DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
56
BLOG

VII. CHERCHE LA ROSE

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Kultura Obserwuj notkę 14

    Chwilę trwała cisza, a potem spontanicznie, bez żadnego porozumienia, wszyscy zaczęli klaskać w dłonie i głośno wyrażać swoją aprobatę.

- Wspaniale, Herr Stirlitz, naprawdę, cudownie - Hitler z wielką atencją ukłonił się Rosjaninowi.

- Co za realizm, jaka plastyczność opisów - zachwycał się Brunner.

- I jaka egzotyka! I te turpizmy! - piał Bormann.

- Teraz i pan mnie przekonał, że morderstwa dokonywane na naszych rodzicach były historyczną koniecznością, patrząc oczywiście z pańskiego, marksistowskiego punktu widzenia - z zapałem zawołał Kloss.

- Prawda, prawda - odpowiedział mu Stirlitz, trochę speszony, ale kłaniający się z dumą im wszystkim po kolei, bez fałszywej skromności. Z racji osobistych doświadczeń był rzeczywiście wybitnym znawcą duszy sowieckiej i miał tego świadomość.

- No, panie Kloss - Hitler zwrócił się do nieletniego kapitana Abwehry - będzie pan miał naprawdę ciężkie zadanie. Ja występowałem przed mistrzem, pan - po. Nie zazdroszczę panu! Ale, co tam, pana naród słynie z szarż, które nie rokują najmniejszych szans powodzenia, niech pan zaczyna!

- No cóż, trochę żałuję, że popełniłem już dzisiaj falstart wygłaszając wymuszony na mnie referat o dowodach na istnienie Stwórcy - Kloss zerknął na Bormanna z wyraźnym żalem w niebieskich oczętach - Może to jednak i dobrze, że opowieść o mojej ojczyźnie, o tym specyficznym, polskim narodowym duchu, mam rozpocząć po panu, mein Führer i po panu - majorze. Naszym największym, geopolitycznym, ale i kulturowym, a nawet cywilizacyjnym problemem jest to, żeśmy znaleźli się między kamieniami młyńskimi dwu obcych nam narodów i kultur, których istotę tak genialnie uchwycili panowie w swoich wystąpieniach. Dostać się między mlące kamienie kulturowe tak dostojne, tak potężne - to kłopot nie lada. Tu nie można pozostać po prostu jakąś tam sobie kulturą peryferyjną, niewyrazistą, niemrawą. Tu trzeba albo duchowej potęgi, albo zniknąć zupełnie, wtapiając się albo w jedną, albo w drugą bez reszty. Jak dotąd, mimo upadku form państwowych, mimo braku mocarstwowości materialnej, wystarczyło nam sił i hartu ducha, pokładów idei typowo polskiej, wytworzonej w toku naszej trudnej historii, aby się ostać. Możliwy jest tutaj także pogląd odmienny, według którego nie wytworzyliśmy żadnej sobie właściwej idei, a jedynie paskudny charakter: złośliwy, przekorny i durny. Powoduje on, że wbrew szlachetnym intencjom narodów wyższych i potężniejszych postępujemy zawsze odwrotnie, niż one mogłyby sobie życzyć, i stąd bierze się nasza odmienność. Czy zawsze tak będzie? Tego nie wiem, choć ufam, że tak pozostanie na wieki. Choćbyśmy, rodziców utraciwszy, dzięki heroicznym wysiłkom obu panów, zdziecinniali już do reszty, co się stać musi. Choćbyście nam panowie narzucili szkoły swoje od najmłodszych naszych lat, ja gorąco wierzę, że jak z kukułką i jej potomstwem, tak im my, w obcych wyhodowani gniazdach, wiedzeni instynktem jakimś, zapisem w genach, kukać będziemy nadal po swojemu, ku nieustającej frustracji Europy i Świata. A że zdziecinnienie nasze będzie ucieszne i zabawne dla innych, dojrzalszych narodów? Trudno. Nie nasza to wina, wszak nie każdemu przytrafia się utracić rodziców hurtem, że tak się wyrażę, na masową skalę. Kiedyś dorośniemy. A teraz, jak tradycja nasza nakazuje, w imię Boże, zaczynam:

 VII. CHERCHE LA ROSE 

- Będę musiał panów na wstępie od razu przeprosić, gdyż jako pięciolatek nieledwie, nie posiadłem daru wymowy i daru opisu w tak doskonałym stopniu, jak pan Hitler albo pan Stirlitz. Moja opowieść będzie więc naiwna, tracąca infantylizmem, co zresztą nie powinno razić na tle naszej kultury, której pewnego rodzaju naiwność wynikająca z niedorosłości jest cechą powszechnie znaną. Jak pan zresztą słusznie wykazał, panie Stirlitz, być może już nigdy nie będziemy potrafili wybić się na dorosłość, skoro pan rozstrzelał wraz ze swoimi kolegami naszych rodziców.

Już sam wstęp sugerował, że mowa Klossa będzie zupełnie do chrzanu, bez sensu i celu. Zapał, z jakim przystąpił do referowania tematu i tradycyjnie zaróżowione uszy, zapowiadały retoryczną katastrofę. Nie mając jednak zdolności oceny poziomu własnych wypowiedzi publicznych, z racji wieku, niezrażenie ciągnął dalej:

- Nie ma nic chyba bardziej naiwnego i infantylnego niż nasz krajobraz. Chyba tylko nasz zachwyt nad nim może poziom ten przekraczać, od tego krajobrazu więc i od tego zachwytu zacznę. Nasz krajobraz jest wiejski, wzgórza i równiny poprzecinane wąskimi, różnokolorowymi pasami upraw. Bardzo nieekonomicznie to wygląda. Miedzami sadzą chłopi wierzby przycinając co rok konary w taki sposób, że na krótkim pniu z wielkiej bulwy wyrastają cienkie witki. Kiedy myślę o swoim kraju to widzę żyjące pole złocistego zboża falujące na wietrze. Widzę kłosy o barwie złota, podkreślonej błękitem nieba. Widzę drogę wijącą się wśród pól, piaszczystą drogę. Piach nagrzany słońcem parzy w stopy. Droga biegnie z góry w stronę lasu. Przed lasem kartoflisko, teraz zieleniejące. Drewniany płot otacza chałupę, bieloną. Chata kryta słomą, biedna choć czysta. W obejściu nieporządek, choć nieład ten nie świadczy o marnotrawstwie. Polak, jak to dziecko, jakoś nie potrafi nad tym swoim bałaganieniem zapanować, a zresztą, czasu nie starcza! Musi się przecież modlić i pracować, więc kto by tam zważał na tę stertę desek, co pod płotem leży już niepotrzebna, albo na pień, skoro można na nim zawsze przysiąść, a to, że trzeba wozem cyrkowe wyczyniać sztuki, żeby go codziennie ominąć, to furda. Jak by mu ktoś powiedział, że ten pień i te deski zaśmiecają mu obejście, że niepotrzebne; gdyby jakiś obcy, a zwłaszcza tonem niewłaściwym, pouczającym, mu powiedział o tym, to zaraz po pacierzu dzieci by swoje uczył, że choćby największe przyszły plagi, wszystkie egipskie oraz ruska, żydowska i niemiecka, to jednej rzeczy im zrobić nie wolno: desek uprzątnąć i pnia wywieźć. I kto by tam poza tym zważał na takie drobiazgi skoro się Polak na co dzień z Przenajświętszą spotyka Panienką, o sprawach codziennych, gospodarskich z nią sobie swobodnie gawędząc, o sprawach państwowych też, o obywatelskich rzadko. Jak ktoś ma adres do Najświętszej Panienki bez żadnych tam wielkich ceregieli, to sobie byle czym też rąk brudzić nie będzie! Polak uparty jest, a nieład uważa za gwarancję swojej wolności. Jak gdzie go wywieje w dalekie strony świata i potem wraca, to granicę przekroczywszy oczy wytęża, rozgląda się ciekawie, i dopiero jak płot rozwalony zobaczy albo krowie placki na drodze, to pełną oddycha piersią, bo już wie, że w domu.

Stirlitz oparł swoje długie czoło na długiej pięści i westchnął. Na twarzy Brunnera widniał niesmak pomieszany ze złośliwą satysfakcją z kompromitacji niezbyt lubianego kolegi. Hitler, jako gospodarz nie odzywał się i nic a nic nie dawał po sobie poznać. Pomyślał sobie, że i to przeżyje. Bormann, już po wstępie, zrezygnował ze słuchania i zaczął obliczać w pamięci bilans bieżących wpływów i wydatków Trzeciej Rzeszy. Utknął przy ostatnim transporcie trzymetrowych flag ze swastyką, które jadąc z Flandrii do Grecji zaginęły, gdzieś na terenie opanowanym przez partyzantów Josefa Broz-Tity. Kloss tymczasem, ze wzrokiem wbitym w niewidoczny sufit, nieświadom tego, jak bardzo się błaźni i grzęźnie, ciągnął dalej:

- Droga biegnie w stronę lasu, a przed lasem kartoflisko, zieleniejące. Las ciemny, rzuca cień na to kartoflisko i na nieduży sad tuż za stodołą. Polak się nie boi mieszkać przy lesie. Las to schronienie w czasach niepokoju. Polak nigdy, przez tysiąclecie cywilizacji, nie stracił zaufania do lasu, nie dał się ucywilizować w kontekście lasu. Do lasu wchodzi się jak do drugiego domu. Historia nasza najnowsza, ponad stulecie, to historia chłopców z lasu. Polski mundur; o barwie zbutwiałej zieleni, z rogatą czapką, wtapia się w polski las i - jak grzyby, jagody, borówki - stanowi jego nieodłączny element. Kiedy chodzisz po lesie i oglądasz drzewa uważnie, to na wielu znajdziesz ślady po kulach, pamiątki po narodowych zabawach. W lesie ustawiamy meble jak w domu: wizerunki ukrzyżowanego na przecięciach leśnych dróg, kapliczki, cmentarze, paśniki, drewniane płoty. Obcy się naszego lasu boją. Obcy się w nim czują niestosownie. Najeźdźca zajmuje zawsze miasta, wsie pali, a lasu unika. Choćby podbił cały kraj, lasu nie podbił jeszcze nigdy. Jak będą chcieli kiedyś Polskę zniszczyć, to muszą zacząć od lasu albo od pamięci. Polska to pamięć. Pamięć mamy dobrą, a naturę przekorną. Jakbyście chcieli, żebyśmy coś według waszego zrobili życzenia, to powinniście nam tego absolutnie zakazać.

Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Rzeczywiście, nagromadzenie infantylnych obrazów i stwierdzeń przekroczyło już wszystkie dozwolone granice!

- Jest w tym łagodnym krajobrazie - ciągnął tymczasem, niestety, ciągle nie wyczuwający estetycznego napięcia Kloss - wśród tych ludzi prostych, o duszach ukształtowanych przez franciszkańskie klechdy, jakaś skaza powodująca napady melancholii i szaleństwa. A po kieliszku gorzałki szaleństwo potrafi przybrać karykaturalne rozmiary. Niejedna już karczma się rozleciała w drzazgi w minutę, przez niejedną ścianę przelatywały i ławy i stoły, a drewniane przedmioty gospodarskie, które w innych kulturach mają jedno konkretne zastosowanie, w Polsce potrafią zmieniać je w nagłej potrzebie obrony honoru i czci Polaka. Kołek i sztacheta w płocie, orczyk, trzonek od siekiery czy belka zamienić potrafią się w oręż narodowy wielorakich zastosowań i oryginalnych technik bojowych.

Bredził i bredził, coraz bardziej bez sensu, jak w malignie, a wszyscy czuli się podle i głupio. Chyba postawili go przed zadaniem, które przerastało jego siły! Ten jednak, jak gdyby chowając coś w zanadrzu, wydawał się nie przejmować ich widocznym zażenowaniem i, coraz to głupiej i głupiej, ale najwyraźniej ku czemuś zmierzał:

- Żadna z tych technik nie pozwalała jednak na powstrzymanie różnych przesympatycznych panów, którzy od półtora wieku przyjeżdżają do naszego kraju w zorganizowanych grupach, starając się obdarzyć nas swoja wspaniałą, wyższą kulturą, choćby i wbrew naszej woli. Nie mogę powiedzieć, że jesteśmy tymi wycieczkami zachwyceni. Nie sposób nie zgodzić się z niektórymi spośród tych panów, którzy twierdzą, że nasza kultura, nasz plemienny duch, pozostaje wciąż na tym samym, niezadowalającym etapie rozwoju, który osiągnęliśmy gdzieś u schyłku wieków średnich. Osiągnęliśmy etap dość specyficzny, dla postronnych dość dziwny i wynaturzony, choć indywidualny, nasz własny. I tu, przyznać trzeba ze skruchą, że wbrew dobrym i szczerym radom uznaliśmy ten nasz stan za dosyć wygodny i odpowiadający nam, co więcej, pozwoliliśmy sobie odmówić innym wszelkiego prawa do prawomocnej oceny poziomu naszego rozwoju. To się nie mogło podobać! I nie spodobało się! Drażni po dzień dzisiejszy. A teraz, kończąc ten przydługi i nudny wstęp - Kloss spojrzał przepraszająco na ziewającego Hitlera - pozwolicie panowie, że przejdę do sedna. Oto mój tryptyk polski, a przed nim motto, które sam już nie wiem skąd przyszło mi do głowy. (Tu jeszcze wypada objaśnić, dlaczego niektóre z części tryptyku opowiedzianego przez Klossa rozgrywają się w czasie późniejszym niż czas, w którym się wypowiada. Można to tłumaczyć dwojako: albo, że Kloss miał wybitne zdolności kasandryczne, mimo wyglądu i manier głuptaka, albo niekonsekwencją fabuły. I jedno i drugie jest prawomocne).

Motto:

Są trzy pieśni, wyrosłe z jednego pnia, jak trzy rosochy drzewa: jest pieśń duszy ludzkiej, jest pieśń boga ludzkiego i pieśń oddechu szatańskiego. Od tej ostatniej schną rośliny.Przysłowie ludów dalekiej Syberii

Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Kultura