Tak sobie rozmawiali. Jak widać rozmowa ta przyniosła pewne rozstrzygnięcia, ważne dla Europy i Świata. Bormann się rozluźnił. Od dłuższego już czasu nachodziły go myśli niewesołe. Był co prawda jedynie księgowym i nadmiar obowiązków uniemożliwiał mu dokładne śledzenie rozwijającej się sytuacji wojennej, jednak potrafiąc wiele wyczytać z buchalteryjnych zapisów. Widział jak rosną koszty, maleją wpływy i wyczerpują się zapasy. Zaczynał powoli wątpić w geniusz swojego Führera, gdyż co jak co, ale liczby nie kłamią. Od kilku tygodni zastanawiał się nad zmianą pracy, ale nie miał dotąd żadnych interesujących propozycji.
Ta była interesująca - z punktu widzenia księgowego była wręcz wymarzona! Tak, to mogło być ukoronowanie jego urzędniczej kariery! Był podekscytowany, choć trochę żal było mu rozstawać się z przyjaciółmi. A rozstanie to nastąpiło niedługo później, w nocy z 1 na 2 maja 1945 roku, kiedy to opuścił bunkier Kancelarii Rzeszy żegnając się z sekretarkami. Ponieważ był zobowiązany do nieujawniania treści kontraktu, powiedział zmartwionym blondwłosym dziewczynom, że nie wierzy, aby udało mu się wymknąć z szalejącego piekła pożarów. Skłamał, co sprawiło mu przykrość, gdyż dobrze wiedział, że wysłannicy Trustu czekają na niego w specjalnym powietrznym bolidzie zaparkowanym pomiędzy mostem Weidendammer a dworcem Lehrt.
Zdążył w sama porę, bo było to, o czym wszyscy wiemy, na kilka dni przed tym jak po samotnym rajdzie, serce Trzeciej Rzeszy zdobył czołg T-34 o kryptonimie Rudy 102. To jego internacjonalistycznej załodze dane było dokończyć wojnę. Ostatnim akordem, czy może lepiej - dysonansem, wojennej epopei był zgrzyt szczęk niemieckiego owczarka, obywatela sowieckiego, zaciskających się na szyi największego kanclerza Rzeszy - Adolfa Hitlera vel Cagliostro. Bure, wierne psie oczy skrzyżowały się w tym niezwykłym momencie z równie burymi oczami największego niemieckiego idealisty i romantyka naszych czasów, jednoczyciela Europy i zdobywcy całego świata. Owczarek był zbyt głupi, aby zrozumieć symboliczne znaczenie tej sceny. Zaspokajał głód i pragnienie napicia się ciepłej, ludzkiej krwi. Umierający w uścisku psich szczęk Wielki Wódz Socjalistów docenił jednak estetyczny wymiar swojego końca. Oto wilczyca wykarmiła założycieli największego z imperiów, a pies zakończył życie ich największego, duchowego następcy.
Gasnące oczy zdołały jeszcze dostrzec powiewający na Bramie Brandenburskiej olbrzymi polski sztandar, umocowany tam przez dowódcę czołgu - Janka Kosa, a obok niego malutką, czerwoną flagę Związku Sowieckiego. “A więc, Kloss, w pewnym sensie wygrałeś!”. Takie były jego ostatnie słowa. Od siebie dodajmy, że umarł w błędzie. A w chwilę potem stanął przed tronem Najwyższego, aby zdać relację z całego swojego życia. Jak się dla niego skończyło spotkanie z absolutnie sprawiedliwym, ale i miłosiernym Stwórcą tego nie wolno nam suponować, bo taka wiedza nie jest nam dana, ale jedno możemy powiedzieć - nieźle za życia narozrabiał! Pies Szarik tymczasem - a dodajmy, że też stworzenie boże - zaspokoiwszy pragnienie, zwolnił uścisk swych szczęk i przycupnął przy truchle wielkiego człowieka w pozycji: waruj jak był nauczony.
Nie domyślał się, że został dzieciobójcą, zresztą nawet jeśli by się domyślił, to nie zrobiłoby to na nim najmniejszego wrażenia. Najmniejszego! Pamiętajmy, że pozbawiony był wolnej woli i swoimi uczynkami nie musiał się przejmować ani przed nikim tłumaczyć. Niedługo potem nadeszli jego dwaj kompani z załogi czołgu. Niestety, nie był to ani inteligentny Janek - dowódca tankistów, ani rozgarnięty Grigorij, który już zaczął latać za babami (a jeszcze się wojna nie skończyła). Nadeszło tych dwóch mniej rozgarniętych: szeregowy Czereśniak, który dopiero co przylazł, bo patrzył, co by tu podpieprzyć i niejaki Gustlik Jeleń, który się spóźnił, bo musiał sobie wszystko trzy razy przemyśleć, a to zabierało czas. Stanęli nad zagryzionym i rozegrał się pomiędzy nimi taki oto typowo polski dialog:
- Patrz Czereśniak, co to bydle narobiło! Hitlera zagryzło!
- Nie nasza wina, ten pies jest głupi, bo ruski, no nie mam racji?
- Zasadniczo to masz, ale jak przyleci ten drugi głupi ruski - Żukow, to nam nogi z dup powyrywa, że tak bez rozkazu zagryźli Führera.
- Ja tam nie zagryzałem.
- No ja niby też nie.
- Ach ty! - zamachnął się Czereśniak na Szarika automatem ale ten natychmiast pokazał mu zęby i szeregowy musiał ustąpić, jako że Szarik był starszy rangą, chociaż pies. - I jeszcze zęby pokazuje - poskarżył się.
- Zakopmy go - zaproponował Gustlik ponuro.
- Psa? - zdziwił się Czereśniak.
- Nie... Hitlera.
- Zakapuje nas - siąpnął nosem Czereśniak wskazując brudnym palcem na Szarika - Lepiej go spalmy!
- Kogo, psa? - zdziwił się tym razem Gustlik.
- Nie, Hitlera...
- Ty to masz Czereśniak łeb! - ucieszył się Gustlik - A jak nas spytają kto go spalił?
- To powiemy, że się sam spalił i nikt mu nie kazał, jak taki, no... Dalajlama jeden.
Jak uradzili tak zrobili tym bardziej, że nic innego nie chciało im przyjść do głowy. Polali zwłoki benzyną i po pół godzinie było już po wszystkim. Nie zapomnieli oczywiście rąbnąć zegarka i portfela. I tak mieli szczęście, że Marszałek Żukow nadjechał na białym koniu dopiero po czterdziestu pięciu minutach.
- Nu czto, rebiata? - zapytał jak to On.
- Spalił się Towarzyszu Marszałku. Sam, tak bez żadnej pomocy - wyjaśnił Czereśniak szybko, bojąc się, żeby Gustlik nie zaczął tłumaczyć, bo by się na pewno sypnął w zeznaniach.
- Nu... - nasrożył się Żukow, zlazł z konia i podszedł do jeszcze ciepłej ofiary tankistów. Przyjrzał się uważnie, coś tam pogrzebał przy szyi, sprawdził czy denat ma zegarek i portfel, a stwierdziwszy, że nie, jakby się trochę zmartwił, ale wnet się rozchmurzył, podszedł do Szarika i coś tam sobie na ucho pogadali po rosyjsku. Potem odwrócił się do struchlałej załogi czołgu i pogroziwszy im palcem powiedział - Nu, czto by mi eto było posljednij raz! (Jakby był jeszcze jeden Hitler do zagryzienia i spalenia!)
- Tak jest - wyprężyli się czołgiści radzi, że im się znowu upiekło (nawet dosłownie).
Żukow tymczasem dosiadł siwego i pognał do punktu dowodzenia, gdzie miał maszynę szyfrującą. Przy użyciu maszyny szyfrującej nadał natychmiast na Kreml szyfrogram o takiej treści: WNIMANJE! J-32 ZADACZU OKONCZIŁ W SIEM CZASOW WIECZIEROM, SIEWODNIA.
Szyfrogram odebrał Beria i przesłał samemu Stalinowi. Stalowe oczy Stalina, umieszczone po obu stronach ptasiego nosa, nad wąsiskami zakrywającymi szerokie usta o kolorze świeżej cielęcej wątroby, wpiły się w tekst z intensywnością z jaką nikt w całym Związku Sowieckim nie umiał się wpijać. Jak tylko zrozumiał treść szyfrogramu - a trwało to prawie nic - ukontentowany pokiwał kilka razy głową i zawołał: - Dawaj, Beria! - a kiedy ten przybiegł zdyszany, nakazał mu wysłać specjalny eszelon, wprost do Berlina, który miał się składać z parowozu i jednego wagonu wypełnionego kiełbasą. Kiełbas miał strzec w drodze batalion NKWD, a jeśliby coś po drodze zginęło, wszyscy żołnierze sowieccy, którzy znajdowali się w odległości kilometra od trasy przejazdu pociągu, mieli być rozstrzelani. Nie trzeba dodawać, że rozkaz wypełniono gorliwie i chociaż nic nie zginęło, to na wszelki wypadek żołnierzy i tak rozstrzelano, a to dlatego, że wszelkie polecenia Wodza Światowej Rewolucji zwykło się w interpretować rozszerzająco. A żeby zakończyć ten wątek, trzeba jeszcze dodać, że Szarik miał masę zmartwień z taką ilością kiełbasy, a najbardziej go wnerwiało, że mu Czereśniak połowę bezczelnie rąbnął i sprzedał na czarnym rynku.
W tym samym czasie, kiedy następował kres życia największego niemieckiego idealisty i romantyka naszych czasów, jednoczyciela Europy i zdobywcy całego świata, jego długoletni przyjaciel Martin przymierzał czterdziesty garnitur z całej kolekcji garniturów przysługującej ważnym figurom Trustu, na najwyższym piętrze jednego z najwyższych biurowców na Manhattanie. Ostatnie cztery dni spędził pracowicie, ucząc się palenia grubych cygar i sączenia whisky z lodem. Taki był początek jego amerykańskiej kariery, w trakcie której, pozostając w ukryciu, prowadził główną księgowość coraz bardziej dynamicznie rozwijającego się wszechświatowego Trustu, a jego osiągnięcia dane jest nam i dzisiaj oglądać. Kiedy więc, drogi czytelniku, korzystasz z uroków i powabów współczesnej cywilizacji, wspomnij życzliwie tego pełnego poświęcenia człowieka, który nie dbając wcale o honory i zaszczyty w dyskretnych półmrokach urzędów dba, aby wszystkie dobra, z których szczodrze korzystasz, były w zasięgu twojej ręki i kieszeni o każdym czasie i w każdym miejscu, gdziekolwiek bądź rzuci cię los. Pamiętaj o nim korzystając z tych wszystkich promocji, posezonowych obniżek cen i wyprzedaży, bo wszystko to jest rezultatem jego nieustannej troski o CIEBIE!



Komentarze
Pokaż komentarze (3)