- Ale jazda! - wyrwało się z ust przybysza z przyszłości
- A-a-a - zaryczał znienacka wskazując palcem na samego Führera - ciebie to kolo znam, ty z filmu jesteś! Ale zwidy! Normalnie to w szoku jestem, jaki ja towar musiałem zarzucić!
- Widzicie sami, panowie - Hitler rozłożył bezradnie ręce.
- Może... - zaczął niepewnie Kloss - zapytamy go o coś?
- Ale o co? - zmartwił się Stirlitz.
- Zapytajmy go... o jego życie codzienne - zaproponował Kloss bez większego przekonania.
- No dobrze - zgodził się Stirlitz - kto pyta? Pan, Kloss?
- Mogę - zgodził się Kloss i po chwili intensywnego marszczenia czoła zwrócił się do przybysza - Przepraszam pana... Pozwoli pan, że się przedstawię. Kapitan Abwehry Hans Kloss, poza tym polski szpieg. Czy zechciałby pan opowiedzieć nam o swoim codziennym życiu?
- To znaczy, że co? - odpowiedział pytaniem człowiek z przyszłości.
- To znaczy - Kloss spojrzał niepewnie na pozostałych - Że wypadałoby tak na samym początku przedstawić się, skoro ja to zrobiłem. A moje pytanie to: Czy - najogólniej rzecz ujmując - dobrze się panu żyje w pańskich czasach?
-...koski - powiedział człowiek patrząc na Klossa spode łba bardzo niewyraźnie.
- Słucham? - nie zrozumiał Kloss.
- Ptakoski Andrzej - wrzasnął przybysz rozjuszony - PESEL też podać?
- Może niekoniecznie - Kloss nie chciał ryzykować - dziękuję. Pozwoli pan jednak, że z uporem powrócę do mojego pytania o to, jak się wam żyje w waszych pięknych - w co nie wątpimy - czasach. Czy dobrze?
- No jak nie, jak tak - zawołał przybyły - kolo, u nas jest kul, formalnie zajebiście jest, kolo! - entuzjazm widoczny na szczerej twarzy zdawał się sugerować, że wypowiedziane zdanie, które nie do końca zrozumieli, stanowiło twierdzącą odpowiedź na pytanie kapitana.
- A czym się pan para? - zapytał Brunner przyglądając się mu ze wzrastającym zainteresowaniem.
- Para co? - nie zrozumiał zagadnięty.
- Co pan robi? - wyjaśnił Brunner.
- A ty chudy, co? Z policji jesteś? - odpowiedział nagle nastroszony.
- Nie - odpowiedział Brunner - służę w SS.
- Agencja ochrony, co? - ucieszył się nie wiedzieć czemu przybysz z nie wiadomo jak daleka - czarny mundurek na bajerze, z szamerunkiem kul, to pewnie supermarketu pilnujesz, e? Ale u nas, rozumiesz kolo, to jest Geant, Tesco i Auchan, co to do niego chodzą frajerzy. SS to jeszcze nie ma, ale spoko, spoko, będzie, też będziesz miał robotę. No, źle mówię, kolo? W Agencji działasz, nie?
- Coś w tym rodzaju - ostrożnie potwierdził Brunner spoglądając przepraszająco na Führera - Więc co pan robi?
- Formalnie to nic, na bezrobotnym jestem, a prywatnie, to co wszyscy, nie? Na chacie siedzę. Trochę śpię, rozmyślam dużo; taki mam ten... ciąg do myślenia, nie? A wieczorkiem wiadomo, wyskoczę na jakąś promocję w Geant albo Tesco, do Auchan to nie, tam to sami frajerzy chodzą. Z kolegami się spotkam - w Geant najczęściej, bo tam jest kulturalna atmosfera. Czasem coś zarzucę dla podtrzymania nastroju; browarek obciągniemy. O kulturze się dużo rozmawia formalnie.
- O literaturze - podpowiedział Hitler - Pan czyta literaturę? Bo ja nie mam czasu.
- Się wie, kolo, że czytam. Dużo czytam - czoło przybysza zmarszczyło się ponadludzkim wysiłkiem - przeważnie to gazety, czasopisma formalnie i przeważnie to te z Geant, reklamowe, bo za darmo, ale i inne też; o kinie i opisy różnych filmów i programów. O motorach. No i teksty zagranicznych zespołów, przeważnie hardkore. Te są dobre! Kolega tłumaczy na nasze; takie o życiu, że jest syf, bo jest wojna i wyzysk. W chacie se zarzucę mjusik i czytam żeby rozumieć, o co chodzi. I mnie taka ogarnia wściekłość na ten wyzysk, że formalnie to niewyróba!
- Muzyka! - ucieszył się Stirlitz - Szostakowicza pan zna? Pierwszy koncert? Albo... hebanowy... Strawińskiego?
- A to nie... Musi nie być hardkore albo hip-hop, co ja formalnie uznaję i poważam, ale dyskomulstwo jakieś, co ja nie słucham, a nawet bym tego no... zajebał.
- Brahms? - rzucił z nadzieją Brunner.
- To coś słyszałem - przybyły spojrzał niepewnie - Brums to jest taka kapela... amerykańska, nie? Nawet mnie się formalnie podoba... jak to to, co myślę. Chociaż tak tekstem prostym, bez bajerzenia, to formalnie gustuję w kapelach bardziej łojących czadem.
- Szopen? - podpowiedział mu Kloss, żeby podtrzymać zadzierzgniętą nić porozumienia.
- Rzadko - przyznał człowiek - Za drogi, bo państwo nasze ukochane obkłada go akcyzą ponad wszelką wytrzymałość ludzi, no i wolę browar. Wódę rzadko formalnie zarzucam, chyba że od ruskich, tylko że od tego to łeb boli Ale - rozjaśnił się - w święta, przy Wigilii albo od innego dzwonu to nawet i szopenka ze zgredami zastosuję, ale to raczej tylko tak rodzinnie, z kolesiami to nie.
- A my w domu to śpiewaliśmy kolędy, Szopena to raczej nie - wyjaśnił Kloss choć był nieco skonfundowany i zaskoczony przemianą obyczajów świątecznych, która miała nastąpić w ciągu wieków.
- Kolędy? Śpiewacie? To ładnie tu musicie dragów zarzucać! - przybysz spojrzał z podziwem - My to za to oglądamy se w święta Big Brader.
- Słucham? - zadumiał się Kloss.
- Nie wiesz nic, kolo. W telewizorze oglądamy se Big Brader.
- To ich najbardziej popularne medium - wyjaśnił Bormann, który lubił od czasu do czasu poczytać sobie o nowych technologiach w „Stürmerze” - chodzi o przekazywanie obrazu na odległość.
- To ciekawe - ucieszył się Kloss.
- No pewnie, kolo - rozentuzjazmował się nie wiedzieć czemu Ptakoski Andrzej.
- I co tam pan ogląda? Filmy jak w kinematografie?
- Nie - skrzywił się Ptakoski - filmy to są czasami takie nudne. Big Bradera se oglądam i wszystko - czaisz kolo - trybię.
- To pewnie jakiś teatr - pomyślał Kloss i zapytał jeszcze - A co oni tam robią?
- No właśnie, że to co ja! Formalnie to nic. Na bezrobotnym tak jakby są. Na chacie siedzą; trochę śpią, rozmyślają dużo, bo teraz taki faszion - ten ciąg do myślenia, nie?
- A rodzice szanownego pana czym się zajmują? - wtrącił się Bormann, który zechciał najwyraźniej poznać socjologiczne podłoże zjawiska.
- Zgredy to mam poustawiane, czaisz? Stary to jest ten... no... naukowiec. Był se rektorem tego no... Uniwersytetu. Tam, kolo, to najlepsze laski na tym Uniwersytecie; tylko głupie, dyskomulstwo... kolo, nie wiesz nic. A potem, jak se pokonaliśmy komune, to został se podsekretarzem stanu w ministerstwie, bo był steropian, znaczy się... kombatant opozycji demokratycznej i cierpiał niewolę i kajdany. Bo komuna to faszyzm formalnie, kolo... Znaczy się nietolerancja, szykany i nagonka.
- A że stary - Ptakoski Albin był człowiekiem świętym niewątpliwie w swojej walce o lepsze, demokratyczne jutro to poszedł w ministry, dzięki czemu mogę se przyginać po mieście bryką ze dwieście i może mi mendownia skoczyć obunóż i pukiel zawiązać. Stara natomiast moja to se ma hurtownie - rozumiesz - w zależności formalnie od koniunktury z różnym asortymentem. I jakoś tam plecie pomimo kryzysu. A urzędy to się od niej trzymają z daleka, bo wiadomo: stary - znaczy się steropian - by się wkurzył, jakby mu tu w rodzinie za ten steropian zamiast wdzięczności państwo polskie urządzało prześladowania ekonomiczne.
Więc jest git czyli kul. A że stary jest poukładany niemożebnie przyzwoicie, to wiem, kolo, bo jak żeśmy se na powrót zainstalowali komune z premierem Zubkiem na czele to się okazało, że stary jest taki fachura, że go nawet ta komuna zostawiła na stanowisku. A żebyś koleżko miły miał pełny obraz sytuacji, to ci jeszcze powiem, że u nas - czaisz - co sobota, na obiadek przychodzi sam Minister aktualny Spraw Wewnętrznych i tej no... Administracji: poseł trzeciej kadencji z ramienia komuny - Borewicz. I jeszcze pani Minister od tej no... kultury... od Big Bradera, znaczy się... Ona się nazywa, kolo... Poczekaj, bo zapomniałem... jakoś tak zajebiście dziwnie długo... Jarzębianka czy Kartoflanka... No nie przypomnę sobie. I redaktor Machniuk, kolo! Tak, tak! Ty to tępy jesteś jakiś, nie wiesz nic... Ten właśnie Machniuk! Dowódca, bracie, całej demokracji. Ze starym to se zarzucili tych szopenków - co żeś o nie formalnie pytał - a ze z cysternę chyba - Ptakoski potoczył dumnym wzrokiem wkoło - To teraz se sam kolo odpowiedz formalnie, czy ja w takim układzie dziecięciem tak wybitnym będąc rodziców swoich własnych, to mogę se mieć nie najlepszą amfę w mieście? Czaisz układ?
- A przepraszam, że tak pytam: pan to jakiej jest narodowości? - z napięciem rzucił Kloss.
- Nie bój nic - pospieszył uspokoić go Ptakoski Andrzej - Nie uznaję narodowości - dumnie wypiął pierś - bo to jest faszyzm, a faszyzm wiadomo - jebać! Ale obywatelem polskim będąc kibicuję polskiej drużynie zawsze, jak gra.
- Faszyzm? - Kloss poczuł się po raz wtóry nieco zaskoczony przypominając sobie wszystko, co wiedział o przesympatycznym panu Benito i jego ruchu.
- Faszyzm - potwierdził człowiek - znaczy wiesz... Nietolerancja, szykany i nagonka.
- No tak, ale jeśli, jak pan mówi, nie przyznaje się pan do żadnej z istniejących w waszych czasach narodowości, to do jakiej historycznej tradycji pan lgnie? Do internacjonalizmu marksowskiego? Do czego pan sięga, skąd czerpie pan powszechny system wartości, na którym musi opierać się kultura?
- To wiesz, kolo, mów do mnie tekstem prostym, bo ja nie bardzo formalnie rozumiem. A jak nie rozumiem, to jestem faktycznie wyrywnym, czyli wkurzam się; a rozchodzi mnie się o to, że narodowość to mnie lata. Ja jestem tera bardziej ten no... Europejczyk! - zakończył tryumfalnie.
- Może go tak rozwalić? Niech się nie męczy - zaproponował Kloss odpinając kaburę.
- Wyluzuj! - zawołał z przerażeniem Ptakoski Andrzej kuląc się na widok wystającego z odpiętej kabury mausera.
- Ależ Hans! - Brunner spojrzał z niesmakiem.
- Tak Kloss, pan Brunner ma rację - Stirlitz położył Klossowi rękę na ramieniu - Do rozwalania muszą być warunki: las, przyroda. Tutaj nie byłoby dobrze, wszystko pan zachlapiesz. Pan Reichsleiter będzie musiał sprzątać.
- Zresztą już kiedyś próbowaliśmy - przyznał smutno Hitler - przy próbie rozstrzelania natychmiast znikają, a kule niszczą ściany. Ponadto uznaliśmy, że to i tak nie ma sensu. Maszyna eksportuje obcych w sposób - jak przyjmujemy - przypadkowy, a tacy jak ten trafiają się statystycznie najczęściej; co znaczy, że są reprezentatywni dla owej cywilizacji przyszłości, niestety.
- Nie trafiali się jacyś... bardziej rozgarnięci? - z przerażeniem zapytał Stirlitz.
- Zależy, o czym pan myśli - owszem trafiają się ludzie zdający się pozostawać na jakimś wyższym szczeblu drabiny społecznej, ale szczerze mówiąc nie zmienia to istoty. Raz trafił nam się redaktor jakiegoś wielkiego polskiego dziennika. Z tym chyba było najtrudniej. Koniec końców zaproponował nam - da pan wiarę? - że przedstawi nas, narodowych socjalistów w korzystnym świetle. Że zdejmie z nas odium - jak się wyraził - zbrodni i obarczy nim kogo innego. Na przykład... pana rodaków, Kloss. Zaświadczał o swoim profesjonalizmie w przeinaczaniu wiedzy historycznej, powoływał się na szerokie kadry jakimi - o czym zapewniał - dysponuje. W zamian żądał pomocy w załatwieniu jakiegoś ogólnokrajowego programu telewizyjnego... Też bez sensu.
- To po co toczymy tę cholerną wojnę? W imię czego? W imię takiej, dziadowskiej przyszłości? - zdenerwował się Kloss nie na żarty.
- Obowiązek - miękko odpowiedział mu Bormann - przynajmniej ja to słowo najczęściej zapisuję w swoim dzienniku.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)