Moja matka: Rosja; ojciec: step szeroki aż po horyzont zdarzeń - naszkicował Stirlitz zarys wielkiej sceny - Na zachodzie - miasta ludne, ludzie dobrzy.
Na wschodzie - bezkres, tajga, tundra, step. Południe - matecznik nasz, dusza nasza tam ukuta: tatarska, kipczacka, mongolska. Stamtąd kowal rdzenia rosyjskiej duszy - Tamerlan. Tam piramida gadająca, w środku ludzie zamurowani żywcem, dziesięć tysięcy konających, żywcem zamurowanych we wnętrzu piramidy, i pies z nimi tańcował. Tam skarby Samarkandy, Bagdadu, droga do Indii i woda dla kozackich koni w Oceanie. Nad nami niebo, a w niebie pusto. Głucho... - Nalej - warknął do Bormanna, a ten, z wyraźnym przestrachem zaczął szukać gorączkowo jakiegoś naczynia, wreszcie, z rezygnacją, podał mu butelkę. Szczury aż zapiszczały z radości, kiedy zawartość ćwierci butli znikła w przepastnych trzewiach. - Oj! - otarł Stirlitz usta wierzchem dłoni i gadał dalej - Ludzie w Rosji dobrzy, z tamerlanowym rdzeniem, w szubie bizantyńca, szuba gęsto poprzetykana złotem, niełatwo zrzucić taką szubę ale da się. Ludzie w Rosji szczerzy i ufni, co w sercu, to na języku. Ludzi dużo i życie tanie, a że wszyscy mają serca złote, to nie żal. W Rosji musi być Car. Tak jak ojciec w domu. Jak Cara nie ma, to i Rosji nie ma - wszystko się zaraz na szwach rozłazi, pęka. I Car, jak ojciec, twardą rękę mieć musi, łby ścinać musi, pod stienku stawiać musi, bo jak się nie sroży, znaczy się: nie kocha. A jak bije, to kocha. Człowiek w Rosji dobry i potulny, chleba mu dasz - po rękach z wdzięczności pocałuje, w łeb mu wypalisz - bez skargi nijakiej zdechnie. Dobrzy ludzie, dusze szerokie... A Jewropa?... taki półwysep zachodni kontynentu, nic ważnego zda się, a same tam mieszkają straszne oszukańce. Dawno by przed Carem na kolanach, dawno drogi by francuskimi i niemieckimi czaszkami ulice w Moskwie brukować trzeba, ale to podstępne i podłe złodzieje. Wszyscy - oszukańce. A Polaki - spojrzał na Klossa - sprzedawczyki. Wiedzą szuje, że u nas ludzie ufni, tak i oszukują - jak psy. Sami siebie też oszukują, nie masz u nich żadnej myśli, której by nie rozmienili na drobne, nie wymienili na monetę. Jak się tylko jaki płomień idei zrodzi, to na ten płomień leją wodę kompromisu, żeby się nie rozniosło. Nigdy do końca, nigdy naprawdę. I dlatego matka Rosja musi podnieść płomienie tych myśli, co na zachodzie marnieją. Na swoim własnym ciele żywym wypróbować musi, co dla człowieka dobre, co złe. Tak i próbuje, a wdzięczności żadnej, serca ani trochę. Powiedzieli na Zachodzie mądrzy ludzie, że Boga nie ma. I słusznie! Bo nie ma. Ale jak Boga nie ma, to żadnej nie może być ekskuzy dla popa ni bogacza! Trudno, to i cara zabić trzeba! A na zachodzie? We Francji rewolucja? Dobrze zaczęta, a nie skończona. Nędzny kompromis. I dopiero szczery rosyjski człowiek, na poważnie, sercem gorącym oddany idei zabrał się za przeobrażanie świata. Pan mówi - łypnął na Hitlera i znowu tęgo pociągnął z butelki - że pan morduje dla piękna, a gdzie piękno? Nie wolno nikogo zabijać dla piękna. Z konieczności - jak trzeba - to trzeba. Co za piękno w rzeźni? W rzeźni robota do zrobienia; każą człowieku, robisz, ot co. Ale bez zadowolenia, bez radości. Los. A robotę trzeba wykonać dokładnie. Wóz podjeżdża - buda blaszana, w środku skrzynki na sztorc; jeden człowiek w jednej takiej klatce, biedaczek ani siedzieć ani stać, skulony taki, czołem o drzwiczki oparty, męczy się. To serce nie pozwala tak go trzymać w tej klatce. Kiedy jechał, wiadomo, że tak jechać musiał, bo takie są przepisy, ale, skoro już stoją? Drzwiczki otworzyć trzeba, niech się nawdycha powietrza, a świeże to powietrze, balsamiczne, rosyjskich lasów. I pod pachy, żeby nie upadł, kroków pięć, nad dół, na kolana, sam leci, bo ręce ma związane z tyłu, nie podeprze się, tylko go podtrzymać trzeba, żeby nie upadł, twarzy nie pokaleczył - No, kolego, popatrz na swoich, leżą w dole grzecznie, poukładane buntowszcziki jak malowanie. Popatrz na kolanach! Zanim zrozumie - job z nagana, do towarzyszy swoich leci jak wór. Prawdę powiedziawszy to do tej roboty specjalnie dostaliśmy nowiutkie niemieckie Waltery, kaliber 7,65 milimetra, poręczne i niezawodne. Nagan za ciężki, ręka się męczy w nadgarstku i łatwo przestrzelić. A przestrzelić nie trzeba! Jak przestrzelisz, - to się biedniażka zestresuje, umęczy, a z ludźmi trzeba delikatnie. Pół godziny - po transporcie. Umęczony człowiek, usiąść może nareszcie; wódki naleją, słoninę wetkną w rękę. Dobra robota, na dworze, to i apetyt dopisuje. Zeki się zbiły w kupę pode drzewem, pod brzózką, zadowolone łachudry, że popatrzyli. Nie wiedzą jeszcze, że na koniec jak dół zasypią wapnem, jak się należy, to wkoło niego tak samo skończą jak psy.
- Misza - mówię do kolegi kiwając głową w kierunku roześmianych zeków - patrz, trupy się śmieją, cieszą, palcami pokazują, widziałeś kiedy, żeby trup palcem ruszał?
- No, mówi Misza, każdy przyszły trup - palcem j e s z c z e rusza, ale to już niedługo.
- Pij Misza - mówię - Po co ci takie czarne myśli przychodzą do głowy, po co?
- Zimno - wzrusza ramionami Misza - to i zły człowiek, nerwowy. Żuje Misza słoninę, zagryza czarnym, razowym chlebem. Spogląda na ciała w dole, wtem wstaje i trzymając kawał chleba w ustach, z butelką wódki w lewej ręce podchodzi nad krawędź dołu, wyjmuje pistolet, odbezpiecza, co idzie mu niezbyt zręcznie, bo boi się upuścić butelkę, wyciąga prawą rękę strzela. Przez chwilę patrzy czujnie, pochylony, potem odwraca się, idzie spokojnie do pnia, siada i mówi - Ręką ruszał gad.
- Czemu gad, Misza czemu, gad? - oburzam się - człowiek Misza, jak ja i ty, różnica taka, że on miał pecha, a ty jak na razie nie.
- Nu... - zgadza się Misza żując słoninę - prawda. Wot - pechowiec. Czasem się zdarzy, że w łeb strzelisz a ten, twardy taki, żyje. Ale - zwraca ku mnie swoją szczerą słowiańską twarz - lepiej dobić niż zasypać, człowiek się tak nie umęczy...
- Prawda - potwierdzam. Misza jeszcze coś tam prawi, ale już go nie słucham, myślami już jestem gdzie indziej. Myślami jestem na kolacji u Zofii Pawłowny. W tej dziurze w środku lasów to prawdziwy salon. Kulturalny. A Zofia Pawłowna prawdziwie światowa kobieta, literatka, wiersze pisze. Przyszedłem do niej po raz pierwszy, zaproszony przez jednego lejtnanta i od tamtej pory zawsze chodzę. Dzisiaj pójdziemy razem z Miszą. Zofia Pawłowna opierała się trochę, bo słyszała, że Misza prosty chłopak, ale ubłagałem.
- Ciepły - mówi tymczasem Misza trzymając lufę Waltera - dobry, i tak mało się grzeje. Niemiecki, najlepszy do tej roboty.
- Ciepły - potwierdzam kładąc dłoń na lufie swojego. Nawet nie zauważył, że go nie słuchałem. Ale już jadą czornyje worony, koniec gadanie, robota to nie wczasy na Krymie, pogadamy potem. Odganiam sprzed twarzy jakieś robactwo. Motyl, psia twoja mać, żółty taki, nietutejszy. Trafiony końcem palców zatrzepotał bezradnie i migotliwym ruchem poszybował w górę, pomiędzy drzewa, ku słońcu.
Na razie, Misza, bierz swojego, ja swojego, nad dół. Job z nagana, job z nagana. Szybko sprawnie. Ja i Misza najlepsi w całej kompanii. Dowódca powie przed frontem oddziału, “No dzieci, serce rośnie patrząc na takich jak wy chwatów”!
W czoło pocałuje, bo dowódca jest jak ojciec, kiedy trzeba opierniczy, kiedy trzeba, do szerokiej piersi przytuli.
Jest już późne popołudnie, kiedy wracamy z Miszą z roboty do miasteczka. Misza wyskakuje z szoferki w biegu - Do zobaczenia wieczorem - krzyczy, uśmiecha się i macha czapką. Widać, że zadowolony jak dziecko. Też macham mu ręką.
W domu kąpiel, golenie, długo myję ręce; trzeba jeszcze wyfasować mundur, powieszę na szafie, niech czeka. Potem do łóżka, przespać się ze trzy godziny, żeby w kulturalnym towarzystwie wyglądać jak człowiek. Snów już od dawna nie miałem w ogóle, teraz jednak śni mi się twarz jednego polskiego oficera. Nie trzeba oglądać twarzy, niehigienicznie... Czasami się jednak przytrafi, że się wyrwie albo wypadnie, wtedy oczy się spotykają, nieme pytanie z jednej i brak odpowiedzi z drugiej strony. Ten w moim śnie krzyczy do mnie z dołu: “Chodź, Władimirze Stiepanowiczu, chodź!” Podchodzę do dołu, jak Misza, pruję serie z automatu. Skąd automat? Ale on nie przestaje krzyczeć, wołać mnie, inni za to zaczynają; skąd znają moje imię? Nie widzieli mojej twarzy. Ja pruję z automatu, ale nic, nie przestają. Budzę się, cały zlany potem. Pies ze snami - mruczę ja do siebie ze złością. Sen to głupota. To, co się człowiekowi śni, znaczy. Aż dziw, że człowiek pół życia marnuje na takie błazeństwa. Ubieram się powoli, starannie. Glancuję buty. Dobrze, że sucho dzisiaj. Wstyd byłoby do Zofii Pawłowny w ubrudzonych butach!
Przychodzę o siódmej. Misza już jest.
- Całkiem szarmancki ten twój Misza, Władimirze Stiepanowiczu, kwiaty przyniósł - mówi Maria Pawłowna na ucho, obejmując mnie ramieniem na przywitanie. “Wstyd, myslę, że ja kwiatów nie wziąłem.” Taki Misza: prostak, a umie się zachować.”
- Koniak przyniosłem - cały czerwony ze wstydu podaję butelkę.
- Ha, ha, ha - perliście śmieje się Zofia Pawłowna - To znaczy, że ma towarzysz niecne zamiary - grozi mi palcem zabawnie i wprowadza do saloniku. Misza, rozparty na kanapie, opowiada jak zwykle kawały. Wszyscy się cieszą. “Do diabła, Misza, nie wiedziałem, że z ciebie taki lew salonowy!” W saloniku obok Miszy jest jeszcze emerytowany generał, który kiedyś, jako młody oficer służył w Konarmii Budionnego. Stary Pierdoła! Opowiadał o swoich zasługach, o szarżach ułańskich do znudzenia. Zawsze się śmialiśmy, że po kampanii polskiej musiał mieć niezłą bliznę na dupie. Jest nauczycielka, młoda, długa jak tyka i sucha. W okularach, twarz ma jak koza, mówi cieniutkim falsetem, śmiejąc się zakrywa usta. Jest też felczer, Żyd zruszczony, oraz sekretarz Komitetu Obwodowego Gawryłow z żoną wielką jak dwie beczki śledzi. On sam: tłuste chłopisko o tubalnym głosie; śmiejąc się pokazuje złote zęby. Ma brodawki na brodzie i polikach, które się trzęsą, kiedy mówi. Wkoło trochę młodzieży.
- Proszę, proszę, Władimirze Stiepanowiczu, wejdźcie - Zofia Pawłowna prowadzi mnie za łokieć i sadza obok nauczycielki, która jest wyraźnie zachwycona, ja mniej, do diabła, jak bym usiadł koło kozy. Jestem rozdrażniony, nie mogę zebrać myśli.
- Herbatki? - pyta Zofia Pawłowna widząc, że jakoś nie czuję się najlepiej.
- A tak, chętnie - patrzę na nią z wdzięcznością.
Zofia Pawłowna przynosi imbryk z gorącą wodą, drugi mniejszy imbryczek z ciemną, parującą esencją, elegancką filiżankę i talerzyk z rąbanym cukrem. Wsadzam cukier w usta i zapijam cierpką herbatą. Zaczynam przysłuchiwać się rozmowie.
- A wtedy baba mówi: “A gdzież on jest?” - Misza kończy ograny dowcip, a wszyscy śmieją się do rozpuku. Brodawka na brodzie sekretarza Komitetu Obwodowego podskakuje, nauczycielka meczy z wielkiego ukontentowania. Uznaję, że też wypada udać śmiech. Misza patrzy nam mnie i bierze moje zachowanie za dobrą monetę.
- A wy, Władimirze Stiepanowiczu - mówi do mnie - może wy znacie jakiś dowcip?
- Nie, Misza, nie mam głowy do dowcipów - odpowiadam i krzywię się pociesznie.
- Towarzysz lejtnant zmęczony dzisiaj - sekretarz klepie mnie po imieniu - ciężka służba, jak rozumiem, ciężka służba...
- Ano, ciężka... ale idzie wytrzymać, Towarzyszu sekretarzu - odpowiadam i patrzę mu hardo w oczy, aż widzę strach. Boją się nas. Mam tego świadomości, choć rzadko to wykorzystuję. Oczywiście, Towarzysz Sekretarz nie wie, co robimy, i woli nie wiedzieć. NKWD niepodzielnie rządzi ćwiercią obwodu Towarzysza Sekretarza. I lepiej nie wiedzieć, co NKWD robi. Jestem pewien, że ten strachajło przez najbliższe dziesięć lat, jeśli dożyje, nie zbliży się nawet do lasu. “Spokojnie, spokojnie, Towarzyszu sekretarzu” - mówię do niego, ale nie na głos, w myślach - “posadzimy sosenki, piękny sosnowy zagajniczek, po latach śladu nie będzie, sekretarz jakiś nowy dziewuchy będzie woził do lasu, na górce obok zagajniczka usiądą, pod brzózką, wódeczki popiją. Firma nie zostawia śladów, burdelu wam tu nie zrobimy, nie bójcie się, Towarzyszu... “
- A właśnie - kozim głosem wtrąca się głupio nauczycielka - Powiedzcie nam coś o waszej służbie. Patrzy na mnie żółtymi oczami, pozbawionymi wyrazu, wytrzeszczonymi oczami zwierzęcia. Pełnymi zachwytu. Dolna szczeka jej nieco opada i spod górnej wargi widać dwa wystające kozie zęby.
- To niewdzięczna i odpowiedzialna praca - odpowiada jej Misza miarkując, że jestem w opałach - Zajmujemy się szanowna Towarzyszko Kozajewa utrzymywaniem czystości w naszym obwodzie. Tak, Towarzyszko Kozajewa, deratyzacja, dezynfekcja, dezynsekcja, podnoszenie higieny, o co tak apeluje Biuro Centralne.
- Ach tak, to wspaniale! - meczy Kozajewa w euforii, a ja patrzę na Miszę z wdzięcznością - Tak - potwierdzam - dezynfekcja, dezynsekcja i deratyzacja.
- Nasz rząd - wtrąca poważnie Zofia Pawłowna - Zawsze pamięta o nas, ludziach pracy.
- Ależ oczywiście, oczywiście - potwierdzają podskakujące brodawki na nalanej twarzy Pierwszego - Podnoszenie ogólnego poziomu życia ludności to pierwsze zadanie Biura Centralnego i specjalna troska samego Towarzysza Stalina.
- To jak to jest Towarzysze - pyta niespodzianie młodzian w komsomolskim mundurku, który do tej pory spokojnie podpierał ścianę - Że zachodni imperialiści, nawet stojąc wobec oczywistych faktów naszej cywilizacyjnej wyższości, wciąż odnoszą sukcesy powstrzymując światową rewolucję w swoich krajach?
- To proste, Towarzyszu. Zachodni imperialiści mamią klasę robotniczą zachodu swoją propagandą. Lecz już niedługo! Towarzysz Stalin, razem z Towarzyszem Hitlerem, wielkim przywódcą niemieckich socjalistów, już wykazali kruchość i słabość burżuazyjnej demokracji. Pożar światowej rewolucji, do tej pory tlący się zaledwie, już wkrótce wybuchnie ze zdwojoną siłą - odpowiedział Towarzysz Pierwszy Sekretarz posyłając mu pobłażliwy uśmiech.
- A kopyta naszych koni zastukoczą na brukach Paryża, Londynu i Nju Jorku - woła Misza wznosząc szklankę.
- Za Ojczyznę i Stalina! - wołają gromko brodawki i wychylają szklankę do dna. Też wypijam. Misza nie daje wytchnienia i nalewa drugą. Oj, Miszka, żebyś nie przeholował, jutro robota jak co dzień!
Pijemy jednak, a Miszka dalej nalewa. Zofia Pawłowna tymczasem wnosi patefon, trofiejny patefon przywieziony przez Pierwszego z Grodna, co wywołuje entuzjazm.
- Tańczymy - woła Zofia Pawłowna i bierze mnie pod rękę. Pierwszy nastawia patefon, nakłada płytę i wkrótce, zza trzasków wyłania się walc. Słów nie rozumiem. Ktoś tenorem śpiewa po polsku, bo razem z patefonem przyjechały z Grodna polskie płyty. Ale co tam, walc, to walc. Wszystko wiruje wkoło, podłoga, sufit, ja i Zofia Pawłowna, która wyraźnie czuje miętę do mnie. Już cały pokój wypełniony tańczącymi. W takt polskiego walca suną w kołach grażdanie i towariszczi: Pierwszy z żoną, grubą jak dwie beczki śledzi; felczer z komsomołką o rudych włosach; emerytowany generał z nauczycielką, podrygującą na chudych nogach jak na szczudłach. Miszka tuli drugą komsomołkę; reszta towarzystwa stoi pod ścianami, bo już nie ma miejsca dla chcących tańczyć. Wreszcie - ostatnie takty walca. Roześmiani, rozbawieni wracamy na swoje miejsca, a tam już Miszka polewa kolejne szklanki. Chwila odpoczynku i znów w tany; jakaś melodia nieznana, obca, chyba polonez. Kroków nikt nie zna, ale co tam, tańczy Miszka kazaczoka przy tym polonezie, co wygląda pociesznie, bo rytm dostojny, a Miszka wywija nogami nie w takt. Uradowali się wszyscy. Generał-emeryt unosząc ręce nad głową kręci się wkoło Miszki, zwijamy się ze śmiechu. Wreszcie i polonez kończy się. Już nieźle wszyscy pijani. Co tam, prawdę powiedzieć trzeba, że sowieckim zwyczajem pijani wszyscy w trupa. Histeryczny rechot raz po raz bucha w sufit salwami jak katiusze, każdy coś krzyczy, a jeden drugiego już i tak nie rozumie. Ktoś osuwa się na patefon, igła szoruje w poprzek płyty z przeraźliwym piskiem i zatrzymując się w środku ostatniej piosenki. Piosenka smutna, serce rozdzierająca, wolniejsza dużo od poprzednich i lepiej można słowa zrozumieć: śpiewa ktoś czystym sopranem o żołnierzykach na wojnie i o tym, że jakaś dziewczyna czeka...
Cichną towarzysze, wsłuchują się, bo choć słowa nie zawsze zrozumiałe, to i tak wiadomo o co chodzi; na całym świecie śpiewają teraz piosenki o chłopcach, którzy nie wrócili z wojny. Słucham ja, słucha Zofia Pawłowna rozmarzona, słuchają wszyscy. Nagle przewraca się stół, spadają z brzękiem na podłogę talerze, wybucha pod powałę ryk, zwierzęce wycie. We łbie mi się już nieźle kołuje ale drżę i ja. To Miszka, druh mój wyje! Pijany w sztok, ledwie się na nogach trzyma, usta rozwarte ma szeroko aż widać do szczętu popsute trzonowe zęby. Zofia Pawłowna biegnie, żeby go uciszyć lecz ten wali na odlew w twarz Zofii Pawłowny. Ta zatacza się i upada wprost pod nogi generała-emeryta, któremu wydaje się widać to wszystko bardzo zabawne, bo mało z krzesełka nie spada tak chichocze. Już tylko on. Chcę się podnieść, Zofię Pawłownę podźwignąć z podłogi, ale nie mogę, nogi mi jakoś odmawiają posłuszeństwa.
- Towarzyszu - bełkotliwym głosem mówi Pierwszy sekretarz Komitetu Obwodowego Partii Gawryłow - To nie po proletariacku tak Towarzyszkę Zofię Pawłownę - czka - po mordzie, za przeproszeniem, walić jak psa...
- Milcz, ścierwo - odpowiada mu Miszka głosem strasznym. Wzrok mu płonie, zupełnie nie podobny do tego Miszki, kolegi z roboty, spokojnego, sumiennego, koleżeńskiego Miszki - Milcz - powtarza raz jeszcze - Jak mówisz ścierwo do eNKaWuDzisty - Czy ty wiesz, kto ty jesteś? - podsuwa Sekretarzowi, który pobladł jak papier swoją pięść w kułak jak bochen chleba - Trup jesteś! Wszyscy zamierają, milkną, teraz tylko Kozajewa czka, raz za razem, nie mogąc się pohamować.
“Trzeba go wyprowadzić!” - myślę - ale dalej siły nie mam się ruszyć. “Przeklęta wóda!”
- Trup - powtarza Misza w zamyśleniu, po czym staje twarzą do nich jakby miał wygłosić jakiś manifest albo z trybuny honorowej oddać salut pierwszomajowemu pochodowi
- A czy wy wiecie, kto ja jestem? - pyta tocząc zamglonym okiem. I sam sobie odpowiada - Ja Bóg jestem! Ja jestem Car! Ważniejszy od samego Józefa Wissarionowicza!
- A wiecie dlaczego? A? Nie wiecie? Bo ja - puka się wskazującym palcem w pierś - Bo ja buduję nowy świat. Ja sam. Z Wołodią tylko - patrzy na mnie i się uśmiecha.
- Wy tu, job wasza mać, z ustami wypchanymi frazesem budujecie komunizm, tańczycie polskie tańce, żrecie rybę, pijecie herbatę... Tak budujecie komunizm. A Towarzysz Stalin, w swoim kremlowskim pałacu studiuje mapy, pali fajkę, może też polskich słucha piosenek... Wokół niego gnie się w ukłonach jego świta. Towarzysz Mołotow usłużnie podsuwa pióro, Towarzysz Litwinow proponuje czaj, adiutanci dbają o porządek, kucharze szykują kawior i szampanskoje dla Towarzysza Stalina. Tak on buduje komunizm. Wygodnie. W luksusie. A ja - tłucze się teraz pięścią w pierś - Też buduję. Wyciąga prawą dłoń i pokazując dwa palce imituje strzał z pistoletu. - Job, i mózg na trawie. Job, i mózg na drzewie. Sto razy dziennie, dwieście. “Czy to przyjemnie?” - zapytacie. Nie, nieprzyjemnie. Ale gadać to każdy umie a robota się sama nie zrobi. Kto zaprowadzi komunizm w całej Europie? I na świecie? Miszka. I Wołodia. Na najważniejszym odcinku frontu. Razem z muchami, zgniłym mięsem polskim, z mózgami, co je wydziobują wróbelki i sikorki spomiędzy krzaczków... z rękami we krwi po łokcie...
Staje zamyślony. Nauczycielka wymiotuje na dywan, komsomołki w bek, Pierwszy Sekretarz Komitetu Obwodowego Gawryłow, nagle otrzeźwiały, chyłkiem opuszcza nasze zebranie, razem z brodawkami i grubą żoną jak dwie beczki śledzi. Tchórz! Jak oni wszyscy. Wstrętna, tłusta gnida. Nawet wiem, co zrobi. Poleci prosto do Komitetu Obwodowego, trochę się brudząc ze strachu po drodze. Wpadnie zdyszany i śmierdzący do portierni, wykręci właściwy numer i zda relację, prosto do Moskwy. Miszka już trup i chyba nawet o tym wie. Ja - jeszcze nie wiem. Zależy od Towarzysza i jego brodawek. Ile nakłamie, ile prawdy powie. Moje życie w lepkich gnidzich łapkach. Zofia Pawłowna patrzy tymczasem na Miszkę szeroko otwartymi oczami, z kącika ust sączy jej się strużka krwi, wreszcie wybucha szczerym, głośnym płaczem. Płacze tak, z nosa jej cieknie, łzy rozmywają tusz i płyną ku okrągłemu podbródkowi zostawiając na policzkach dwie czarne smugi. Miszka patrzy na nią bezmyślnie po czym, imitując raz jeszcze strzał z pistoletu, kieruje dwa złożone palce w jej stronę - Job, i mózg na ścianie, job, i mózg Towarzyszki Zofii na Towarzyszu emerycie, zamiast medali... Job! job! Job! - celuje zmrużywszy jedną powiekę, po kolei, do zarzyganej Kozajewej, do pobeczanych komsomołek i do felczera, zruszczonego jewrjeja
- Co, nic nie mówicie? - Patrzy na nich i uśmiecha się drwiąco - czemu nie chwalicie? Towarzyszko Kozajewa - podchodzi krok w jej kierunku, a ta kuli się na sofie - Co żeście się tak wszyscy zafajdali? - przygląda się z obrzydzeniem Zofii Pawłownie, komsomołkom napuchniętym od beku i Kozajewej. - Kozajewa!!! - ryczy - Suko! Czemu nie szczebioczesz, co się nie zachwycasz? Wszak dzieci uczysz w szkole, jak budować komunizm. A jak budować? Ja buduję! Ucz się i ucz dzieci! W mordy imperialistyczne plujecie, psy wieszacie, ale rączek żadne nie chce ubrudzić, żadne nie chce wiedzieć nawet! A to jest kawał ciężkiej roboty, co ją za was odwala Misza razem z Wołodią! Zatacza się w stronę patefonu, chce wziąć do ręki płytę ale strąca wszystkie na podłogę. Dwie, wysunąwszy się kopert suną, czarne księżyce w pełni. Jedna klapie przy buciku Zofii Pawłowny, druga wypada do przedpokoju i tam gdzieś ginie.
- O! - mruczy Miszka z natężeniem wpatrując się w jedyny krążek, który mu został w ręku, a lekko się chwieje, w przód i w tył, przy tym - Fa-u-re-R-e-q-uiem - sylabizuje z trudem łacińskie litery. - Nie znam - mówi bezradnie - Polak jakiś pewno. To potańczymy na grobie Polski polskie piosenki. Nastawia płytę. Igła opada gdzieś w środku wirującego krążka i trafia na rysę, na której cofa się, znów cofa, trzask, trzask. Misza patrzy groźnie na patefon. Nu! - krzyczy - i wypada do przedpokoju, w ślad za winylowym krążkiem. Po chwili wraca, ale z naganem. Odbezpiecza. Zamykam oczy i myślę, że niech się to wreszcie skończy. I tak trup i tak trup. Ale nic z tego, niestety. Misza wali w sufit! Huk jak cholera i cisza, nikt nawet nie miauknął. Tynk opada większym płatem na siwą głowę generała, a pyłem na wszystkich, równo.
- Tańczyć świnie! - woła Misza i potrząsa naganem - Tańczyć, dalej, knury, maciory, raz dokoła, raz dokoła! Posłusznie wstają, chwiejnie, bezradnie, odrętwiali. Misza palcem posuwa igłę, zgrzyt i rozlega się muzyka, dziwna, baryton miękki, ciepły śpiewa: Libera me Domine. Nie po polsku, po francusku chyba. Wolne dostojne dźwięki.- Tańczyć, tańczyć! - krzyczy Miszka. Więc tańczą. Ale jak tańczyć do takiej muzyki? Cerkiewna ona jakaś! Próbują, nieporadnie, wachlować rękami, przestępują z nogi na nogę, jak manekiny, jak nakręcane zabawki, pajacyki. Słyszę swój własny śmiech. Przerażający śmiech. Chcę przestać, ale nie mogę się zamknąć; to nie ja się śmieję, to ten drugi, koło mnie, morderca, Władimir Czyjśtam Jakiśtam, lejtnant NKWD. Misza patrzy na mnie i też się rozjaśnia w szczerym uśmiechu - Wołodia! - ryczy do mnie - Patrz, jak tańczą, jaka zabawa! Macham mu ręką a on, ten koło mnie, dalej się śmieje jak szaleniec. Potem już nic nie pamiętam. Nie pamiętam jak podjechał pod dom Zofii Pawłowny wojskowy gazik, jak wpadli do środka, jak zabrali Miszę. Mnie do domu odwieźli. Do dziś nie wiem, dlaczego żyję. A może nie żyję? I tak wszystko jedno. Całą resztę też zabrali. Ale wypuścili. Po trzech dniach.
Po tym zdarzeniu przenieśli mnie do innego miasteczka, w tym samym obwodzie, jakieś dziesięć wiorst na północ, z drugiej strony lasu. A Miszę spotkałem jeszcze w robocie. Ja już miałem nowego żołnierza do pomocy. Imienia nie pamiętam. Nic nadzwyczajnego: porządny, sumienny, ale nie taki wesoły, jak Misza... Jednego dnia, koło południa, przy przedostatnim transporcie zobaczyłem ja jego. Siedział w kucki, łeb na zero ogolony, czarne spodnie, kurtka, razem z innymi zekami. Włos mi się zjeżył, bo co będzie, jak on zekom powie, jak się kończy taka wycieczka do lasu? Kłopoty! A ja kłopotów w robocie nie lubię. Podszedłem wzdłuż dołu w kierunku zeków, niby przypadkiem, niby się trupom w dole przyglądam. On też mnie zobaczył i wstał. Trochę na bok odszedł, metr może, więcej nie wolno. Stanałem i ja, niby przypadkiem, obok, podałem papierosa tak, żeby nikt nie widział. Schował i za chwilę wyjął, że niby jego. Zapalił. Ja też.
- Powiedziałeś im? - zapytałem cicho.
- No co wy? - Misza usmiechnął się łobuzersko - Po co komu burdel?
- Dobrze - kiwnąłem głową i chciałem odejść.
- Lejtnant! - zatrzymał mnie wołając szeptem.
- No? - odwróciłem głowę, ale tak, żeby nie było widać z daleka.
- Nie przestrzelisz?
- Nie - przyrzekłem.
- Jak przestrzelisz, dobij. Lepiej dobić niż zasypać...
A Zofii Pawłowny już nigdy nie widziałem, literatki i poetki, kulturalnej kobiety. Po prawdzie, to jakoś nie miałem chęci się z nią spotkać, a potem wyjechałem do Moskwy, dostałem awans. Znałem niemiecki płynnie, w mowie i piśmie, to dlatego. Bo Adolf Hitler już nie był naszym przyjacielem. A potem ewakuowali nas do Omska, tam spotkałem jednego Towarzysza, co był z tego samego, co Zofia Pawłowna miasteczka, przeżył tam parę miesięcy okupacji, a potem zwiał do naszych. Ledwo go zresztą nasi nie rozstrzelali. Wiadomo - ostrożność. On to mówił mi, że Zofia Pawłowna zachowywała się za hitlerowców bardzo nieprzyzwoicie. Podobno strasznie zawzięta była na swoich, komunistów znaczy się, i kupa chłopców trafiła przez nią do dołu. Dziwne te baby. A potem wyszła za mąż za jakiegoś nadbałtyckiego Niemca, przemysłowca, co się nazywał - jak twierdził ten Towarzysz - Schickelgruber, czy jakoś tak. Tak Zofia Pawłowna Schickelbruber została Niemką i wyjechała. Podobno do Berlina. Z tym przemysłowcem. I niech tam jej się wiedzie. Ja tam nic do niej nie mam.
Stirlitz zakończył opowieść, dopił samogon i ciepnął butelką w ślad za wazonem.
Z tym samym skutkiem, tylko brzęk był cichszy.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)