DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
72
BLOG

IX. MUTTER, HAST DU MIR VERGEBEN? (ROZSTANIE)

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Kultura Obserwuj notkę 2

    Wkład jego we współczesną cywilizację był niezwykły a życie długie, pełne pokornej pracowitości i zakończone fajerwerkami. Miał już grubo ponad sto lat, kiedy do jego mieszkania w jednym z dwóch najwyższych wieżowców na Manhattanie wjechał zupełnie niezapowiedzianie amerykański Boeing prowadzony niewprawną ręką arabskiego pilota, który uczył się pilotażu ze skróconej arabskojęzycznej wersji podrecznika dla młodych pilotów pragnących posiąść tajniki obsługi treningowego jednopłatowca marki Wilga...

    Samolot nie zdołał zatrzymać się przed jego biurkiem, jak nakazywałby szacunek i poleciał dalej w głąb budynku, niszcząc po drodze wszystko, co napotkał, a napotkał, niestety, również i doczesną powłokę Martina Bormanna, emerytowanego głównego księgowego Trustu. Zanim jego skóra i kości zostały rozsmarowane na błękitnej wykładzinie zdążył jeszcze mruknąć, jakby lekko zaskoczony: ”Sam bym tego lepiej nie wymyślił!” Analogie pomiędzy ostatnimi słowami tego wybitnego człowieka a słowami jego byłego szefa, kończącego swój żywot w śmiertelnym uścisku szczęk psa Szarika są oczywiste i można ich dostrzeżenie spokojnie pozostawić inteligencji czytelnika.

 
    - Panowie - głos ciągle jeszcze żywego Adolfa Hitlera rozbrzmiał tymczasem donośnie przez okno - jeśli macie ochotę jechać na piknik, to najwyższy czas. Zaraz odlatujemy!
- Dziękuję, mein Führer - odkrzyknął machając mu ręką Stirlitz - chyba jednak wszyscy mamy inne plany, ale życzymy panu i pannie Braun miłego wypoczynku.
Wtedy góry przesłonił olbrzymi cień. Zapomnieli o swoich przekomarzaniach i podbiegli do okna, jak dzieci.
- Jaki wspaniały! - zawołał Kloss i aż zatupał z radości.
Ogromny cień wytwarzany był przez równie ogromny, stalowoszary sterowiec. Wisiał majestatycznie nad tarasem a z okna w gondoli machał ku nim człowiek w czapce pilotce założonej na bakier na głowę.
- To nasz pilot - wyjaśnił Hitler - Na co dzień pracuje w alianckim sztabie. Poznaliśmy go kiedyś dzięki walkie-talkie: wszedł nam na linię, sympatyczny bardzo. Wyskakujemy razem na różne wypady. My znaleźliśmy wyspę, a on załatwia sterowiec.


    - Dawajcie maszynę na pokład - zawołał gromko aliancki sztabowiec - Dzisiaj brytyjskie Mosquito mają wieczorny trening.
- A właśnie, panowie - Hitler zrobił proszącą minę - Czy moglibyście...?
- Oczywiście - odkrzyknęli dziarsko i w te pędy rzucili się taszczyć maszynę, która anihiluje czas, a aliancki sztabowiec mechanicznym dźwigiem wciągnął ją do gondoli. Sterowiec obrócił się lekko i wtedy dostrzegli na jego boku, namalowaną wielkimi czerwonymi literami, nazwę statku. Nazywał się: „Alterokopismo!”
- Ładna nazwa - pochwalił Brunner.
- Trochę taka nihilistyczna, panie Brunner - Hitler mrugnął do niego okiem - Ale cóż, ja już się do niej przyzwyczaiłem. Zresztą, to nie mój sterowiec. Drugiego takiego nie ma. Ten jest jedyny. No, panowie, jaka jest ostatecznie wasza decyzja?
- Zostajemy - powiedzieli zgodnie w czwórkę.


    - Szkoda - uśmiechnął się do nich Hitler - Chodź, moja droga - wyciągnął rękę do Ewy - czas odlecieć nim ranne wstaną zorze. Weszli na stalową rampę, która lśniła w blasku słońca odbitym w twarzy księżyca. Odchodzili na zawsze, a na pewno, subiektywnie, na lat tysiąc. Wódz, jego żona Ewa, i ich lekko kulejący owczarek. Jeszcze chwila i znikli we wnętrzu ogromnego lśniącego cygara. I oto sterowiec drgnął i kołysany lekkimi podmuchami alpejskiego wiatru zaczął szybko nabierać wysokości, aż osiągnął górne warstwy stratosfery, gdzie był zabezpieczony przed atakami brytyjskich Mosquito do czasu, w którym miało objąć go działanie urządzenia anihilującego czas, po czym obrał kurs na Wyspy Bananowe.


    - No tak - Stirlitz zsunął się z fotela - na nas chyba już pora, prawda Kloss? - spojrzał na swojego polskiego kolegę.
- Tak, lepiej już chodźmy. Dajmy panom uzgodnić detale strategii marketingowej - Kloss również zjechał na pupie z fotela i stanął obok wydłużonego cienia Stirlitza
- Cóż - Twarz Brunnera przybrała wyraz obrzydzenia wymieszanego z olbrzymim rozczarowaniem - Mimo wszystko życzę wam, panowie, powodzenia. Moim zdaniem, ta wasza donkiszoteria jest nieco dziecinna, ale skoro dopuszczamy wolny rynek idei...
- Żegnam - Stirlitz nałożył czapkę i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wyjścia.
- Pa! - rzucił Kloss w kierunku Bormanna i Brunnera i posyłając im całusa podążył za Stirlitzem



Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura