Dwór stał na wzgórzu otoczony topolami, pośród lasów i łąk wschodniej Polski. Dwór jak dwór. Typowy. Ganek z białymi kolumnami, spadzisty dach kryty gontem, przed gankiem podwórze, po którym wałęsały się swobodnie, jak to w Polsce: drób, świnie, psy i co tam jeszcze się akurat chowało. Ani zadbany, ani zaniedbany. Gospodarzem we dworze był pan Henryk. Odkąd owdowiał sam dbał o interesy majątku i szło mu całkiem dobrze: z roku na rok zadłużenie gospodarstwa rosło w przyzwoitym, arytmetycznym postępie. Procesował się z umiarem: nigdy więcej niż sześciu spraw na raz nie toczył. Pieniaczem nie był! Z dworu do najbliższego miasteczka było kilometrów dwanaście; a jak się chciałoby wybrać drogę przyzwoitą, utwardzoną, to trzydzieści. Niedaleczko. Za łąką była za to wieś i karczma. Tam nikt ze dworu nie zaglądał, bo w piwnicach były lepsze, własnej roboty trunki w zapasie pozwalającym na przetrzymanie najbardziej zatwardziałych szykan prohibicyjnych, a pewnie i przez ćwierćwiecze. Położenie dworku wydawało się być jak widać z opisu bardzo przyjemne, choć - miało się okazać - nie aż tak fortunne. Dość jeśli powiem, że przyniosło i ten dramatyczny skutek, że okolica przeżyła o jedną okupację więcej niż pozostałe części obszaru Rzeczpospolitej. Z domowników był jeszcze w dworku pana Henryka teść, jedyne co pozostało z wiana małżonki nieboszczki. Starszy Stanisław kłopotliwy nie był: mało co chodził, najczęściej siedział na ganku koniecznie w konfederatce na głowie i pruł z guldynki do gawronów. Szkody im zresztą nie robił - nigdy nie trafiał, bo albo jeszcze nie wypił i mu się ręce trzęsły, albo wypił za dużo i słabo widział. Wzrok miał kiepski, ale i tak sokoli jeśliby go przyrównać do stanu słuchu - głuchy był jak pień i chociaż używał trąbki, to więcej zgadywał niż usłyszał, co mu zresztą zupełnie nie przeszkadzało toczyć konwersacji swobodnych, na dowolne tematy, jakie zamarzyło mu się zaimputować swoim rozmówcom. Oprócz nich było jeszcze: dwóch parobków, Jędrzej i Maciej, młodych chłopków, dla których nie starczało roboty i jedzenia w rodzinnej wsi, dziewka w kuchni i jej pomocnica, koniuszy i Ptakosiu - stary sługa, który robił za eksponat, obok szabli, ryngrafu i mebli. Razem siódemka nie licząc gości, tak że w jednej chwili więcej niż kilkanaście osób we dworze nie bywało. Sercem domostwa był gabinet a Henryka. Było to miejsce niemalże sakralne, ustępujące w świętości jedynie kaplicy dobudowanej do lewego skrzydła przez protoplastę zamieszkującej dwór gałęzi rodu, strasznego dewota. W bibliotece, której ściany ustawione były po sam sufit książkami wolne miejsce pozostawiono jedynie na komin i na pas ściany biegnący ukośnie znad paleniska ku sufitowi, wzmocnionemu solidnymi, poczerniałymi ze starości dębowymi belkami. Na tym wolnym od książek miejscu, na rudawym, wypłowiaym kilimie, zawiesił gospodarz krzywą szablę, co widziała ze trzy powstania i wojnę z czerwoną zarazą oraz ryngraf z Matką Boską z Częstochowy, też pamiątkę rodzinną po skrzydlatych, pancernych przodkach. Książki piętrzyły się nad drewnianą podłogą wyściełaną perskim dywanem, przytłaczały mahoniowy sekretarzyk i fotel z powycieranymi od rąk oparciami. Ustawione były w rzędach, z Biblią Wujka na eksponowanym miejscu, tuż obok pełnej reprezentacji dzieł narodowych wieszczów, wspomnień, pamiętników, poradników rolniczych, podręczników wojskowych i dzieł historycznych. Wszystkie oprawione były w skórę z wielką pieczołowitością, z tłoczonymi i wypełnionymi złotą farbą tytułami.
Henryk słynął w okolicy z wykształcenia. Dorównywali mu jedynie proboszcz i adwokat z pobliskiego miasteczka, choć właściciel majątku wcale tak nie uważał. Zupełnie niedawno w okolicy pojawił się prawdziwy książę, który życie spędziwszy poza granicami zjechał był wreszcie w rodzinne strony na kanikułę tak nieszczęśliwie, że go tu wojna zastała i póki co wrócić do swoich majątków zamorskich nie mógł. Bywał u pana Henryka ku zadowoleniu wszystkich, jako że do tej pory zawsze musieli brać Ptakosia na czwartego do kart, a ten albo zasypiał, albo się mylił, co im zabawę psuło. Widomym znakiem wyższości a Henryka w wykształceniu było to, że wszystkich trzech ogrywał. Czasami odpuszczał i dawał się odegrać, ale tylko po to, żeby jeszcze przyszli. Ta wybaczalna nieuczciwość w grze była jednak zbędna, bo przychodziliby i tak wabieni nadzwyczajną erudycją gospodarza. Bo też i bajarzem był pierwszorzędnym! Zawsze, kiedy zaprosić miał gości, przywdziewał na tę szczególną okazję swój galowy mundur. Na piersi pyszniły się wojskowe odznaczenia, wśród których poczesne miejsce zajmował krzyż Virtuti Militari I klasy. Henryk zasłużył sobie na ten krzyż, choć o okolicznościach owych zasług mówił niechętnie. Trzeba go było trzy razy prosić. No może dwa. Czasami wcale nie trzeba było go prosić, wtedy niechętnie opowiadał nieproszony. Ale nigdy dwa razy podczas jednego spotkania! A ponadto nie nudził, przedstawiając za każdym razem nieco inną wersję wydarzeń. A gawędziarzem był bajecznym. Odkąd skończył lat siedem uczestniczył we wszystkich europejskich bitwach i potyczkach. Był i na Krymie, i pod Sewastopolem, i w Japonii, i nad Marną. Organizował zamach na cara i samemu Bronisławowi Piłsudskiemu podawał bombę. Stał na łódzkich barykadach w 1905. Był w polskim Wehrmachcie i w Legionach, z Hallerem był w Rosji, a doradzał mu we Francji. O mały włos nie znalazł się w Magdeburskiej Twierdzy, co okazało się na tyle szczęśliwe, że zdążył na rozbrajanie Niemców w Warszawie. Co niewątpliwe - bronił Lwowa, doradzał Dmowskiemu w Wersalu, poniósł klęskę w Cieszynie, ale tylko na skutek zdrady. Zaliczył Powstanie Wielkopolskie i trzy Powstania Śląskie, w przerwach wojennej aktywności na froncie wschodnim. Jego chwilowa nieobecność miała złowrogie konsekwencje dla losów wojny na wschodzie. Kiedy zajmował się Śląskiem, pękła polska obrona i bolszewicy wdarli się pod Warszawę. W samą porę zdążył z powrotem, aby stanąć obok Marszałka, zafrasowanego Weyganda, zmartwionego Rozwadowskiego i szepnąć im do ucha: “Tędy”, - wskazując palcem na mapie okolice rzeki Wieprz. Nigdy nie dbał o to, by splendor Bitwy Warszawskiej spłynął na niego. “Niech tam już będzie geniusz Marszałka, bo to, miedzy nami mówiąc i tak był genialny człowiek, tyle że - spuszczał z zawstydzeniem oczy - brygadier! Ale polityk największy w naszych dziejach! Niech tam będzie, że Cud nad Wisłą! Prawda i to, że człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi... No i zaprzeczyć nie można, że to Rozwadowski moją sugestię najpierwszy, panie dzieju, złapał, a i Sikorski sprawił się świetnie w potrzebie... Ale nie dbam oto - po czym zapalał się gniewem - A wiecie panowie bracia, że te huncwoty pismaki ani słowa nie wspominają o moim udziale w bitwie niemeńskiej? Bądź tu prorokiem we własnym kraju!”
Sami widzicie: nic dziwnego, że dom tak wybitnej osobistości był domem chętnie odwiedzanym przez sąsiadów.
Pan Henryk niby to sarkał, narzekał, że mu tu się te zatabaczone dziady, sąsiady, panie, klechy, truciciele i inne bakałarze schodzą, ale jak z jakiej przyczyny ich przez dwa dni nie oglądał, to zaraz listy słał, albo i od razu konie każąc ich zwieźć, choćby i przemocą. W tym tygodniu miał urwanie głowy, bo nie dość, że się znowu mieli pojawić - o siódmej - to mu jeszcze doniesiono, że jego siostrzeniec - artysta, pacykarz, bzdurpisarz, enfant terrible, słowem: zakała całej rodziny, Dyzio, zjedzie popołudniu. Wszystko przez wojnę z tym kurduplem Hitlerem, która na nieszczęście nie szła jakoś za szczególnie dobrze. Już i ta pociecha, że lada dzień spodziewano się ruszenia Anglii i Francji. Pomstował pan Henryk całe rano na tego tandetnego niemieckiego malarzynę, który mu tu na głowę przez swoje szaleństwa Dyzia w progi sprokurował. Pieklił się, w Ptakosia laską rzucił aż się mało co, psiakrew, nie połamała (a byłoby szkoda, bo stara i wygodna). Dziewkom w kuchni złorzeczył, stajennego złajał, gajowego obsobaczył. Ale co robić? Gość w dom, Bóg w dom, choć akurat w przypadku Dyzia pan Henryk miał daleko idące wątpliwości. Dziewuchy we wsi będzie bałamucił - to pewne, piwnicę trzeba zabezpieczyć, bo szlachetnych trunków na tego opoja szkoda. Z parobkami się będzie bratał, w kościele wiercił i oczami przewracał - wstyd spersonifikowany. Dyzio! A żeby on ze trzy lata miał, to jeszcze i pal diabli. Aleć to dojrzałe chłopisko! Pięćdziesiątka na karku. No, niby jeszcze młody, mleko pod nosem - mruczał pan Henryk - któremu stuknęła była osiemdziesiątka, a przecież czuł się rześko i nieraz ze swoim teściem, który miał o dziewiętnaście lat więcej i dożywał we dworze swych dni, potrafili parę butelczyn wytrąbić i prawie nic po nich widać nie było. Tak spali! Miał jeszcze pan Henryk taką wątpliwą nadzieję, że się Nikodem gdzie na drodze zagubi, co mu się nierzadko zdarzało, bo mu co i rusz najprzeróżniejsze do głowy przychodziły fanaberie, ale nadzieja owa rozwiała się niczym sen złoty około trzeciej kiedy to przed ganek zajechał automobil załadowany po brzegi nie tylko Dyziem, ale całą kompanią komediantów!
- Pozwoli stryj, że przedstawię - zaprezentował Dyzio ustawioną w szeregu trójcę swoich towarzyszy - Hela Poświdrzalska - diwa warszawskich teatrów a przy tym moja ostatnia narzeczona, ten długi a smutny to Ziezio Pohulankiewicz - poeta albo malarz, już nie pamiętam, przyjaciel mój serdeczny od lat dziecinnych, a ten niski a gruby to Tocio Gwiazdomorski - krytyk literacki, czyli człowiek posiadający wybujałe ambicje za to nie posiadający za grosz talentu. Panna Hela dygnęła dystyngowanie przed panem Henrykiem udając, że się wstydzi i spłoniła się (szelma!) wystudiowanym rumieńcem (jak ona to robi?), Tocio Gwiazdomorski ukłonił się wytwornie zdejmując cylinder, który, jak się okazało, miał od góry dziurę na jakieś dziesięć centymetrów, zaś Ziezio Pohulankiewicz ani się nie ukłonił, ani nie dygnął, ani nie drgnął nawet, tylko bąknął coś niewyraźnie i chyba nie po polsku.
- No to zapraszam - Pan Henryk rad nie rad wskazał gościom drogę do dworu - Ptakosiu! - dawaj tu! Bagaże na pokoje wnieś, a szybko!
Nie czekając na wypełnienie swojego życzenia, jako że znając starego sługę nie od dzisiaj wiedział, że szybko to on się nie pojawi, podał rękę pannie Heli (elegancko ją całując przy tym w dłoń w rękawiczce) i - jak damę w pierwszej parze poloneza - poprowadził ku drzwiom. Za nim gęsiego podążyli: Dyzio, Tocio i na końcu Ziezio, z naburmuszoną i skwaszoną miną, jakby go coś bolało. Jak już się urządzili w przygotowanych pokojach i trochę odpoczęli, spotkali się na obiedzie w jadalni. Pan Henryk mimo scen dramatycznych prezentowanych od samego rana w głębi ducha cieszył się z gości. Głównie dlatego, że lubił hulanki, a kończyły mu się ostatnio preteksty. Ale również i dlatego, że liczył na wieści ze stolicy i ze świata - radiu nie wierzył do końca podejrzewając - i słusznie - że w czasach zawieruchy podlega cenzurze.
Na obiad podano kuropatwy, ziemniaki i szparagi. Chłopskie jadło jak to w czas wojenny. Goście rzucili się w milczeniu na pożywienie - widać nie za bardzo mieli się gdzie posilać w drodze.
- Widzi stryj - mówił Dyzio obgryzając kość - Gnaliśmy tu do stryja na złamanie karku bocznymi drogami, byle dalej na wschód. Na głównych drogach rzeka ludzka nieprzebrana, a hitlerowcy, - mmmm - zademonstrował dłonią linię lotu koszącego - niczym Hunowie, tak te cywilne zbiegowiska tłuką jak karaluchy. Krwi na drogach, jakby kto wiadrami lał, ręce pourywane, nogi, głowy... Mówię ci, stryju, co za malownicza panorama, godna pędzla najwybitniejszego z malarzów, Goyi naszych czasów. Może Ziezio byś się zabrał?
- Nie jestem malarzem! - warknął Ziezio zezując straszliwie znad talerza.
- Ano tak, przyjacielu, już mi to koko mózg do reszty zeżarło, ty przecież wiersze piszesz. Poeta! Czy na tym świecie można jeszcze pisać wiersze ? - zamyślił się i zapatrzył gdzieś w kąt.
- Wierszy nie piszę i wypraszam sobie - odburknął Ziezio robiąc tymczasem zeza zbieżnego.
- Komponujesz? - ucieszył się Dyzio - To najwspanialsza, najczystsza ze wszystkich sztuk! I jak oddaje nieoddawalne!
- Nie komponuję - westchnął Ziezio - skrobiąc się ogryzioną kością w czoło.
- To co ty, do diabła, robisz? - Dyzio obejrzał go sobie dokładnie jak głowę wbitą na pal przed chatą czarownika plemienia Hudż-Bong w Natalu.
- Jestem fordanserem - wyjaśnił godnie Ziezio i się nadął.
- Fordanserem? - ucieszyła się panna Hela - To sobie zrobimy wieczorem bal! Jakie to szczęście, że zabraliśmy patefon.
- A, to pyszne! - Tocio bił z radości dłońmi po kolanach - to myśmy go wczoraj wieczorem zapakowali do automobilu myśląc, że to nasz przyjaciel Ziezio, a tu taka pomyłka!
- Hm - zafrasował się Dyzio - Faktycznie, w rzeczy samej, Ziezio był jakby szerszy w barach - zamrugał oczami jak krótkowidz, kiedy chce na powrót złapać ostrość widzenia - Ale podobny... A cóż stało się z Zieziem?
- Może go trafiła bomba? - próbował zgadnąć Tocio - pewnie rozprysnął się w barwną paletę kolorów z cichym: puf...
- A jeśliś ty nie Ziezio, to kto? - zaniepokoił się Dyzio - Albo poczekaj, nie mów nic - rozkazująco zakazał mu mówić - Pijesz jak Ziezio, nieprzystojnyś jak Ziezio i głupiś jak Ziezio. To znaczy, żeś ty Ziezio - Zmarszczył nos - tyle, że w zupełnie nowym futerale!
- Dobrze powiedziane, Dyziulku, tak lapidarnie i ordynarnie zarazem - rozszczebiotała się panna Hela.
- Znaczy się, że panów szanownych znajomość datuje się od niedawna bardzo? - inteligentnie odgadł pan Henryk.
- Od wczora - wyjaśnił fordanser strzelając kośćmi palców - urządzali bibę w mieszkaniu tego pana - wskazał na Tocia - i zapłacili mi, co bym noc całą przetańczył z zaproszonymi paniami, jeśli im przyjdzie ochota. Rano było bombardowanie, ale tak byłem zmęczony, że usnąłem pod kredensem w kuchni, a obudziłem się na pół godziny przed dojechaniem tutaj.
- Proszę przyjąć najszczersze wyrazy ubolewania - skłonił się sztywno pan Henryk - a na przyszłość radzę z panami tymi, a z moim bratankiem zwłaszcza, nie wchodzić w żadne alianse, bo się pan obudzisz na księżycu. To są, panie, degeneraci...
- A to prawda - Dyzio nadział na widelec szparag i zaprezentował współtowarzyszom obiadu - zdegenerowaliśmy się do szczętu w dwudziestym wieku. Z obrzydzenia.
- Jak to, z obrzydzenia? - nie mógł pojąć pan Henryk.
- A tak to - drogi Stryjku - pooglądaliśmy sobie rewolucję, demokratyczną ewolucję, parlamentarną prostytucję i wybraliśmy degenerację. Gorzej nie brzmi a przyjemniejsza i - pomimo wszystko - w lepszym tonie i guście.
- Ha! - nie mógł nadziwić się pan Henryk - Nie będę się z tobą sprzeczał, wszystkie te rzeczy rzeczywiście jakoś nie brzmią za dobrze, a na degeneracji to ja się nie znam w ogóle, prawdę powiedziawszy. Tylko mi się zdaje, biorąc pod uwagę wszystko to, co dociera do tej głuszy o twoim prowadzeniu się w Warszawie, że dobrze ty się Dyziulku nie prowadzisz.
- Ależ oczywiście, że nie - perorował Dyzio - prowadzę się najgorzej jak potrafię i to dosyć heroicznie. Aż mi ostatnimi czasy już sił i zdrowia nie starcza i bardzo się muszę starać, ażeby utrzymać ten wysoki poziom złych nawyków.
- A byś się ustatkować mógł, tobie już pięćdziesiątka stuknęła, Dyziulku - doradzał dobrotliwie pan Henryk.
- Mowy nie ma - zaperzył się Dyzio - Gdyby Stryj tyle co ja wiedział i czuł, i tyle znosić musiał, to też by się stryj dobrze nie prowadził.
- Jak ty to zawsze pięknie Dyziu tłomaczysz - uśmiechnęła się panna Hela zalotnie do narzeczonego.
- A pani, przepraszam - zwrócił pan Henryk ku niej swe dobrotliwe oczy - od dawna pozostaje z mym bratankiem w narzeczeńskim związku?
- Chyba... - zafrasowała się panna Hela - Już nie pamiętam. Albo od poniedziałku od piątej, albo od wtorku od ósmej...
- Sodoma i Gomora - wzniósł pan Henryk oczy ku sufitowi - Tylko się przed gośćmi, co tu się zaraz zjadą nic nie wygadajcie, bo mnie cała okolica weźmie na języki i cały mój autorytet ziemski legnie w pyle...
- O, to spodziewa się pan szanowny gości? - zaciekawił się Tocio.
- Tak, tak - sąsiady moje tu gościć będą, bardzo zacni. Ksiądz proboszcz okolicznej parafii, pan mecenas, a nawet prawdziwy książę, co miał to nieszczęście, że po dwudziestu latach nieobecności w ojczyźnie na kanikułę zjechał pół roku temu. Bardzo wykształceni ludzie, bardzo... i dlatego was proszę, przez wzgląd na gościnę, którą u mnie macie, żebyście tych swoich błazeństw zanadto nie urządzali...
- Ma pan moje słowo - huknął się Tocio Gwiazdomorski w pierś i wsadził sobie szparaga w butonierkę.
- Zagram dla pana Barbarę Radziwiłłównę. Albo nie, lepiej Bonę. Czy też woli pan nieszczęśliwą Marię Stuart? Albo Joannę D’Arc? - z przymilnym uśmiechem zapytała Hela.
- Wszystko jedno - byle sugerowało wyższe sfery - pokornie zgodził się pan Henryk kontent, że mu idą na rękę.
- Ja nic grał nie będę. Co zrobię, to od mojego humoru zależy; dam adwokatowi prztyczka w nos, albo i księciu! - zawrzasnął Dyzio zły, że mu stryj towarzystwo tak łatwo przekabacił.
- Ja dam ci dziesięć złotych - spojrzał na niego pan Henryk błagalnie.
- Pięćdziesiąt i trzy litry kminkówki - Dyzio był nieubłagany.
- Niech już będzie - rwał z głowy siwe włosy pan Henryk. Negocjacje zakończyli w samą porę, bo przed dom zaczęli się zjeżdżać goście i właśnie rozpoczęli konwersację z dziadkiem na ganku. Pan Henryk zerwał się, żeby ich wybawić z opresji. Zamknął za sobą drzwi do jadalni i wkrótce usłyszeli jego tubalny głos.
- Młodzież z Warszawy zajechała w ten czas wojenny i odpoczywa w jadalni. Póki co więc proszę, wejdźcie panowie do salonu. Zaraz kawę przygotuję, a kolacja będzie na jaką siódmą...
- Nie ufa nam - uśmiechnął się Tocio - Dusza człowiek ten twój stryj. W ogóle, tu na prowincji to jacyś inni ludzie...
- I ma rację, że nie ufa - wtrącił się fordanser grobowym głosem.
- Ty, tancerz za dziesięć groszy, a co żeś się tak rozgadał? - próbował go przywołać do porządku Dyzio.
- Panie - fordanser znów strzelił palcami (a palce miał grube jak orczyk) - Niech pan nie zapomina, żeś mi pan ani grosza za całonocną robotę nie zapłacił, a ja się tam z szanownym stryjem pana na nic nie umawiałem, więc jak tu zaraz zrobię bal, to lepszy jak na Gnojnej...
- Ile chcesz? - zapytał Dyzio wściekle poirytowany.
- Dychę i litr kminkówki. Za rozłąkę z rodziną i występy na prowincji - przekalkulował oglądając sobie niezbyt czyste paznokcie.
- Dobra, ale będziesz pan robił za sekretarza ministra.
- Nie ma sprawy. Nie takie rzeczy się robiło. Tylko w jakim ministerstwie?
- Może być Kultury i Oświecenia Publicznego - zaproponował Tocio wietrząc dobrą zabawę.
- Może być, kultura i oświecenie publiczne - pikuś, pięć klas się ma...
W takie poubierani role zasiedli wieczorem do kolacji, za suto i pięknie zastawionym stołem. Miejscowi byli wielce zachwyceni, że tacy oficjele poprzyjeżdżali z Warszawy, bo i ta czarnowłosa baronówna Poświdrzalska taka dystyngowana i piękna, a ten minister taki rzeczowy i konkretny, no i pan redaktor Pohulankiewicz o stosunkach międzynarodowych z taką rozprawia swadą, a nawet ten pisarz, siostrzeniec pana Henryka, o którym już nie raz słyszeli nie najlepsze rzeczy, widać, że się ułożył trochę, zmądrzał, zresztą nic to dziwnego, skoro zaczął przebywać w tak wysokich sferach. Pan Henryk tylko łypał zaniepokojony na nich, czy się maskarada nie wyda, ale szło komediantom świetnie.
- Niech nam pan redaktor powie czym się to wszystko skończyć może, a? - zagadywał proboszcz Eustachy Tocia.
- No... - Tocio przełknął kęs pulardy - jak to na wojnie, może być różnie. Wszystko zależy jak się szybko alianckie wojska stawią w pole na niemieckiej, zachodniej granicy. Może to trwać - od pięciu tygodni do trzech miesięcy nawet. Pewne, że Niemcy na długo utkną na naszych liniach obronnych na Wiśle.
- Tak, tak - wtrącił mecenas - to nasza pierwsza, naturalna linia obrony, tam utkną na długo. A co w sferach rządowych o tem mówią? - zwrócił się do fordansera.
- Tego powiedzieć nie mogę, wie pan, tajemnica rządowa. Jedno pewne - dobrze będzie, napijmy się!
- To ci odpowiedź dyplomaty!- zachwycał się mecenas.
Potem, w miarę jak ubywało trunków ziemianie zaczęli na szczęście bardziej skupiać się na sobie nawzajem i kontynuować spory polityczne, które wieść zaczęli jeszcze przed ćwierćwieczem zawsze z tym samym (czyli żadnym) skutkiem.
Pozostawieni sobie po drugiej stronie stołu komedianci też nareszcie wrócić mogli do właściwego im swobodnego stylu rozmowy. Tak i utworzyły się dwie konwersacje równoległe; będziemy relacjonować je obie naprzemiennie, aby właściwie oddać smak i atmosferę tego cudownego wieczoru, choć w relacji tej posłużymy się wrażeniem, które ktoś później o spotkaniu owym sobie wytworzył i zapisał.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)