DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
37
BLOG

IX. MUTTER, HAST DU MIR VERGEBEN?

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Kultura Obserwuj notkę 7

 

 

    Zebrani ucieszyli się nawet, że już sobie poszedł, bo jego obecność, mimo iż był przemiłym człowiekiem, trochę ich jednak krępowała. Zaraz rozwiązały się języki. Co dziwne, najbardziej ożywił się Brunner. Gadał jak nigdy.
- Koledzy, nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo jestem ukontentowany z tego spotkania. Czy zdajecie sobie sprawę, że jako jedni z niewielu dysponujemy wiedzą z pierwszej ręki, wiedzą pewną i niepodważalną? Tysiące historyków tej i przyszłej doby oddało by wszystko, by móc usłyszeć to, co my usłyszeliśmy!
- Prawda - potaknęli jednocześnie Kloss i Stirlitz.
- A pan - Brunner zwrócił swoje szare oczy ku Bormannowi - Pan musi być najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Mieć codzienny kontakt z rzeczywistym kreatorem historii! Ho! Ho!


- Nie bardzo - skrzywił się Bormann - Ja jestem zaledwie księgowym - spuścił oczy zawstydzony - i muszę powiedzieć, że kocham swój zawód. Całe to zamieszanie niewiele mnie obchodzi. Lubię tabele, statystyki, bilanse, krzywe wzrostu, lubię planować i zarządzać.


- To znaczy, że ma pan w nosie cały ten socjalizm? - nie mógł się nadziwić Stirlitz
- No jasne - przytaknął Bormann - zresztą mówiłem panom, że jestem Żydem.
- To niesamowite - wyszeptał Brunner - Pan wybaczy śmiałość, ale nagle naszło mnie takie pytanie: czy byłby pan w stanie prowadzić księgowość tego typu w skali całego kraju, narodu, a może nawet całego świata, dla kogokolwiek innego?
- Pyta pan oczywiście czysto teoretycznie - wolał upewnić się Bormann.
- Ależ tak, oczywiście. Rozmawiamy wszak luźno, w gronie przyjaciół.


- No cóż - Szef Kancelarii Rzeszy zastanowił się chwilę - pewnie tak. Wiecie panowie, szczerze powiedziawszy, to odczuwam pewien niedosyt. Księgowość Trzeciej Rzeszy jest dosyć jednostronna. Po kilku latach może się znudzić: samoloty, czołgi, mundury, trumny, obwieszczenia. To wszystko takie uporządkowane i zaplanowane, żadnej wolnej gry sił, pojedynków księgowych. Czuję - powiedział z miną bezradną - że przestałem się rozwijać.


- Mogę sobie wyobrazić - powiedział Brunner cedząc słowa - jak bardzo by się pan sprawdził w księgowości jakiegoś wielkiego Trustu. Podbijanie rynku, reklama, media, wrogie przejęcia, weksle, czeki... Nie kręci to pana ani trochę?
- I to jeszcze jak! - zawołał Bormann. Oczy płonęły mu jak lampki na niemieckiej choince.


- A gdyby, panie Bormann - Brunner obrzucił szybkim spojrzeniem Klossa i Stirlitza, a kiedy stwierdził że może ryzykować, kontynuował - był taki Trust i, powiedzmy, zechciał pana zatrudnić, oczywiście, kiedy to wszystko się skończy, jak już będzie po całej tej zafajdanej wojnie, to jaka byłaby pana hipotetyczna odpowiedź?


- To rozważyłbym taką propozycję - szczerze odparł Bormann. Tylko, wie pan, prawdę mówiąc, nie bardzo wierzę, żebym był... jakby to ująć najzgrabniej... uchwytny, kiedy się to wszystko skończy. Według Alfiego - skinął w kierunku tarasu - kancelaria Rzeszy będzie ostatnim bastionem i nikt, również ja, nie wyjdzie stąd żywy.
- Ale, ale! To by się dało załatwić - zapewnił go ciepło Brunner - tacy fachowcy jak pan nie rodzą się przecież na kamieniu.
- Brunner! Do rzeczy! W co pan gra? - przerwał im tę pogawędkę Stirlitz głosem ostrym jak sowiecka piła spalinowa.


Czas, żeby zająć się na chwilę wnętrzem Brunnera, choć jak dotąd, starannie unikaliśmy nudnego psychologizmu. Brunner był typem fizycznie dość niedookreślonym. Wyglądał na lat czterdzieści i tyle miał. Był brunetem (brunnerem?) o gładko zaczesanych do góry włosach, zawsze błyszczących od brylantyny. Miał delikatnie podłużną głowię. Był drobnokościsty, proporcjonalnie zbudowany, wydawał się typem dość subtelnym, inteligenckim nawet. Tylko ta twarz; twarz pozornie piękna, rzeźbiona pod dyktando mistrzów renesansu, twarz upadłego anioła, cwanego latynoskiego sukinsyna. Oczy miał zielone, bystre, z podkreślającym szlachetny rysunek permanentnym makijażem, długimi rzęsami, za którymi ukrywał wzrok, aby nie zdradzać wyrazu impertynencji, pogardy oraz lekkiego znużenia Urodził się w Nadrenii i tam spędził swoje młode lata.

Arystokratyczna rodzina zapewniła mu najlepsze wykształcenie jakie dać mogły niemieckie uniwersytety. A mogły dać dużo. Jego błyskotliwa inteligencja wytapiała się w tyglu rozżarzonych idei tamtych lat. Chłonął marksizm i niemiecki idealizm, pojawiające się pierwociny pragmatyzmu i anglosaski liberalizm, zgłębił kabałę i astrologię, które porzucił szybko i z obrzydzeniem, miał romans z tradycją scholastyczną, pilnie studiował patrystykę, dogmatyczną teologię katolicką, ale nade wszystko urzekały go wszelkie teorie ekonomiczne. Był jednym z pionierów ekonometrii. To on jako pierwszy, na dziesięciolecia przed innymi, odgrzebał szkołę ekonomii z Uniwersytetu w Salamance. Głeboka i rzetelna znajomość zasad ekonomii zawiodła go do porzucenia marksizmu jako niewydajnego i socjalizmu jako rozrzutnego. Powoli, lecz systematycznie, jego oziębły religijnie duch rozpalał się miłością do bóstwa, które coraz wyraźniej, w miarę jak przerzucał kolejne tomy interesujących go książek, odsłaniało swoje złote oblicze, aż wreszcie mógł je pojąć i zacząć mu służyć. Bogiem, którego odnalazł był on sam i jego własne, niewyobrażalne i nieskończone potrzeby.

Wstąpił do NSDAP, bo partia ta zdawała się reprezentować siłę, której tak potrzebował i którą podziwiał. Po jego usilnych staraniach przyjęto go do SS, bo wiedział, że pomogą mu tam pozbyć się resztek skrupułów, pozostałości po tradycyjnym wychowaniu. Osiągnął w końcu etap, na którym niczego mu już nie brakowało, żadnego elementu w psychicznej konstrukcji absolutnego, zimnego, wyrachowanego monstrum, bez żadnych zasad, wypranego z emocji. Wtedy nawiązał kontakt z Trustem. Szukał go trochę na ślepo, po omacku, ale konsekwentnie, gdyż wiedział, że organizacja taka musi istnieć, tak jak musi istnieć absolutne zło. Okazało się, że nie potrzeba było się zbytnio wysilać. Trust sam go znalazł, bo Trust obserwował go od dawna, liczył na niego i w niego wierzył. I z miejsca zajął jedno z najważniejszych miejsc w Zarządzie. Nie było to łatwe. Trust skupiał tylko ludzi jemu podobnych, podstępnych, cynicznych i nie wahających się przed żadną zbrodnią w walce o własne interesy. On jednak był jednym z najlepszych. Jeśli nie najlepszym. Wiedział, że kiedyś zostanie dożywotnim Prezesem Rady Nadzorczej. Potrzebował teraz tylko końca wojny i grona ludzi sobie oddanych. Dlatego wysłał do kancelarii Rzeszy anonimowy donos na siebie, Stirlitza i Klossa. To jego działania stanowiły causa efficiens wszystkiego, co się wydarzyło. Chciał ich mieć. Wszystkich. Dla siebie.

Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Kultura