DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
42
BLOG

2.TRYPTYKU CZĘŚĆ DRUGA

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Kultura Obserwuj notkę 5
 

Rafałowi Gan Ganowiczowi i Andrzejowi Trzebińskiemu

 

Przemykał skulony pod murem; szybko, uważnie jak ścigane zwierze. Odruch, którego nienawidził. Po pięciu latach okupacji był czujny jak stary wilk podczas obławy. I choć w gorącym, lipcowym powietrzu przewijała się jakaś dawno zapomniana wonna nuta - jakby spalenizny, stali, krwi - zwiastująca zbliżający się wielkimi krokami przełom, to tym bardziej nie chciał sobie pozwolić na wpadkę. Właśnie teraz - tuż przed wymodloną chwilą, kiedy - da Bóg - będzie mógł chodzić środkiem ulicy, odpowiedzieć serią ze stena na długo znoszone upodlenie, zobaczyć strach w oczach rasy panów... Lecz to jeszcze nie ten dzień. Było po godzinie policyjnej, a jego oficerki i miejscami dziwnie wypukły popielaty trencz nie dawały przypadkowo napotkanemu patrolowi żadnych możliwości nie dostrzeżenia go. Ostatnio prawie nie wychodził z domu - a jeśli już musiał - to wbrew wszelkim regulaminom zawsze z przyjacielem stenem pod pachą. Kiedy zobaczył, co z ludźmi robi Pawiak, obiecał sobie uroczyście, że nie pozwoli się tam zawieść - w wymianie ognia miał jeszcze jakąś szansę.

"Psiakrew!" - jakby ich ściągnął myślami. Z mroku drugiej strony głuchej jak trumna ulicy wyłonił się trójkowy patrol żandarmerii. Charakterystyczne hełmy nie pozostawiały złudzeń... Oparł się o wilgotny mur z czerwonej cegły, rozstawił szeroko nogi, powoli rozpinał trencz, pod którym na pasku zawieszony był kolega Sten. Patrol był już naprzeciw, trzy, cztery metry. Cisza i tylko te głuche, równe kroki. I plama białego płaszcza na tle czerwonego muru. Barwy najbardziej nieochronne. Poczuł się jak tarcza strzelnicza. Najbliższy ulicy z przechodzącej trójki odwrócił się w jego stronę. Wielkie, niedźwiedziowate chłopisko. Stanął. Cichym głosem zaszwargotał do pozostałych, którzy również przystanęli. Karabiny przewieszone mieli przez plecy i to dawało Rafałowi kilka sekund przewagi. Tyle tylko, że ich było trzech i jednemu z nich mogło to dać o tę jedną szansę więcej. Szansę na życie. Temu, którego nie przetnie pierwsza seria. Tymczasem niedźwiedziowaty odwrócił się opanowanym wolnym ruchem ponownie twarzą w kierunku celu dotychczasowej marszruty i podjął przerwaną, spokojną przechadzkę jak gdyby nie widział polskiego bandyty wystawionego na widok, jak aktor na oświetlonej scenie. Dwaj pozostali poszli w jego ślady. Odchodzili spokojnym, miarowym krokiem patrolu. Już widział ich plecy. Patrzył odrętwiały i zaskoczony, nie czując kropli potu pozostawiającej mokry ślad na jego policzku. Mógłby do nich teraz strzelać ale zrozumiał i przyjął ofertę. Otarł czoło i sklął w duchu sam siebie za lekkomyślność. Ruszył nie oglądając się. Wpadł w znajomą bramę i wbiegł lekko, po drewnianych schodach kamienicy. Przed drzwiami ozdobionymi mosiężną wizytówką przystanął i uważnie zlustrował framugę. Nie było znaków ostrzegawczych, więc odwrócił się i ruszył ku drzwiom naprzeciw. Zastukał w umówiony sposób. Po chwili z przedpokoju dobiegło go ciche szuranie. Bezbłędnie rozpoznał babcię Andrzeja. - Pan Rafał! - ucieszyła się promiennie - Pewnie jedziecie na podchody? Nie za późno? Była trochę poza rzeczywistością, odkąd doświadczyła sowieckiej okupacji Wileńszczyzny.

- Wejdź do niego do pokoju, zrobię wam herbatkę - promienny choć dziwnie nieobecny uśmiech nie znikał z jej pomarszczonej twarzy.

- Dziękuję, proszę sobie nie robić kłopotu - ja naprawdę na chwilę. Wzięty pod łokieć szczupłą słabą dłonią dał się odprowadzić pod drzwi pokoju Andrzeja. Ten siedział przy stole, z czołem opartym na pięści, w ponurym zamyśleniu. Jak zwykle nad stosem kartek. Poobgryzane ołówki walały się na blacie i kredensie. Rafał z miejsca rozpoznał, że druh jego znajduje się w stanie nachodzących go często napadów twórczego niepokoju.

- Czuwaj! - rzucił mu gromko chcąc rozbić opary intelektualnej atmosfery, która go zawsze nieco drażniła.

- Czuwaj! - odpowiedział Andrzej posyłając zagadkowe spojrzenie. Na wpół uradowane, że ktoś przyszedł; na wpół obrażone, że mu się przeszkadza.

Rafał zajął miejsce za okrągłym stołem - Coś piszesz? - zapytał udając zainteresowanie - Wiersze?

- Nie... - Tak... W zasadzie napisałem jeden, ostatni, kiepski - odparł Andrzej wyraźnie rozdrażniony - Chcesz ? Przeczytam ci. Nie czekając na odpowiedź wyjął z szuflady strzęp papieru i pełnym irytacji głosem przeczytał:

 

Miasto rozpryśnie się pod stopami stalowych alegorii krokówPrzyjdą tu i zadepczą ogrody, drobne gałązki bukszpanówNic ich nie zatrzyma; diabelskim przejdą rajdem,Siłą niszczącą kolektywnego GolemaW ziemi zostanie odciśnięty ślad stalowego butaa na jego dnie połamany, w szmaty zawinięty,Z krwią wytłoczoną poza suche ciało - jaTrupa wyschłego, płaskiego jak ziemniaczany, zimny placekZaniosą do muzeum ateizmu, powieszą na ścianie jak makatęI będą dzieci o tępych twarzach, poubierane w stroje pajaców,żując gumę - najnowszy amerykański wynalazekwskazywać brudnym palcem wołając: to on!człowiek z Cro Magnon!

 

Zmiął kartkę i ze złością rzucił w kąt - Liryka to blaga - wykrzywił twarz w przesadnie pogardliwym uśmiechu - jednowymiarowa. Już nigdy nie napiszę żadnego wiersza. Zamilkł aby za chwilę podjąć wątek. - Dramat, stary, dramat. To prawdziwe wyzwanie naszego pokolenia.

- Tylko czy nam ołówków starczy, aby mu sprostać? - zażartował Rafał rozglądając się wkoło - Można nimi celnie razić kompanię piechoty... A tak nawiasem mówiąc, to jak na twój wiek, to nie zioniesz stary optymizmem. Ten twój wiersz jest jak klepsydra.

- Bo to jest klepsydra. Jak na swój wiek i jak na wiek dwudziesty, to ty jesteś coś podejrzanie za wielkim optymistą.

- Bo Szkopy już robią w gacie, stary, czuję ten ich strach, wystarczy tupnąć i z podwiniętymi ogonkami, cichutko popiskując wezmą kurs na Berlin, bracie...

- Ty to jesteś pistolet - w głosie Andrzeja dawało się odczuć nieco ironiczną ale i agresywną nutę - Ty reprezentujesz, bracie, etos, działanie, walkę. Ty jesteś człowiek czynu. Ja to rozumiem. Ja to podziwiam i jestem takim jak ty cholernie wdzięczny. Ale nie wszyscy mogą być tacy. Żebyście wy mogli działać, ktoś musi dostarczać wam powodów do tego działania. Logos - wymawiając to słowo klepnął się w czoło z cichym plaśnięciem - Możesz bracie kpić ile wlezie, a ja ci mówię, że w końcu ważniejsza może okazać się teoria dramatu niż wasze kozackie wyczyny. Kiedyś wojna się skończy i trzeba będzie zacząć budować od nowa. Kozaczyzna nie bardzo się sprawdza na placu budowy. A budować trzeba według planu... a planowanie to sfera ducha - nie mówię tu o inżynierii rzecz jasna, o drogach, mostach - wyjaśniał jakby się bojąc, że może zostać posądzony o jakiś pospolity pogląd - mówię o planie kultury...

- Ależ oczywiście, Andrzejku, oczywiście - Rafał przytaknął mu podejrzanie gorliwie - Ja się nie sprzeczam! Ja tylko jako prosty chłopak staram się jak mogę, żebyście mieli do kogo pisać te swoje odezwy, manifesty i teorie. Sam takich zdolności nie mam i znasz mój stosunek do tych spraw: z pokorą wierzę, że to działalność pożyteczna, więc, abyś nie posądził mnie o zaniedbywanie narodowej kultury, zrobię sobie przerwę w wojnie światowej a ty, proszę, poucz mnie o swoich najnowszych poglądach na dramat narodowy, ja słuchał będę i chłonął Logos całym swoim istnieniem.

Andrzej zignorował ironiczną nutę przebijającą poprzez ultra patetyczną formę prośby i, przyjmując ją za dobrą monetę, zaczął z zapałem. Widać było, że tylko czekał, aż będzie mógł o swoich najnowszych pomysłach komuś opowiedzieć.

- My żyjemy, Rafale drogi, u schyłku panowania liryki. Niektórzy z nas są prawdziwie wielkimi epigonami tej epoki, ale przed nami epoka nowa - epoka dramatu. Dramat, rozumiesz, odpowiada nowym czasom pełniej. A ile w nim ukrytych możliwości rozwojowych! Liryka to forma z założenia swojego jakby zamknięta, udoskonalona już do granic. Dramat to wciąż nowe wyzwanie czekające na swego reformatora. Tu jeszcze wszystko można zmienić, na głowie postawić, zrewolucjonizować, odkryć. Dramat jest tysiąckroć bardziej odpowiedni do naszych czasów, bo czasy nasze rozgrywają się na wielkich scenach. Futuryzm zażądał dla siebie wielkich przestrzeni - wielkie i wszechogarniające są futurystyczne maszyny, masy, miasta. Faszyzm, hitleryzm, komunizm - to futuryzmy: wielkie wojenne, społeczne teatry. Jakże opisać światy w których rozgrywa się bitwa pomiędzy tak dramatycznymi siłami - lirycznie? Nonsens! Dramat, poprzez rekwizyt, interakcje gry aktorskiej, czas równoległy rzeczywistemu, ukazuje obiektywnie, nie filtruje przez pryzmat uczucia, nie rzutuje, nie domaga się dopełnienia osobowością twórcy. Odpadają wszelkie autobiografizmy. Ja muszę poznać osobowość Mickiewiczów, Słowackich, żeby głębiej zrozumieć ich liryki, bo aby je zrozumieć, muszę zbadać sposób ich czucia, ale dla zrozumienia genialnego teatru Wyspiańskiego sam Wyspiański jest mi do niczego nie potrzebny. Wystarcza, że jego dramat zaniosę na scenę, przełożę didaskalia na miejsca przestrzenne, rekwizyty, kostiumy i oto mam całość! Poza dramaturgiem, poza osobą, całość oderwaną, zobiektywizowaną i samowystarczalną. Co do możliwych odkryć - rzeczy! Rzeczy! Chcesz odkryć grozę wojny? Groza wojny tkwi w Stukasie, w Panterze, w Goliacie. W potwornych maszynach niosących zagładę i śmierć. Liryk, cóż liryk opisze? Zamiast prawdziwej grozy zawiedzie nas w krainę subiektywnych neuroz, lęków i przerażenia. Rzecz w dramacie to rzecz sama w sobie. Albo inny aspekt dramatu: dotychczas rozpatrywaliśmy dramat jako relację człowieka i losu, człowieka i człowieka, człowieka i zbiorowości ludzkiej, a teraz przyjrzyjmy się jego relacji do rzeczy, maszyny, materii i ducha. Że popadniemy w absurdy, niejasności czy nieporozumienia? Proszę bardzo. To niczym nie grozi! Bo wszystko odgrywa się w kubie, w przestrzeni magicznej i rzeczywistej zarazem, trójwymiarowej. Choćbyśmy nawet popędzili w dramacie naszym w rejony kompletnie oderwane i oniryczne, to i tak nie uciekniemy od realności przedmiotu, aktora, sceny i rampy. Sam widzisz, ile tu możliwości! A rzecz może i jeszcze ciekawsza: dramat jako walka, starcie się racji. Do tej pory w dramacie człowiek walczył z losem, człowiek walczył z człowiekiem, z grupą, z samym sobą. Wygrywał bądź przegrywał. A gdyby tę grę rozegrać na remis. Zero-zero? Obmyśliłem sobie taki temat do dramatu... Rzecz dzieje się w takim polskim dworku, we wrześniu trzydziestego dziewiątego. Wojna tam jeszcze nie dotarła, zebranie, rozumiesz, starych Polaków. Typy polskie, sarmackie. W czasach współczesnych. I na to zebranie zjeżdża im się ze stolicy towarzystwo szalone bohemy naszej przedwojennej. Jakieś wariaty, Witkace, z piękną żydóweczką, niespełnioną aktorką pod pachą, z fordanserem, cwaniakiem miejskim porwanym przez pomyłkę. Przegląd idei polskich, myślenia naszego, jakie się w najnowszej historii pojawiały. Idei starych i szaleństw najnowszych. Zanosi się na bitwę, bałagan niewyobrażalny Ale najważniejszy aktor to radio. Na koniec ogłosi im jakąś wieść straszliwą, która te wszystkie ich dywagacje podda w wątpliwość. Okaże, że cały ten bagaż nowych i starych mądrości i postaw można już na półki odłożyć, w antykwariacie sprzedać, bo historia wszystko to przerosła. Tylko - potarł dłonią czoło - jakoś nie mogę sobie wyobrazić takiego wydarzenia, co by to być mogło... za wcześnie chyba na podsumowania, czas musiałby upłynąć, trzeba by konsekwencje zobaczyć jasno i w całej pełni - Zamilkł trąc czoło ale się zaraz ożywił - Radio, przedmiot, jako aktor dramatu i zniwelowanie tego wszystkiego, co się dotychczas działo, co wskazywało drogę w kulturze. Lecz to już koniec drogi, co widać klarownie. Nikt nie wie, co się stanie. Wiadomo tyle, że skamandry wyschły i nie masz w nich już nawet wody, co ją tak w nadmiarze lali, awangardy są śmiesznie trywialne wobec realności i trafiają w próżnię, bo poznikały i ariergardy i główna kolumna, apokalipsy też nie ma już co oczekiwać, bo właśnie przeszła i szczerzy kliska... Koniec meczu, bo nie ma już pucharu, nie ma zasad gry i nie będzie już zwycięzców pomiędzy uczestnikami. Teraz wszystko zaczynać będzie trzeba od nowa!

Rafał słuchał i w miarę jak słuchał zasępiał się coraz to bardziej i widać było, że to co słyszy potęguje jego złość, choć cała paleta uczuć, która go opanowała, daleka była od jednoznaczności. Był tam podziw dla szerokości wizji i abstrakcyjności tematów. Podziw ten w czasach, kiedy chodzili do tego samego gimnazjum, był odczuciem dominującym. Był też jakiś gniew rosnący. Do siebie, do niego, do świata, historii? Gniew na to, że temu siedzącemu przed nim facetowi o twarzy dziecka przyszło żyć w czasach tak niesprzyjających temu wszystkiemu, co reprezentował. Był zły, bo z olbrzymią wyrazistością dostrzegł, jak jego nawiedzony, neurasteniczny przyjaciel, mimo dużej pracy jaką Rafał włożył w to, żeby go uodpornić, żeby to zmienić, nadal pozostał jakimś cholernym eksponatem z nieistniejącego świata. Był stworzeniem nie przystosowanym do otoczenia i było jasne, że pomaganie mu w przeżyciu jest z góry skazane na porażkę. I groźne dla tego, kto podejmuje się zadania w tak oczywisty sposób niewykonalnego. Bezsilność. To właśnie uczucie najbardziej Rafała poruszało.

Wreszcie nie wytrzymał i przerwał mu ostro, szorstko - Andrzej! - A gdy ten nie przestawał mówić, wpatrując się w niego rozżarzonymi oczyma, prawie krzyknął - Andrzej!

Wreszcie zamilkł. Przygasł, jakby się zawstydził swojego entuzjazmu, tak nie na miejscu tu i teraz.

- Andrzej - podjął Rafał hamując zdenerwowanie i starając się nadać swojemu głosowi spokojny i rzeczowy ton - Dziękuję ci za ten wykład. Naprawdę - spojrzał prawie przepraszająco - To bardzo ciekawe i na pewno ważne, choćbym nie potrafił właściwie tej wagi ocenić. Tylko że ja nie przyszedłem dyskutować o dramacie... Przyjaciel spojrzał zdziwiony tym swoim dziecinnym spojrzeniem - Ja przyszedłem od Czarnego, bo jest akcja do wykonania. Czarny zadecydował, że możemy ją przeprowadzić we dwóch. Ja i ty. Tyle że to ty masz ją wykonać, a ja będę ubezpieczał. Jeśli się zgodzisz.

- Co to za akcja? - głos Andrzeja był suchy, wyprany z emocji.

- Wyrok. Egzekucja - odparł Rafał beznamiętnie i nie wiedzieć czemu wzruszył ramionami.

- Kto?

- Znasz zasady. Najpierw musisz się zgodzić - spodziewał się dłuższej ciszy ale się rozczarował.

- Tak, tak, oczywiście, zgadzam się

- No to tu jest wyrok - Rafał wyjął zza paska kartkę papieru - Adres: róg Wareckiej i Nowego Światu, dom numer 7, mieszkania 25. Szmalcownik - relacjonował sucho - jakieś konszachty z PPR, współpraca z Gestapo, szantażowanie Polaków ukrywających Żydów. Generalnie - bandyta. Nazywa się Marian Ptakoski. Żona, syn Albin, dwuletni. Niestety będą w domu. Tu masz broń - wyjął pistolet. Po akcji - zdasz.

- Jasne, więc kiedy?

- Pojutrze, szesnasta, w bramie od Wareckiej.

- Rozkaz - Andrzej wstał i popatrzył Rafałowi prosto w oczy - Będę.

Rafał chciał jeszcze coś powiedzieć, dodać, ale zrezygnował i gnieciony jakimś poczuciem winy wstał i pożegnał się niezgrabnie. Wyszedł pozostawiając Andrzeja pośród porozrzucanych ołówków, twarzą w twarz z leżącym na zapisanych kartkach papieru pistoletem. Wyrwał się jakoś babci obiecując solennie, że opowie jej jak było na biwaku w lesie, przeprosił, że nie wypił niesionej właśnie herbaty. Wypadł z uczuciem ulgi na ulicę mokrą od deszczu. Nadstawił twarz na spadające z nieba grube krople. Był wciąż skrajnie rozdrażniony. “Niechby się jeszcze raz napatoczył ten patrol” zamarzył nagle. Przypomniał sobie pistolet pozostawiony na stole. “Masz swoją rzecz samą w sobie, rekwizyt w jednoaktowym dramacie pod tytułem: rozwałka” posłał Andrzejowi drwinę. “Kto wygra jednoaktówkę? Ty z gnatem, czy może bezbronny łajdak Ptakoski? Może będzie remis? Jaką ma szansę przetrwania w tym starciu? Żadnej - jeśli nawet o tym nie wie. Nie wie, że byłeś najlepszy w strzelaniu na kursie podchorążych. Proszę, znajdź mi płaszczyznę na której Marian Ptakoski wygrywa ten twój dramat!” Nawet nie spostrzegł jak bardzo się wściekł. Kiedy się zreflektował, zrobiło mu się głupio. Bo przecież tak naprawdę, to Andrzej nie był niczemu winny. Nic a nic. To on czuł się winny. Tyle że nic nie mógł zrobić. W głębi ducha chciał, żeby Andrzej odmówił. “Ciekawe, po co oni - myślał - wymuskani gimnazjaliści, ideowi studenci, artyści, paniczyki, laleczki - jak zwykł ich nazywać przed wojną - muszą przechodzić ten czyściec? Żeby ta ich sztuka była już naprawdę taka bezgrzeszna, wielka, święta? A w końcu... czy to mój problem? Kto nie chce, nie walczy. Chce, czy nie chce, ginie. Kto powiedział, że zabijać muszą tylko dzieci dorożkarza i praczki? Mały książę też czasami musi. Jeśli chce nadal pozostać księciem. Jeśli w ogóle chce dalej być.”

Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Kultura