DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
104
BLOG

TRYPTYK Z CZERWONĄ ROZGWIAZDĄ W TLE

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Kultura Obserwuj notkę 25

      

        No i radio nie kłamało, bo za jakieś dwie godziny pojawili się Sowieci. Zajechali przed ganek wojskowym samochodem. Jeden, widać oficer, przyzwoicie ubrany, ze skórzanym mapnikiem. Dwaj pozostali - pożal się Boże, co za wojsko - łachudry straszne: szynele pocerowane i brudne, pepechy na sznurkach; twarze żółte i płaskie, podobni do siebie jak bracia bliźniacy. Weszli do dworu jak do siebie. Pan Henryk wyszedł ku nim, żeby ich spotkać w drzwiach, wyjaśnienia jakieś przyjąć albo informacje chociaż, ale go bracia bliźniacy sowieccy wzięli zaraz na cel i musiał ustąpić. Oficer słowem się nie odezwawszy wlazł do jadalnego, gdzie zmartwiałe siedziało towarzystwo, za nim Azjaci, a za nimi - popawszyj w plien - pan Henryk.

Oficer omiótł spojrzeniem zebranych wokół stołu, jego wzrok zatrzymał się na chwilę na księdzu i pannie Heli, dłużej na potrawach na zastawionym stole, a ślinę przełknął kiedy dostrzegł butelkę.

- Burżuje, a! - wyrzekł wreszcie po dłuższej chwili milczenia.

- Pan oficer do stołu zasiędzie, skoro już w gościnę przyjechać raczył - bez entuzjazmu zaproponował pan Henryk.

- W gościnę? - Zdziwił się oficer - Ja u siebie. Z dzisiejszym dniem zdies' Sowietskij Sojuz. Wsio nasze  - i zatoczył ręką koło.

- Ale wódka nasza. Pan się napije, panie oficerze... - zaoferował niespodziewanie Tocio prezentując butelkę do połowy napełnioną przezroczystym płynem. Pan Henryk zmarszczył się gniewnie za plecami Sowieta na takie rozporządzanie jego osobistym dobytkiem. Dziadek też, chociaż słów nie zrozumiał, to intencje odczytał i gwałtownie poruszył białymi wąsami.

- I towarzyszy żołnierzy niech pan oficer do stołu zaprosi. Od dzisiaj wszak wszyscy jesteśmy równi pod panowaniem słońca ludzkości - towarzysza Stalina.

- A - ucieszył się Rosjanin - widzę, że u was nie tak źle z klasową świadomością jak opowiadali. Dawaj - skinął na bliźniaków - budietie z polskimi panami samogon pit' 

A was - tawariszcz poljak, - pokazał palcem na Tocia - zrobimy przewodniczącym miestnowo sowieta.

- Z prawdziwą przyjemnością - ukłonił się Tocio - Zawsze marzyłem o wsparciu płomienia proletariackiej rewolucji swoją dialektyczną twórczością.

- Gnida - syknął mu Mecenas w ucho, lecz on udał, że nie słyszy.

- O! - Tocio ze stropioną miną przyjrzał się zawartości butelki - To będzie za mało, zdecydowanie za mało. Zaraz migiem skoczę po pełną dla awangardy ludzkości. - Przepadł w sieni, podejrzanie długo go nie było, lecz wrócił niosąc wielką, półtoralitrową flachę z żółtawą zawartością.

- Mój jarzębiak! - jęknął pan Henryk, a dziadek wpił się w Tocia morderczym spojrzeniem.

- Najlepsze, co tu mamy - wyjaśnił sowietom Tocio i zaczął ustawiać przed nimi kieliszki.

- A eto czto? - zdziwił się oficer podniósłszy szklaneczkę - Napiorstkami pit' nie budiem, dawaj stakany

- Ależ proszę bardzo - Tocio podał trzy, z kredensu. Napełnił płynem a reszcie porozlewał wódkę z pierwszej butelki.

- No to wasze zdrowie - wzniósł do góry swój kieliszek - Za Stalina, za Związek Sowiecki, za Lenina i innych waszych świętych i proroków!

Sowieciarze przechylili szklanki i natychmiast wysunęli je przed siebie - Nalej jeszcze, towariszcz Poljak, dobre...

Spełnił ich żądanie i wnet zawartość szklanek znikła w przepastnych gardzielach. Tocio czekał z butelką w ręce patrząc na nich czujnym i skupionym wzrokiem, jak myśliwy na rysia.

Oficer odstawił szklankę i zamarł, jakby go zamroziło nic się nie odzywając. Drugi Sowiet odstawić nie zdążył i wciąż trzymając swoją w dłoni, wpatrywał się półotwartymi, skośnymi oczami w obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej nad stołem, a trzeciemu, bliźniaczo podobnemu do drugiego, szklanka wypadła roztrzaskując się o kamienną podłogę; łeb opadł mu na pierś na zwiotczałej nagle szyi. Wszyscy zastygli zaskoczeni. Trwała ta statyczna scena długą chwilę, aż pan Henryk zamachał im ręką przed twarzami.

- Czymżeś ich pan struł? - zapytał kiedy nie dopatrzył się żadnej fizjologicznej reakcji.

- Dosypałem im koko i meskalinę - wyjaśnił Tocio z teatralną manierą .

- Czyś ty na głowę upadł?! - zdenerwował się Dyzio.

- A niech mają burżuazyjną degenerację raz a całą gębą - wspaniałomyślnie oświadczył Tocio. - Kici, kici - pokiwał żołnierzom małym palcem. Ci nie reagowali zastygli jak słupy soli patrzące przed siebie wybałuszonymi oczami.

- Wrrr - zawarczał więc na nich Tocio, ale też, bez większych rezultatów.

Nic zresztą dziwnego, bo wszyscy trzej widzieli Tocia w pomniejszeniu jak jeden do stu, a ponadto w barwach wściekle pomarańczowych.

- Died Moroz - zdrewniałym szeptem jak mgła wydobyło się wreszcie z jednego z nich, a minę miał przy tym wniebowziętą.

- Niet - zaprzeczył drugi wyciągając rękę jakby chciał coś uchwycić - Eto tarakan, tol'ko bol'no krasiwyj, wies' oranżewyj

- Karakan? - obraził się Tocio - A wiecie wy, że wy nie żyjecie i trafiliście do nieba? Zaraz będzie sąd ostateczny...

- Niebo... Nieba niet - niepewnie oświadczył oficer prostując się lekko.

- No może i fakt - Dyzio wsparłszy się na rękach pochylił nad stołem wpijając swoje oczy szaleńca w mętne oczy tamtego - Ale, w co nie wątpię, jest piekło...

- Piekło... - jak jeden wymamrotali bliźniacy a ten, który na chwilę usnął, teraz się ocknął i wyglądał na zagubionego.

Oficer wpatrywał się tępo w zawieszoną nad nim dyziową fizjognomię, która zasłoniła cały świat. Kontemplował z niezwykłą dokładnością i wyrazistością detalu, a przy tym synchronicznie, bruzdy zmarszczek wokół pałających szaleństwem oczu, mięsistość fioletowych warg i błysk psich zębów wystających spomiędzy, spiczastość odstających uszu prześwietlonych lampą, haczykowatość nosa. Na samym czubku tego nosa tkwił czerwony pryszcz i to tak jakoś przestraszyło go najbardziej.

- Kto ty? - zapytał zdrewniałymi ustami, a serce ścisnęła mu, po raz pierwszy w życiu, metafizyczna trwoga.

- Twoje ja - wysyczał teatralnym szeptem Dyzio.

- Tak kto ja? Ty - nie ja.

- Ty to już nie ty. Ja to ty.

- To kto ja?

- Nikt - wzruszył ramionami Dyzio - Najwyższe osiągnięcie waszego nihilizmu - Ty - to nikt. Już nigdy nie powiesz o sobie: ja.

Pobudzone diabelską mieszanką koko i meskaliny neuronowe magistrale sowieckiego oficera wypełniły się pędzącymi korowodami elektronów, które zderzały się bezładnie tworząc zatory i korki komunikacyjne. Tak powstawały impulsy elektryczne o trudnym do przewidzenia natężeniu, a to z kolei - co powie wam każdy materialista - jest podstawą pojawiania się myśli. Myśli więc pojawiały się w równie stochastyczny sposób, a nawijały się na jeden szaleńczy wątek, którego powstania materializm nie potrafi ująć w swoją siatkę pojęciową - wątek samoświadomości osoby jako myślącego bytu. “Jestem czy mnie nie ma” kołatało się po głowie oficera. “Czy prawda, co mówi nos z pryszczem, czy też nos mnie zwodzi? Bo jak nie ma mnie, to czym jest to coś co myśli, że nie ma go wcale? A jeśli nie ma mnie, to nie ma i Sojuza, i Stalina, i niezwyciężonej armii, a wszystko to kłamstwo, wyobrażenie tego, który nie istnieje - nie istniejące więc wyobrażenie.” Myśli wirowały z zawrotną szybkością nie dając się zatrzymać, aż utworzyły dokładny myślowy kołobłęd. Silnie działająca na niespodziewający się takiego ataku centralny układ nerwowy mieszanka narkotyków utrwaliła ten stan dookolnej gonitwy już na zawsze. Dyzio, dostrzegłszy, że odniósł psychiatryczny sukces, usiadł zadowolony na krześle i założył nonszalancko nogę na nogę.

- Zrobiłeś mu pan kiełbie we łbie - podsumował seans fordanser i znów strzelił palcami (a były jak orczyk grube).

- Myślę wszakże, że w tym stanie będzie bardziej szczęśliwy - odparł Dyzio swobodnie patrząc spod wpółprzymkniętych powiek na dopiero co uformowane warzywo.

- Ach, cóż to jest szczęście? - zafrasowała się panna Hela.

- Sczastje - powtórzyli bliźniacy i wpili się w nią rozmaślonymi, skośnymi oczami.

- No właśnie, Dyziulku - pan Henryk zwrócił się do siostrzeńca - Może byś tak zahipnotyzował jeszcze tych dwóch...

- Zbyt niski poziom - powiedział bezradnie Dyzio. Nie dotrę... Niech Tocio spróbuje...

- A co to ja jestem? - obruszył się wezwany nie na żarty - Czy ja się nadaję do tresowania pcheł? Też jestem inteligent! Niech fordanser się zabierze... e... znaczy się pan sekretarz...

- Betka - zmarszczył się pogardliwie fordanser i strzelił palcami. (A były jak orczyk grube). Wstał i jego ogromna postać zasłoniła światło na chwilę. Przysiadł się do żołdaków przepraszając księdza i objął obu na raz długachnym ramieniem.

- Wiecie, koleżkowie szanowni - zaczął miękkim głosem, jakby opowiadał bajkę - Że trafiliście wraz ze swoim komandirem do zaczarowanej krainy, jakiej nigdy wcześniej nie widzieliście...

- Nie widieli - powtórzyli jakby już zahipnotyzowani i półprzytomni ze szczęścia w tych jego objęciach.

- A widzicie - dobrotliwie pokiwał fordanser głową - Tu wszystko jest inne niż w tej waszej zasr... o przepraszam - skłonił wypomadowaną głowę w przepraszającym ukłonie w kierunku Heli - ...zasłonecznionej, chciałem powiedzieć, ojczyźnie proletariatu.

- Poeta - szepnął ubawiony Tocio do Dyzia.

- Ojczyźnie proletariatu - powtórzył z naciskiem fordanser rzucając im druzgocące spojrzenie chama, bo dosłyszał - Tutaj wszystko jest inne: zaczarowane, magiczne, nierzeczywiste, jak wagon pełen chrupiących golonek.

- Walonek - powtórzyli bliźniacy kołysząc się jak w somnambulicznym transie.

- Niech będzie - zgodził się fordanser - Walonek. Tutaj zwykła kokota jest jak królewna a dajmy na to, taki najzwyklejszy fordanser, inteligentem.

- Hm - Tocio chrząknięciem zasygnalizował swoje votum separatum.

- Tu są zgromadzone skarby całego świata - kontynuował przedstawiciel warstw pracujących stolicy - skarby o jakich nawet nie śniliście.

- Nie znajem czto eto: skarby - wyszeptali sowieccy żołnierze znów jednocześnie.

- Kłady - podpowiedział Dyzio rosyjskie słowo.

- Tak właśnie - potaknął fordanser spoglądając na Dyzia z uznaniem i wdzięcznością - I wy możecie dostać trochę tego... Tylko musicie się natychmiast z nimi stąd wynieść i obiecać, że nigdy nie wrócicie.

- Charaszo - zgodzili się natychmiast bliźniacy, których chęci łupienia nie mogło zneutralizować działanie żadnych, choćby najbardziej trujących używek.

- No dobra - fordanser zwolnił swój przyjacielski uścisk, podniósł się i zniknął na dłuższą chwilę. Kiedy wrócił, reprezentanci awangardy ludzkości trwali nadal w swoim lunatycznym transie kołysząc się z boku na bok i nucąc: - Ura, ura, ura, Czapajew gieroj, za rodinu, za Stalina, na boj, na boj, na boj... Usiadł koło nich ponownie, a oni zamilkli czekając z wybałuszonymi oczami, aż pokaże im owe skarby, które obiecał przynieść.

Tymczasem on dostojnym ruchem wyjął z kieszeni pomiętego surduta zawiniątko - swoją niezbyt czystą kraciastą chustkę do nosa, rozsupłał ją i wysypał zawartość na stół.

Wszyscy pochylili się ciekawie nad ową zawartością. Był tam guzik z masy perłowej, sygnet z tombaku, zepsuty buksiak bez minutnika, ząb mleczny (ludzki wnosząc z kształtu) oraz trzy szklane kulki,którymi w szkole powszechnej grają chłopcy.

Pan Henryk zagryzł wargę nie dowierzając, aby zebrane przedmioty wypełniały w sposób wystarczający znaczenie słowa skarb, za to Dyzio z Tociem spojrzeli po sobie z uznaniem dla zaradności fordansera. Znali wszak dokładnie działanie różnych trucizn i upośledzenia wzrokowe, które powodować mogą.

- Aaaa - zaszemrali bliźniacy w szarych szynelach i wybałuszyli oczy jeszcze upiorniej, co jasno dowodziło, że to zdegenerowani inteligenci mieli dobre przeczucia, zaś pan Henryk złe.

- Uch, twoju mat', kakaja krasota! Dawaj! - wyciągnęli jak na komendę cztery brudne dłonie...

- Zaraz, zaraz - odtrącił te dłonie fordanser - Mówcie zaraz czy umowa stoi. I czy zaraz stąd wyjedziecie... i czy zabierzecie swojego komandira?

- Niet - zaprzeczyli stanowczo - Dawaj jeszczio!

- Nie, to nie - burknął w odpowiedzi fordanser rozeźlony - jak nie chcecie wyjeżdżać, to musicie zostać - Zgarnął swoje skarby z powrotem do kieszeni - Będziecie z nami mieszkać, żyć i przestrzegać naszych zwyczajów.

- Nie znajem - zakłopotali się skośnoocy.

- Obyczaje - podpowiedział znów Dyzio, który był przecie oficerem w białej armii i rosyjski znał perfekcyjnie.

- Kakije? - niepokój znów wykwitł na żółtych twarzach.

- Mamy to swoje zwyczaje, odmienne od tych, do których przywykliście. Takie... burżuazyjne...

- Burżuazyjne - zgrzytnęli żółci zębami.

- Tak - pokiwał głową fordanser - burżuazyjne. A jeden z tych zwyczajów polega na piciu krwi młodych, niewinnych komsomolców.

- My nie komsomolcy - zaszemrał lekko zaniepokojony duet.

- Zgoda, ale - jak tu mówimy - jak się nie ma, co się lubi... Tilit, diablico - rzucił Heli - przynieś czarę na krew i szpikulec.

- Słucham, panie - Hela przewróciła upiornie wielkimi oczyskami (a ładne miała te oczyska, szelma!) i wyciągnęła z kredensu paterę na owoce i szpikulec do lodu.

- My nie komsomolcy! - zaprotestowali mali żółci ludzie a w skośnych oczach pojawiło się przerażenie.

- To won z naszego przyjęcia na koniec świata, albo was upiekę na rożnie! - zaryczał fordanser stając nad nimi gwałtownie.

Dyzio z Tociem, znając dobrze upośledzające skutki działania dużej ilości koko na sprawność ruchową (nie wspominając o meskalinie), przyglądali się improwizowanej scenie z widocznym sceptycyzmem odnośnie do możliwych skutków, ale ku ich zdziwieniu proste sowieckie organizmy, mimo silnej toksykacji, zachowały zwierzęcy popęd ku ochronie własnej egzystencji.

Rzucili się obydwaj do drzwi porywając oficera, którym huknęli we framugę, kiedy się w poprzek nie zmieścił. Przeinstalowali go więc szybko głową ku przodowi i wypadli na ganek. Tam drogę zastąpił im dziadek mierząc z guldynki. Poruszył bojowo swoimi wąsami - jak to miał w zwyczaju - i zaśpiewał gromko:

 

A tam na Rusi z naszych kościołówZrobił bolszewik stajnie dla wołówChodźmy wygnać te bydlętaBo tam nasza wiara święta  Bagnet na brońBolszewika gońGoń, goń, goń!

 

Przepuścił ich odśpiewawszy swój wojenny kuplecik, a kiedy półprzytomni i rozdygotani ładowali swojego przełożonego w stanie wegetatywnym na siedzenie gazika, wypalił z guldynki tuż na ich głowami, co wydatnie przyspieszyło ewakuację. Wkrótce gazik ruszył i ciął zakosami ledwo co trzymając się drogi. Tak skończyła się sowiecka okupacja dworu. Okupacja sprezentowana przez szczodrą historię, bo wynikła z niedokładnego wytyczenia granicy stref okupacyjnych pomiędzy sojusznikami. Dwór miał przynależeć do lepszej strefy, do strefy rasy panów (Herren), a sowiecki patrol znalazł się w niej na skutek błędu w odczytaniu mapy. Zdarzenie to nie miało więc najmniejszego politycznego ani militarnego znaczenia, ale zapisało się dużymi zgłoskami w dziedzinie psychiatrii klinicznej. Sowiecki oficer o zdeintegrowanej przez Dyzia osobowości stał się przedmiotem badań czołowych moskiewskich konsyliów psychiatrycznych, bohaterem tuzina rozpraw doktorskich i habilitacyjnych oraz setek artykułów i analiz. We współczesnej psychiatrii przypadek ten znany jest jako „fenomen nagłej dezintegracji osobowości jako skutku zderzenia cywilizacyjnego”.

Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (25)

Inne tematy w dziale Kultura