina i pięć kieliszków.
- Nie napijesz się z nami, Ewo? - zapytał Hitler szarmancko.
- Ależ nie, mon petit chevalier, wydaje mi się, że panowie macie mnóstwo ważnych tematów do przedyskutowania, a ja mam jeszcze na dodatek i swoje obowiązki. Aza nie czuje się dzisiaj najlepiej, chyba zwichnęła łapę, zadzwonię do doktora Mengele, może znajdzie jakąś radę.
- Świetny pomysł - ucieszył się Hitler - Mengele to świetny fachowiec, mówię wam panowie. Nawet ostatniego zdechlaka postawił by na nogi, strasznie zaangażowany w swoją pracę, a przy tym bezinteresowny.
- Tak, to prawda - zgodziła się Frau Braun - A później pójdę do ogrodu, poczytać Dostojewskiego.
- Wspaniale - pochwalił ją Hitler - co wybrałaś na dzisiejszy wieczór, mon soleil?
- Chyba zacznę „Wspomnienia z domu umarłych” - odpowiedziała, a w jej pięknych oczach pojawił się błysk fascynacji.
- Ależ tak, kochanie, to taki pogodny utwór, opowiesz mi potem. Ja - tu Wódz zwrócił się do obecnych z przepraszającym uśmiechem - nie mam czasu czytać.
- To prawda, potwierdziła raz jeszcze Frau Braun - Muszę poskarżyć się, że od czasu jak Alfi zajął się tą ohydną polityką - błysnęła zalotnie białymi, równymi zębami - Bardzo mnie zaniedbuje.
- Ależ Ewo! - Hitler wyglądał na speszonego - Nie zawstydzaj mnie proszę przed kwiatem kadry oficerskiej naszej Europy, błagam! Wiesz, że zaplanowałem dla Ciebie niespodziankę na dzisiejszy wieczór, więc swoje winy okupię z nawiązką.
- Mam nadzieję - odpowiedziała muza boga wojny - A teraz, ponieważ widzę, że z niecierpliwością oczekujecie mojego odejścia, by móc powrócić do tych swoich nudnych tematów, pozwólcie mi was pożegnać. Ewa ukłoniła się dystyngowanie, nie zważając na głośne i obłudne zaprzeczenia, i jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Führera znikła, aby się pojawić tylko raz jeszcze w przedostatnim rozdziale. Nie odegra jednak żadnej specjalnie wyeksponowanej roli.
- Ach kobiety, kobiety - westchnął Hitler za odchodzącą, a potem wskazał na biurko przykryte kraciastym obrusem - Zapraszam.
Zasiedli wygodnie na swoich fotelach, a Führer usadowił się w swoim specjalnym chodziku, w którym z przodu zamocowane miał liczydło, żeby mógł sobie coś policzyć, jeśli go najdzie ochota. Przez chwilę chłonęli bukiet reńskiego wina, później upili po łyku rozprowadzając chłodny płyn po podniebieniach.
- Znakomite - pochwalił Brunner - musi mieć więcej niż pięćdziesiąt lat, to chyba tysiąc osiemset siedemdziesiąty?
- Zgadł pan - Hitler nie krył uznania - To wino zrobiono specjalnie na okazję restytucji cesarstwa. Ach, cóż to były za czasy!
- Ale to wszystko blednie przy panu - postanowił przypodobać się Stirlitz, bo i co miał do stracenia?
- Ależ panie Stirlitz - Hitler machnął tylko ręką w odpowiedzi - Proszę mnie nie kokietować - Pan, jako Rosjanin wie równie dobrze jak ja, że nasza Tysiącletnia Rzesza okazała się, tak w sensie militarnym jak i politycznym, wielką klapą.
- To pan o tym wie? - Kloss nie mógł się nadziwić
- Ależ oczywiście, czy ja wyglądam na ograniczonego umysłowo, panie Kloss?
- Ale skąd! - zaprzeczył Kloss gwałtownie.
- Pan jest Polakiem? - zapytał Führer przyglądając się Klossowi ciekawie.
- Tak - potwierdził Kloss - i to pięcioletnim
- To cudownie, naprawdę uroczo, później, poproszę, żeby pan opowiedział nam coś o Polsce i o Polakach, których bardzo, bardzo lubię.
- Naprawdę? - zdziwił się Kloss.
- Naprawdę - potwierdził Hitler. Tu wtrącił się Brunner, który przestawał rozumieć cokolwiek
- Mein Führer... Alfi - poprawił się - jeśli tak, jeśli twierdzi pan, że cała ta wojna to jedna wielka klapa, jeśli lubi pan Polaków, jeśli - tu spojrzał na rudą brodę Bormanna - Martin Bormann jest Żydem, to po co to wszystko?
- To znaczy co? - zainteresował się żywo Hitler.
- No całe to, za przeproszeniem, zamieszanie, po co?
- A bo ja wiem - odparł Hitler i skrzywił się
- Jak to? - tu Stirlitzowi puściły nerwy - przecież to pan jest Führerem, to, według wielu zwykłych, prostych ludzi, pan jest za wszystko odpowiedzialny...
- Nie, nie, nie - dobitnie podkreślił Adolf Hitler pukając otwartą dłonią w liczydło, czym znów upodobnił się do wodza znanego ze Zjazdów Partii - Zostawmy oczywiście na boku kwestię odpowiedzialności, od której zresztą się nie uchylam. Natomiast myli się pan sądząc, że to moja jednostkowa wola, moje indywidualne decyzje były przyczyną czegokolwiek. W każdym razie nigdy nie przewidywałem tego, co się stało, ani nie miałem takich intencji.
- Więc jak to się stało? - zapytał Brunner, mrugając wytatuowanymi powiekami.
- Dobrze, odpowiem panom i chciałbym, żebyście docenili wagę tej chwili, bo nikt inny, do tej pory i nikt później (bo nie zamierzam więcej pozwolić sobie na podobne wyznanie w przyszłości) nie będzie miał podobnej okazji. To czyny świadczą o wyznawanych przez nas ideach, a nie próżne gadanie.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)