DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
53
BLOG

TRYPTYKU CZĘŚĆ DRUGA (2)

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Kultura Obserwuj notkę 22

      

       Ostatni raz spotkali się już po wojnie, która wcale się nie skończyła - to jeden z paradoksów historii. Był maj i w ruiny miasta wracało życie. Nowe. Rafał wrócił z obozu w Pruszkowie, gdzie trafił zaraz po kapitulacji Powstania. Andrzej jakimś cudem przeżył, zadekowany na strychu ocalałej kamienicy i doczekał zwycięskiego pochodu Czerwonej Armii poprzez martwy las wypalonych ścian domów. Obydwaj natychmiast rzucili się w wir pracy. Z ich oddziału niewiele zostało. Tak naprawdę to ich dwóch. Mieli na szczęście trochę poukrywanej broni, zgłaszało się wielu czternasto-, piętnastolatków. Uczyli ich małego sabotażu. Rekwirowali broń komunistycznej milicji. Organizacja rozwijała się prężnie, kiedy po trzech latach przyszła wsypa. Nagła, choć oczekiwana. Do warsztatu, gdzie Rafał pracował naprawiając stare ciężarówki wpadł Antek: młody, rudy jak wiewióra ulicznik, zaprzysiężony żołnierz organizacji

- Rafał, wsypa, smutni byli u ciebie w domu. Czekają w bramie po drugiej stronie ulicy - poinformował podniecony szepcząc mu w ucho. A więc stało się! Spodziewał się tego. Wcześniej czy później. Narzucił płaszcz na ramiona, wprost na kombinezon.

- Dokąd? - gruby majster zastąpił mu drogę - najpierw złóż silnik a potem randka.

- Nie mogę szefie - Rafał spojrzał na niego z przepraszającym uśmiechem - Wygrałem wczasy w Gwadelupie i właśnie się cholernie spieszę na samolot. Przyślę panu widokówkę!

- W Gwadelupie to mnie możesz w dupę pocałować. Nie waż się wracać! - usłyszał na pożegnanie od szefa.

- Ani myślę - odkrzyknął grubasowi. Gnał na melinę, gdzie od miesiąca mieszkał Andrzej. Melina była świeża i nikt z oddziału poza nimi nigdy tam nie był. Powinna być czysta. Czujnie obserwował podwórze zza drewnianego parkanu. Jeden z cudem ocalałych domów w mieście. Jednopiętrowy. Z komina unosił się dym. Na podwórku żywego ducha. Nad nieruchomą taflą sporej kałuży na podwórku trzepotał chaotycznie jakiś żółty owad, chyba motyl. Wbiegł do sieni.

- Andrzej! - krzyknął kiedy już wpadł do pokoju - Wsypa! U mnie w domu kocioł, mamy niewiele czasu. Andrzej, leżący na łóżku, w ubraniu, butach, przodem do ściany, nawet się nie poruszył.

- Słyszysz?! - w głosie Rafała dało się słyszeć rozpaczliwy ton.

- Słyszę - odpowiedział cicho Andrzej, jakby mało go to wszystko obchodziło.

- No to zbieraj się - warknął Rafał już rozeźlony.

Andrzej usiadł na łóżku zwracając się do niego twarzą - Nigdzie nie jadę - powiedział cicho patrząc mu prosto w oczy - Mam dość tego uciekania, krycia się...

- A może masz dość życia po prostu? - Rafała aż uniosło.

- Może i tak...

- Zgłupiałeś? - wydarł się Rafał - za chwile tu będzie NKWD!

- To może i dobrze.

Rafał podszedł do niego, złapał za ramię i szarpnął - Co ty, rozum do reszty straciłeś? Zbieraj się ale już!

Andrzej spojrzał mu w twarz z bólem w oczach, bez oporu i Rafał musiał puścić jego ramię.

- Słuchaj, Rafał, zrozum, ja już nie mam siły, ja już nie chcę uciekać, to już koniec sztuki, końcówka ostatniego aktu. Poza tym ja nie mam dokąd uciekać, ja... zostałem sam, prawie. Popatrz na to co się stało i co się dalej dzieje: najlepsi przepadli w powstaniu, tych, co zostali, ściga się jak zwierzęta. A ludzie chcą zwyczajnie żyć. Ty wiesz co tu będzie za lat kilkadziesiąt, po pięćdziesięciu, załóżmy, latach komunizmu? Inny świat. Inni ludzie. Ja wcale za tym innym światem nie tęsknię. Rafał - spojrzał na niego z rozpaczą - to już koniec, przegraliśmy...

- Nie ja - zaprzeczył Rafał tępo patrząc w ścianę - Nie znam się na tych twoich wierszach, teatrach. Tutaj może i wszystko skończone, sam to widzę, ale to wcale nie zwalnia mnie z obowiązku, żeby tłuc tych czerwonych sukinsynów tam, gdzie to jeszcze możliwe. Możemy uciec do Wrocławia - zapalił się raz jeszcze, z nadzieją patrząc na Andrzeja i łudząc się, że może go zarazi tym swoim udawanym entuzjazmem - Wyrobimy sobie repatriacyjne papiery. Albo od razu wiejmy do Berlina - jest bezpośredni pociąg - dalej wystarczy przejść na aliancką stronę a tam już są nasi. Alianci, lada dzień ruszą. Jak nie za miesiąc, to za rok. Wrócimy.

- Masz - Andrzej podał mu Barettę, zdobycz z której był szczególnie dumny - Jedź i tłucz czerwone robactwo także i w moim imieniu. Ja zrobiłem więcej niż powinienem i wszystko, co było można. Ja już nic nie jestem w stanie zmienić.

- Czyli co? - miotał się Rafał po pokoju - Przegrałeś ten swój osobisty dramat z nieubłaganym losem? Z sobą samym? Z czerwonymi?

- W planie fizycznym tak, na pewno - zgodził się Andrzej z nikłym uśmiechem na bladych ustach - Ale... W planie nieco szerszym, być może dramat wyszedł na remis. Widzisz, wybieram świadomie, wtedy kiedy ja tego chcę. Zmusili mnie, żebym do nich strzelał - strzelałem. Teraz ja mówię pas, dość strzelania, chcę pisać! Jeśli moje pisanie jest dla nich zagrożeniem - proszę bardzo, mogą mi zagipsować usta. Tylko jeśli boją się tego, co napisane, to oni też już przegrali - Spojrzał na Rafała - Jedź Rafał i daj im popalić. I daj znać, jeśli się gdzieś zahaczysz.

- Jasne - Rafał zrozumiał, że już nic więcej nie zrobi. Stało się i tak to, co się stać musiało, wcześniej czy później. Mimo to podjął jeszcze jedną próbę.- Masz dość życia, rozumiem, ale ból? Nie boisz się bólu, tortur?

- Ależ nie - nie będzie tortur. Tę lekcję też już odrobiłem. Dzięki tobie. Pamiętasz? Mówiłeś, że żywcem cię nie wezmą - Odsłonił koc pod którym leżał wielki niemiecki granat - Zaminuję drzwi. Nie wolno wchodzić do cudzego domu bez przyzwolenia właściciela, prawda?

- I co - wzruszył ramionami Rafał - będziesz tak siedział i czekał, aż po ciebie przyjdą, dzień, dwa? Tydzień będziesz czekał, jak przyjdą, żeby cię wysadzić w powietrze?

- Im dłużej, tym lepiej. Mam jeszcze dużo do napisania - Wyjął spod poduszki plik pomiętych kartek i kawałek ołówka. Usiadł przy stole, zmiatając na podłogę pustą puszkę i ogryzek jabłka - Chcę napisać ten dramat, o którym ci kiedyś mówiłem. Znalazłem już to historyczne zdarzenie, po którym wszystkie polskie idee zdają się tracić sens... Zresztą nie czas mówić o tym... Idź już.

- Dobra, jak się spotkamy kiedyś, to mi to musisz koniecznie przeczytać. A, jeszcze jedno. Pamiętasz ten dzień, kiedy przyniosłem ci wyrok na tego szmalcownika? Jak on się nazywał...?

- Jasne, dwa dni przed Powstaniem. A nazwisko do dziś pamiętam. Nazywał się Ptakoski. Śmiesznie.

- Upiekło mu się - Rafał pokręcił głową - Wiesz, wtedy wieczorem, znając ciebie, nie dawałem mu żadnych szans... Teraz jest kapralem w Ludowej Milicji...

- No to awansował. Żałujesz, że nie dostał czapy?

- Trochę. Byłoby o jedną gnidę mniej. A co by to zmieniło? Chyba nic. Po prostu, życie to nie dramat - lekko się skrzywił - role aktorów nie zależą od strumienia wzajemnie przeplatającej się masy zdarzeń o nieprzewidywalnych konsekwencjach... Dobrze, muszę już lecieć - spojrzał ze smutkiem na przyjaciela. Ten odwzajemnił spojrzenie, zaskoczony, ale i ubawiony prawdziwie teoretyczną uwagą.

- Jasne, Rafał, cześć i trzymaj się ciepło.

- Cześć - tupot nóg dobiegał jeszcze przez chwilę po czym ucichł.

Andrzej nasłuchiwał jeszcze, jakby starając się zapamiętać odgłos oddalających się kroków - ostatni przyjazny odgłos na tym świecie. Wstał, podszedł do drzwi i przymocował drut do klamki. Drugi koniec przeplótł przez zawleczkę granatu. Potem wziął następny kawałek drutu i połączył nim korpus i przegub lewej dłoni. Usiadł ostrożnie i zaczął pisać: “I tu tkwi możliwość, ale i konieczność dramatu na miarę dwudziestego wieku - spojrzał na wiszący nad podłogą granat - nadać rzeczy sens dramatyczny!”

 

 

* * *

 

 

        Rafał biegł skulony pod murem gotów do natychmiastowej rejterady pomiędzy ruiny gęsto już otoczone sieciami rusztowań. Na razie miał szczęście, wyminął sowiecki oddział biwakujący przy dworcu, a potem przeczekał w przydworcowym szalecie oględziny poczekalni dokonywane przez jakaś niemiecką służbę porządkową. Noc spędził w piwnicy na wpół zburzonego domu. Bladym świtem ruszył w dalszą drogę na zachód. Nie miał pojęcia jak wygląda granica pomiędzy strefami okupacyjnymi Berlina, ale miał nadzieję, że nie wygląda strasznie źle. Mijał przechodniów łowiąc ich podejrzliwe i zdziwione spojrzenia. Zdawał sobie sprawę, że wygląda zdecydowanie nieelegancko - trudno się zresztą dziwić temu brakowi elegancji po dwu dobach spędzonych pod wagonem jadącego pociągu. Musiał być koszmarnie brudny. Twarz i ręce poranione strzelającymi spomiędzy pokładów kamieniami były dla przypadkowej publiczności najlepszymi wizytówkami uciekiniera. Było kwestią czasu, kiedy ktoś się nim na serio zainteresuje. Usłyszał za sobą warkot silnika i uskoczył w bramę. Oparł się o mur i napotkał swoje odbicie w okularach chłopca, chyba pięciolatka. Chłopiec z półotwartą buzią wpatrywał się w Rafała. W ręku trzymał pusty kołowrotek służący do uprzyjemniania życia różnym, trzymanym dla zabawy gryzoniom. - Zrehabilituj choć trochę swój naród i mnie nie zdradź - pomodlił się do niego Rafał i został wysłuchany. Pięciolatek zamknął usta i dostojnym krokiem swoich krótkich nóżek podreptał w głąb podwórza. Rafał wyjrzał na ulicę, chcąc zlustrować zbliżający się samochód. Z miejsca rozpoznał amerykańskiego jeepa - Źle - przemknęło mu przez głowę - tymi samochodami rozbija się sowiecka wierchuszka wojskowa i enkawudziści. Pojazd minął go w odległości co najwyżej dwu metrów. Przyjrzał się uważnie kierowcy i poczuł się słabo. Osunął się oparty plecami o ścianę i tak zastygł, na chwilę, w kucki, ze zwieszoną głową. - A więc jestem - wyszeptał i roześmiał cicho raniąc popękane usta. Czarna twarz murzyna, prowadzącego samochód, bardziej niż zdobiący ją biały hełm Military Police, stanowiły widomy znak, że znalazł się w amerykańskiej zonie. Wypadł na trotuar z wysoko podniesioną głową, zamachał do oddalającego się ulicą jeepa a kierowca, zobaczywszy jakieś straszydło we wstecznym lusterku, zahamował z piskiem opon, po czym wrzucił wsteczny.

- What the fuck? - zagadnął przyjaźnie sojusznik oglądając go z wysokości siedzenia kierowcy od stóp do głowy z wyraźnym wyrazem zaintrygowania ale i rozbawienia na hebanowej twarzy potomka niewolników.

- I am a refugee from soviet zone, resistance army soldier, I am in search for any polish refugee camp or government representatives, if possible.

- In the Russian zone - must go back - sierżant amerykańskiej armii najwyraźniej nie chwytał subtelnych niuansów europejskiej polityki.

- No, they’ll shut me down! - Rafał rzucił się w tył.

- Okay, I got it - czarny zaprezentował garnitur silnych zębów - must not love reds too much... Listen, man - there is a coffee shop just around the corner - go there and wait - in an hour somebody will pick you up, right?

- Right - zgodził się Rafał przyjmując, że gdyby czarny sierżant wydał go sowietom, to byłoby to nazbyt groteskowe. Amerykanin zasalutował niedbale na pożegnanie, wcisnął pedał gazu i zniknął za zakrętem pozostawiając w powietrzu chmurę spalin i ulicznego kurzu. Rafał tymczasem pomaszerował raźno we wskazanym kierunku. Rzeczywiście tuż za rogiem, w cudem ocalałej kamienicy znajdowała się piwiarnia. Wypisana szwabachą nazwa została skrupulatnie odtłuczona od muru a zamiast niej ktoś białą farbą ochrzcił ją na nowo: “Freaky Teutons” - odcinało się od ceglastego podłoża. Wzruszył ramionami, kwitując obce mu, anglosaskie poczucie humoru i wszedł do środka. Rozejrzał się bacznie - kilka spowitych tytoniowym dymem postaci zasiadało za dębowymi ławami w ciemnym, przytulnym wnętrzu. Poprzez ciężki zapach tytoniu przebijał się silny zapach kapusty i kiełbasy z kminkiem. Za bufetem stała bufetowa. Rafał aż westchnął. Była wielka jak Mount Everest! Blond włosy miała ponakręcane na niezliczoną ilość papilotów a w ręku, niczym insygnium sprawowanej władzy trzymała białą szmatę, którą beznamiętnie przecierała kontuar. “Furror Teutonicus” - nazwał ją Rafał w myślach. Pogrzebał w wewnętrznej kieszeni usmarowanej olejem kurtki i wyciągnął zwitek jednodolarówek. - ein Bier, bitte - rzucił kładąc jeden z banknotów na blat - und ein Vodka - dodał, kładąc drugi.

- Weisses bier? - zapytała bufetowa barytonem patrząc meduzimi oczami w punkt gdzieś nad jego głową.

- Bitte...

Nalewała wolno pieniący się mętny płyn z nalewaka - Polak? - jej niebieskie oczy spojrzały na niego wreszcie omiatając wychudzoną, poranioną twarz i brudną kurtkę.

- Tak, pani mówi po polsku? - był zaskoczony.

- Tak, pochodzę z Kattowitz... Oberschlesien...

- Wysiedlona? - poczuł się głupio w związku z nieoczekiwaną, lecz możliwą wspólnotą losów.

- Nie, przyjechałam tu jeszcze przed wojną, za mężem.

- Żałuje pani? - zapytał nie wiedzieć czemu.

- Nie, mogłam trafić gorzej - machnęła ręką na wschód - Moja piwiarnia jest niecały kilometr od radzieckiej strefy. Tam w rogu - wskazała szmatą w kąt sali - Siedzi pana rodak, jeśli szuka pan informacji...

- Dziękuję - Rafał rzucił przez ramię spojrzenie na zasnutą dymem postać i wyciągnął rękę po napełniony kufel.

- Niech pan usiądzie, ja pana obsłużę, po to tu jestem - uśmiechnęła się smutno. Mimo potężnej nadwagi i grubych rysów twarzy była nawet ładna. Ciepła.

- Dziękuję - powiedział jeszcze raz Rafał. Poczuł się zakłopotany tym, że wzbudziła jego sympatię. Nauczył się ich traktować jako całość - plemię - i nienawidzić. To pozytywne uczucie sprawiło, że poczuł się niepewnie. Nienawiść też sprawia, że się zadomawiamy. Silniej uświadomił sobie, że otwiera się przed nim jakiś zupełnie nowy, nieznany etap jego życia.

- Bitte schön - bufetowa podsumowała wymianę uprzejmości odwracając się ku butelkom zawieszonym ze swej lewej strony.

Rafał ruszył ku odległej ławie. Siedział za nią mężczyzna ubrany w angielski battle dress, w wieku lat około trzydziestu, o twarzy osmaganej wiatrem, z niewielką blizną na policzku.

- Polak? - zapytał siedzącego nachylając się.

- Tak - nieznajomy spojrzał zaskoczony, podnosząc głowę znad rozłożonej na blacie ławy mapy - Proszę, niech się pan przysiądzie - akcent wskazywał na górala.

- Rafał - przedstawił się przysiadając - Z Warszawy, prosto z pociągu.

- Jędrzej - góral wyciągnął rękę - wypuścili Cię? - zerknął podejrzliwie.

- Nie pytałem - Rafał uścisnął podaną dłoń - A ty skąd jesteś?

- Z Czarnego Dunajca, spod samiutkich Tater - w oczach żołnierza błysnęły wesołe iskierki.

- Uciekłeś?

- Ano, już dawno... W trzydziestym dziewiątym; przez góry, na Słowację, dalej - przez Węgry a potem do Francji, do Sikorskiego. Potem do Anglii i znowu do Francji. A ty?

- Całą wojnę w Warszawie, we Wrześniu byłem za młody, nie wzięli, potem okupacja, powstanie, znowu okupacja...

- A jak tam jest? - oczy żołnierza wpiły się w niego jakby chciał nie zgubić ani jednego słowa odpowiedzi.

Rafał zacisnął usta, pokiwał głową przecząco, bezradnie. Nie wiedział jak zacząć, jak opisać to wszystko w kilku słowach, w miarę prosto komuś, kto powojennej rzeczywistości nie doświadczył. Tymczasem pojawiła się bufetowa stawiając przed nim wysoki kufel i dwie pięćdziesiątki wódki w kieliszkach. To dało mu dodatkowe chwile na zebranie myśli ale wciąż brakowało słów - To jest - szukał słów - koszmar, tragedia... To nieprawda, że tak już kiedyś było... jeśli to dłużej potrwa, to... nic nie zostanie...

- Bo ja tam wracam - przerwał mu nowopoznany ze szczerym uśmiechem - do Czarnego Dunajca.

- Tam? - Rafał parsknął - Po co?

- Bo tu nie mam nic do roboty i nikt nas już tu nie chce. A ja chcę do Polski, do domu.

- A jak się alianci ruszą na Sowiety?

- Zapomnij - Jędrek wzruszył ramionami - wojna skończona, interes ubity, palcem nikt nie kiwnie. Zobacz - zatoczył ręką koło - tu już nikt nie myśli o wojnie, klamka zapadła, kto tu, kto tam...

- Takich jak ty to rozwalają bez sądu, pod płotem, bracie - to nie salon!

- Niech przyjdą, myślisz, że się będę meldował? Ołowiem się wytłumaczę. W dzień do roboty, a w nocy sobie postrzelam. Góry znam jak własną kieszeń. Wolę tam strzelać, niż tu gnić bezczynnie.

- Też strzelałem, ale mnie dopadli. Właśnie dlatego uciekłem, bo tam już się nie da, szybciej tu...

- Eee - Jędrek machnął dłonią jakby odpędzał muchę - pożyjesz - sam zobaczysz...

- Właśnie - westchnął zrezygnowany Rafał - sam zobaczysz.

Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (22)

Inne tematy w dziale Kultura