- No, bo już się bałem, że przeziębił pan pęcherz! Wszyscy zaśmiali się głośno jak klasa szkolna, co to chce się przypodobać nauczycielowi wypowiadającemu jakiś dowcip pod adresem jednego z uczniów, na dodatek takiego, którego się nie darzy powszechną sympatią.
- Monachium! - Hitler westchnąwszy wrócił do swojej narracji - Nasz pierwszy uliczny teatr ruchu i działania, happening na wielką i niepowtarzalną skalę.
Jakież, wybaczcie panowie wzburzenie, było nasze, moje i moich towarzyszy zadziwienie, kiedy uliczny motłoch, sklepikarze, bankierzy, proletariusze, policjanci i strażacy potraktowali nasz stricte teatralny eksperyment jako prawdziwą rewoltę. Panowie! Dla człowieka obdarzonego przeciętnym poczuciem rzeczywistości było jasne, że nie była to zaplanowana akcja w sensie wojskowym. Gdzie logistyka? Zaplecze, poparcie, uzbrojenie? Nasz teatr został unicestwiony przemocą, a ja i jego kierownictwo dostaliśmy się do wiezienia. Myślałem, że wszystko skończone.
W pewnym sensie byłem nawet i zadowolony: oto życie dopisało brakujący akt do naszego dramatu. Akt groteskowy, lecz mieszczący się w konwencji, jaką w swoim spektaklu przyjęliśmy. Jedno, czego nie mogłem przewidzieć, to to, że nasza akcja spotka się z odzewem pospólstwa, które umieściło nas na płaszczyźnie realpolitik. Dyrektor więzienia prawił mi komplementy, szepcząc konfidencjonalnie na ucho: “Panie Hitler, niech pan zrozumie, mam takie a nie inne polityczne rozkazy, ale serce Prusaka bije po pańskiej stronie”. Odwiedzała mnie zblazowana arystokracja, panowie piali z zachwytu, panie mdlały... Postanowiłem ponownie włączyć się czynnie w tę farsę. Chwyciłem za pióro i napisałem książkę. Tak, miałem zamiar z nich wszystkich zakpić. W roli narratora obsadziłem notorycznego idiotę, snującego paranaukowe brednie. Wszystko opowiadane stylem niechlujnym, językiem szczątkowym, plebejskim, bezradnym. Chciałem im rzucić w twarz tym literackim śmieciem, aby ich upokorzyć. Starałem się. Wiecie, co się dalej stało? Obrzuceni błotem, zajadali się nim jak najświeższym alpejskim twarożkiem. “Jest pan geniuszem!” słyszałem. “Proszę powiedzieć, panie Hitler, jakie pański ruch ma materialne potrzeby?”pytała finansjera wszelkiej rasy i maści. Zakiełkowała we mnie wtedy najzuchwalsza z myśli, które kiełkowały we mnie do tej pory. Ja swoim teatrem uczynię całe Niemcy! Jeśli ten naród, o tysiącletniej przecież tradycji jest na tyle tępy, aby najpodlejszą prowokację i kpinę przyjmować jak religijne nieomal objawienie - dam mu igrzyska! Wtedy spotkałem Leni Rifenstahl. Ach, co za wspaniała dziewczyna! Razem dopracowaliśmy szczegóły inscenizacji i kostiumów, w których miała rozgrywać się akcja naszego olbrzymiego teatru. Ze mną w roli głównej, z milionami statystów. Wspaniałe czasy nastały! Ja ciągle jeszcze pozostawałem w mym sercu wandervogel, jeszcze nie uwikłany, ciągle mający wybór, gotów rzucić to wszystko, jak tylko mi się znudzi, znuży. A zaczynało mnie nużyć. W otoczeniu moim pojawiały się podejrzane typy, kryminaliści, szubrawcy, wszelkie demokratyczne śmieci, które wiatr historii potrafi poderwać do podniebnych lotów. Lecz oto dokonało się: mój teatr ogarnął całe Niemcy. Ein Volk, Ein Führer, Ein Nation! - krzyczał Alfi w uniesieniu, a czapka przechyliła mu się na lewe ucho. Raptem oklapł, uszedł z niego cały zapał. Usiadł w chodziku podparłszy brodę rękami. - Wtedy uwikłali mnie w tę cholerną wojnę interesów, wojnę, która nie przeistacza, nie stwarza na nowo człowieka, ale geszeft, panowie, mały brudny interesik londyńskiego City, nowojorskiego Wall Street. Panowie, przegrałem moją walkę właśnie wtedy, kiedy byłem u szczytu swej artystycznej kariery. Wplątałem się w wojnę - zaprzeczenie wojny prawdziwej, wojny, o jakiej marzyłem! Cwaniaki, oszuści i kanciarze całego globu dostrzegli wielką, niepowtarzalną okazję zrobienia interesu, jakiego świat jeszcze nie widział. Wielka wojna subiektów! Miliony armat, czołgów, haubic, rakiet, samolotów, hełmów, trumien, hektolitry benzyny. Cały ten ekwipaż przestał być środkiem do prowadzenia kampanii. Jego zużycie, i to jak najszybsze, stało się celem. Towarowa masa, której wymagała Wielka Wojna była nie do objęcia umysłem. Domyślałem się zresztą, że ich cele są bardziej dalekosiężne. Moim zdaniem, Wielka Wojna to był dopiero początek. Prawdziwe kokosy zamierzają zrobić dopiero po niej. Co miałem uczynić? Czy załamać się, poddać, zrezygnować z mojej walki tylko dlatego, że włączyli się w nią podstępnie ci mali złodzieje? Podjąłem inną decyzję. Jeśli ma być wojna, to niech będzie na całego; niech będzie to najwspanialsza wojna w dziejach świata, przewyższająca wszystkie inne wojny swoją bezwzględnością, rozmachem planowanych operacji strategicznych, ilością sprzętu, ludzi i zwierząt! Tak, panowie, mój teatr wymknął się w pewnym momencie spod kontroli. Teraz niosą go fale jego własnej, sobie tylko znanej, wewnętrznej logiki. A ja, jak aktor, który nie douczył się swojej trudnej roli, wciąż tkwię na scenie, bo już nie mogę z niej zejść, domyślam się scenariusza, improwizuję kwestie, wciąż pilnując, żeby tragedia nie zamieniła się w burleskę.
I nie obawiajcie się panowie, że nie dogram do końca ostatniego aktu tego dramatu, jakikolwiek by nie był. Zresztą, jak już wspominałem, mam świadomość - wybaczcie mi mój żołnierski język, ale jesteśmy w zaufanym gronie - że ta wojna jest przerżnięta. Nie mam co do tego żadnych złudzeń. Wiem także, że wprowadzając w plany geszefciarzy pewne komplikacje, związane z nadmiarem wywołanego idealizmu, co wpływa negatywnie na dynamikę wzrostu konsumpcji - żeby zatosować ich siatkę pojęciową - wydałem na siebie wyrok. Jedyny możliwy wyrok. Ale nie sparodiuję w ostatniej, finałowej scenie pożałowania godnej roli podsądnego z Nazaretu. Załatwię to sam, w chwili, którą ja wybiorę, albo w ostatniej chwili, kiedy wybór będzie jeszcze do mnie należał.
Hitler uspokoił się, jakby antycypacja obrazu własnej śmierci dawała mu ukojenie. Przez chwilę milczał, zamyślony, z przymkniętymi oczami, jakby nieobecny, po czym drgnąwszy poruszony nagłym dreszczem spojrzał na zasłuchanych gości ze zdziwieniem.
- O czym to ja... - zaczął niepewnie... aha, mówiłem o mojej twórczej i bezkompromisowej postawie artysty. Otóż, panowie, miarą wielkości człowieka oraz narodu, którego ten człowiek jest miniaturą jest zdolność transformacji rzeczywistości w imię wielkiej idei. Mówimy tutaj o świecie materii i ducha, a ja nie wątpię, podobnie jak pan, Kloss, że człowiek jest istotą duchową, tyle tylko, że, wedle mojego rozumienia, ten duch ma zupełnie odmienne niż się panu wydaje przyzwyczajenia i potrzeby. Ludzie być może są równi wobec Boga, Stwórcy wszechświata, lecz to świadczy jedynie o tym, jak niewielkim jego zainteresowaniem się cieszą, jak słabo ich zna - bo gdyby zechciał poznać ich lepiej, to dostrzegłby, że równi być nie mogą. Jedni, na zawsze oddani idei, na dobre i na złe, gotowi są ponieść wszelkie konsekwencje i cierpienia, popełniać w jej imieniu wszystkie zbrodnie i okrucieństwa; są to ludzie dojrzali, bez lęku patrzący w oczy śmierci i nie oczekujący obiecanej nagrody. Inni, pozostają na psim etapie rozwoju - nigdy samowystarczalni, zawsze zależni; albo szukają Pana, albo rozpaczają, że im gdzieś przepadł, to znów merdają ze szczęścia ogonkami, że go odnaleźli. Są wreszcie i tacy, co pędzą życie mineralne, i do tych, niestety, należy ponura przyszłość, co zaraz postaram się panom bardziej obrazowo wykazać. Minerał, jak wiadomo, nie jest obdarzony życiem, a więc i ludzie-minerały nie należą do świata przyrody ożywionej, mimo pozornych podobieństw do istot żyjących. Czy można zamordować minerał? Oczywiście, że nie. Można go jedynie usunąć ze swej drogi, kiedy spowalnia marsz żywych. Nie mówcie mi więc, że winien jestem śmierci milionów istot, bo, zaprawdę, nie były to w swojej ogromnej masie istoty, lecz kamienie. Minerał ma jeszcze i tę ponurą zdolność, że mineralizuje otoczenie; żywe istoty zamienia w posągi, w podobne mu minerały. Odmineralizowanie narodów to pierwsze zadanie stojące przed każdym prawdziwym artystą. Pozostała część ludzkości dzieli się na tych, których przeznaczeniem jest być panami: to Ci, którzy nie ulegając złudzeniom wiedzą, że jedynie potęga może być ich miarą; oraz tych, którzy nie potrafiąc stawić czoła świadomości swojej samotności i samowystarczalności, w kosmosie szukają Pana. Jest oczywiste, że jedni muszą być panami drugich. To oddanie sprawiedliwości tym pierwszym i zaspokojenie potrzeb pozostałych. Największym oszustwem Galilejczyka było zaprzeczenie naturalnemu podziałowi na wolnych i zależnych. Zgódźmy się, panowie, że danie wolności niewolnikowi wcale go nie uszczęśliwia. Krowie albo świni wyrządza się krzywdę, kiedy się ją pozostawi samotnie w dzikim lesie, pełnym pułapek i niebezpieczeństw. Wmawianie niewolnikowi nienaturalnej dla niego potrzeby wolności jest olbrzymią wobec niego niesprawiedliwością. Lecz czy niewolnik nie może zostać wyzwolony? Nie, on może się jedynie samo-wyzwolić. Jak? Albo zabijając swojego Pana, jeśli jest to absolutnie konieczne, albo zamieniając go w swojego z kolei niewolnika, jeśli będzie to dla niego użyteczne. Tą jedynie drogą ustalić można szczeble drabiny społecznej, tak jak się ona samoistnie ustanawia w zwierzęcym świecie.
Człowiek, który wierzy w Boga, jest permanentnym niewolnikiem, bo jego wiara zakłada istnienie transcendentnego Pana, niewzruszonego, wiecznego i wszechmocnego. To najcięższy przypadek niewolnictwa, jaki się może przydarzyć człowiekowi. I tak jak droga do wolności sługi wiedzie przez zabicie Pana, tak droga do wolności dewota wiedzie przez zabicie Boga, albo zmuszenie Go, by z jego Pana stał się sługą i by jego stwórcze moce służyły pomnażaniu jego siły.
Hitler zmęczył się tą swoją przydługa przemową, zamilkł nagle i znów się przygarbił, zgasł, jego oczy straciły swój magnetyczny blask.
- No, wiecie już, panowie, wszystko, nic przed wami nie ukryłem i nic nie zataiłem. Oczywiście, zostaniecie zapewne przy swoim o mnie zdaniu. Nie dbam o to tak samo, jak nie dbam o opinie potomnych czy o werdykt historii. Moje życie jest jedynie konsekwencją moich idei, zaś te, zgodnie z wrodzonym mi zamiłowaniem do ładu i porządku, staram się utrzymywać w stanie należytej spójności i klarowności.
- To wszystko, panie Führer, jest bardzo piękne - zachwycił się szczerze Kloss - Szkoda, że musiał pan zburzyć tyle ładnych domów w moim kraju, ale teraz, jak pan to wszystko tak zgrabnie wyłożył, to przynajmniej wiem, że było to absolutnie nie do uniknięcia.
- No widzi pan - Hitler był wyraźnie ukontentowany trafną uwagą Klossa - Poza wszystkim, panie Kloss, jak już mówiłem, bardzo lubię pańskich rodaków i proszę mi wierzyć, że choć świadom faktu, jak bardzo złe mają o mnie zdanie uważam, że będą mi jeszcze kiedyś dziękować za wszystko, co dla nich zrobiłem!
- Hmm - Kloss nie bardzo mógł sobie to wyobrazić - Myślę, mein Führer, że to nie będzie łatwe.
- Ależ tak, ależ tak - gorąco zapewnił go Adolf Hitler - Niech pan pomyśli, Kloss, jakie zapasy heroizmu i nadzwyczajnej odporności wydobyłem z waszego narodu!
Ilu bohaterów stworzyłem! Dałem temu pokoleniu niepowtarzalną szansę błyśnięcia pełnią człowieczeństwa. Wy tak cudownie potraficie toczyć beznadziejne walki! I hartujecie się w nich jak stal najwyższej próby. Nic was tak nie niszczy jak gnuśny i nudny czas pokoju! Powiem panu cos jeszcze - objął Klossa poufale ramieniem - Strzeżcie się tych, co obiecają wam pokój, dobrobyt i wolność. Niech pan pamięta, to ci właśnie przyniosą wam najgorsze ze wszystkich nieszczęść.
- Dobrze - obiecał Kloss wyczuwając szczere intencje i przypominając sobie, co powtarzała mu babcia, stara, doświadczona Polka: że dobre rady przyjmować trzeba także i od nieprzyjaciół.
- Na koniec naszego spotkania pokażę zresztą panom coś jeszcze, coś porywającego i pouczającego zarazem. Coś, dzięki czemu wszyscy zrozumiecie, jak wiele nas łączy mimo pozornych różnic. Ale teraz chciałbym, żebyście panowie, za moim przykładem, zechcieli opowiedzieć nam o sobie i zrzuciwszy te szpiegowskie maski, odsłonili przed nami swoje wnętrza i osobowości. Zostawmy temat Boga i temat dowodów na jego istnienie na inną okazję. To ważkie zagadnienie, ale dziś wieczorem, wybaczcie, chciałbym poprostu zapomnieć na chwilę o całym Bożym... przepraszam - wódz zawstydził się wyraźnie - świecie. Mówmy o sobie, a raczej: mówcie o sobie, ja dałem już dzisiaj popis nadzwyczajnego gadulstwa.
Omiótł wzrokiem zamilkłe grono w oficerskich (i jednym partyjnym) mundurach.
- Oczywiście, zgadzam się z góry, na dobrowolne auto-ocenzurowanie waszych wyznań, jeśli miałyby być nazbyt osobiste. Chciałbym, żebyście, panowie, poczuli się bezpiecznie i pewnie, jak w domu rodzinnym, a mniemam, że po latach ciężkiej i wyczerpującej służby nam wszystkim taka odrobina komfortu słusznie się należy.
- Jeśli o mnie chodzi - zaniepokoił się Brunner - to jako rodowity Niemiec odczuwam to co pan, mein Führer - podniósł w górę rękę w geście uroczystej przysięgi - “Jeden jest naród i jeden Führer i jedna myśl krąży ponad struchlałym z przerażenia światem” - zaintonował gromko znany z berlińskich dancingów szlagier.
- Ależ tak! - Hitler wpadł w doskonały nastrój - bardzo pana lubię, Brunner - liczę na to, że poniesie pan piękną i heroiczną śmierć na gruzach naszego dumnego miasta.
Brunnerowi czoło się lekko pofałdowało, ale w mig zapanował nad swoimi wątpliwościami i krzyknął gromko - Jawohl!
- Bardzo panu dziękujemy, Brunner. Jestem naprawdę szczerze wzruszony okazaną przez pana wiernością naszej sprawie.
- Martina - spojrzał na przyczajonego za biurkiem Bormanna - Nie będziemy wyciągać na osobiste zwierzenia, bo jest księgowym i jego wewnętrzne przeżycia przypominają wydruk z maszyny liczącej. Stirlitz! Niech pan snuje swoją syberyjską opowieść!
Stirlitz drgnął, wyrwany do tablicy jak niesforny uczniak. Przez chwilę jego wydłużony mózg wykonywał miliony superszybkich operacji, coś tam ważył i koncypował, po czem zagrał va banque - Jak dostanę setkę najlepszego, rosyjskiego samogonu, to wam coś opowiem! Albo dwie - poprawił się, jak tylko jego podługowate zwoje mózgowe dostarczyły mu najświeższych informacji o niedoborach czystego spirytusu w jego wielkoruskiej krwi.
- Tylko czy my to mamy... - Bormann zmartwił się nie chcąc sprawić afrontu cudzoziemcowi w sercu Trzeciej Rzeszy, sercu, które musi być przecież gościnne i czyste. Przez chwilę zniknął za biurkiem, w górę wylatywały papierki, bilanse i zestawienia, wreszcie z triumfalną miną pojawił się w całej krasie swej zazwyczaj nieprzeniknionej fizys, dzierżąc sążnistą flachę, na której wypisane cyrylicą stało: КРЕПЧАЙШИЙ РУССКИЙ САМОГОН.
- Trujemy tym szczury - wyjaśnił z dumą, po czym stropił się, gdyż spostrzegł, że mógł urazić gościa.
- I właśnie o to chodziło - wycharczał Stirlitz niezrażony - Dawaj!
Wzrok mu płonął. Bormann zaczął nalewać mu pół małej szklaneczki mętnego płynu ale nie skończył, gdyż Stirlitz z przeraźliwą siłą wyrwał mu ją z dłoni, wypił jednym haustem i zagryzł szkłem, które chrupnęło mu w zębach jak francuskie ciasteczko.
- Drugie! - zawołał, a wzrok miał niczym rozsierdzony niedźwiedź.
- Ale nie mam już szklanek - Bormann był naprawdę zakłopotany - chyba... że w wazonie...
- Dawaj wazon! - wrzasnął Rosjanin.
- Bormannowi drżały ręce, gdy napełniał porcelanowe naczynie. Po napełnieniu odsunął je szybko od siebie i błyskawicznie schował dłonie pod blat biurka. Zawartość wazonu chlusnęła w szeroko otwarte usta Stirlitza, a samo naczynie poszybowało gdzieś w kierunku bardzo odległej i niewidocznej ściany, gdzie zakończyło swój porcelanowy żywot ze smutnym brzęknięciem.
- Nu... - Stirlitz rozparł się w fotelu. Widać było, że jest o nadwołżańskie niebo bardziej spokojny, zrelaksowany, a nawet szczęśliwy.
- Brawo dla tego pana - Hitler rozanielony klaskał w ręce w zachwycie, dołączył się też Kloss, choć trochę zazdrosny, gdyż i on aspirował do najwyższych światowych osiągnięć w tej dyscyplinie. Ale, tym razem, nie miał co próbować! Trafił na mistrza.
A Stirlitz wyjął machorę zapakowaną w elegancki płócienny woreczek reklamowy z napisem СОВТРАНСАВТО, kawałek sowieckiej ulotki propagandowej, ukręcił coś, co przypominało młot na czarownice, przypalił i strącając popiół na lśniący parkiet, przeniósł ich w świat o odmiennej zgoła konstrukcji.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)