"Droga moja! Piszę do Ciebie z piwiarni przy Alteweltestrasse w chwilę po rozmowie z miłymi panami, którzy powiedzieli mi różne ważne rzeczy. Ulica, przy której mieści się piwiarnia nazywa się tak dziwnie, bo to po niemiecku. A po niemiecku dlatego, że jest w Berlinie, czyli w Niemczech.
Ja też jestem w Niemczech, jako że zostałem niemieckim oficerem. Dali mi taki ładny mundur, rękawiczki, czapkę i kredki, więc nie dziw się, że się zgodziłem. Ale wróćmy do głównego powodu mojego listu do Ciebie. Otóż wiem, bo niemiecki oficer musi wszystko wiedzieć i być bardzo odważny, że chcesz wziąć udział w jakimś powstaniu, razem z innymi małymi Polakami, i że bardzo jesteście przekonani do tego pomysłu, bo myślicie, że to będzie bardzo uczciwie zrobić takie powstanie z racji przykrości, jakie wyrządzili Wam Niemcy i tego, co wam chcą zrobić Rosjanie.
Ja nie jestem przekonany, czy to taki dobry pomysł. Bo spotkałem tutaj takiego miłego pana, który nazywa się Adolf Hitler i z tego, co on mówił, to wynika, że mogą cię na przykład Ci Niemcy oblać benzyną i podpalić czerwonym płomieniem, żebyś im wypełniła jakąś ideę estetyczną. Mają pełne prawo uważać, że czerwony kolor płomienia razem z niebieskimi kokardami, płonąca polska dziewczyna w sercu zburzonego miasta, to będzie piękny widok.
Ja tam bym nie chciał, żeby się tak stało, bo jesteś w końcu moją narzeczoną i ty zupełnie się nie nadajesz do całopalenia. A gdyby im się nawet nie udało ciebie spalić, to potem przyjdą rosyjscy komuniści, też bardzo mili ludzie, ze swoją ideą maszerowania po gruzach zniszczonego świata. A na dodatek, jak sami mówią, koniecznie muszą zaczynać ten swój marsz od podeptania trupa białej Polski.
Musisz wiedzieć, że oni się zachowują jak wielka szarańcza, jak termity; mają taką kolektywną owadzią świadomość. Jak gdzieś wejdą i założą gniazda - a nie widzę, mówiąc szczerze, żadnej szansy, żeby ich powstrzymać - to kamień nie zostaje na kamieniu, wszystko zjedzą, nawet lody! Jak byś tak się dostała w ich owadzie kończyny, to na pewno zjedliby kokardy! Czego też bym nie chciał, bo kokardy odgrywają dużą rolę w moim uczuciu do Ciebie!
Są wśród nich tacy szczególnie mili i wykształceni panowie, którzy pracują w NKWD - nawet jednego poznałem, nazywa się Stirlitz i może nawet zaprzyjaźnilibyśmy się, gdybym nie musiał już lecieć a on nie podjął słusznej decyzji o oddaniu celnego strzału we własną potylicę - i ci panowie odczuwają wszechogarniającą potrzebę strzelania w tył głowy, bo to jak im się wydaje może zmienić świat na lepszy, a poza tem mają taki rozkaz.
Nie martw się, oni na pewno nie żywią do Ciebie żadnych złych uczuć, ale mogą Cię rozstrzelać, czując dla Ciebie jednocześnie wiele sympatii i współczucia. Mogą Ci nawet dać cukierki zanim Cię zastrzelą, co też ani mnie ani Tobie nie bardzo by się podobało. Dlatego też Cię przed tym ostrzegam.
Jeśli jednak udałoby ci się wyjść cało i z tej opresji, to też nie ma się z czego cieszyć tak za bardzo, a to dlatego, że kiedy dorośniesz i nie będzie już szarańczy, bo coś mi się zdaje, że ona krótko żyje ta szarańcza (jak już wszystko zje i strawi, to potem umiera z głodu, bo ona musi w kółko jeść), to urządzą ci wkoło taki wielki sklep. Mówił mi o tym Brunner, taki mój kolega z wojska, który, jak się okazało, pracuje dla wielkiej amerykańskiej korporacji, i wszyscy będą musieli być jej klientami, a różni dyrektorzy i menedżerowie będą mówili, że to dla ciebie dobrze.
A żebyś nic nie ukradła, albo żeby było wiadomo ile pieniędzy musisz zapłacić za różne towary, które staną się Tobie absolutnie niezbędne, jak już założą ten swój sklep wielkopowierzchniowy, to nadadzą ci numer; ale nie będzie tak jak w obozie koncentracyjnym, gdzie dla wygody więźniów tatuuje się numery na przedramionach, żeby zbytnio nie obciążali sobie pamięci cyframi, bo to nieludzkie, tylko właśnie będą chcieli, żebyś ten numer wiecznie pamiętała.
I pół biedy z Tobą, bo, znając Ciebie i Twoją przekorną naturę, to nie będzie takie całkiem łatwe im Ciebie złamać. Ty już do końca życia będziesz czytała książki i nawet pozostaniesz dystyngowana na swój uroczy sposób, i będziesz te wszystkie towary, które będą Tobie niby to absolutnie niezbędne, w głębi ducha uważała za niezbędne pozornie albo i nawet absolutnie zbędne, ale chodzi o to, że, na przykład, jak wyjdziesz za mąż i będziesz chciała mieć dzieci, to nie urodzą Ci się takie normalne dzieci, tylko ptakoskie takie.
Nie byłoby chyba nic gorszego dla Ciebie, jak by Ci się urodziło takie ptakoskie. Ja je widziałem i to jest chyba jeszcze gorsze od szpinaku! Nie wiem jak oni to zrobią, tak do końca, że zamienią piękne, rumiane polskie dzieci na ptakoskie. To chyba musi być w jedzeniu zatrutym, zmodyfikowanym genetycznie i na wszystkie inne sposoby, które będą sprzedawali w tym sklepie wielkopowierzchniowym, a Ty będziesz musiała je jeść, bo nie będzie innego wyboru.
Piszę to wszystko trochę chaotycznie może, ale wiesz, że chciałbym cię ostrzec, bo Cię bardzo lubię. Tylko, że nie bardzo mogę Ci powiedzieć, co masz zrobić. Czy Masz zdecydować się umrzeć w tym waszym dziecięcym powstaniu, co nie będzie specjalnie trudne, czy dalej żyć, co też nie jest tak do końca niemożliwe, i potem patrzeć na takie ptakoskie, które będzie niby to Twoim dzieckiem? Sam już nie wiem, ale myślę, że żyć będzie bardzo trudno, a umierać za ptakoskie z przyszłości to z kolei zbyt głupio. I myślę też, że nie da się umierać i nie umierać jednocześnie, bo jeżeli wszyscy wkoło robią jedno albo drugie, to też będziesz musiała coś wybrać.
I widzę jeszcze jedną trudność: niby dlaczego te wszystkie dzieci, co chciałyby zrobić takie powstanie i w nim zginąć albo i przeżyć, mają antycypować ptakoskie i zmieniać punkt widzenia na to, co należy, a co nie należy, z jego względu? To by z jednej strony poniżyło takie dzieci, a z drugiej strony, dowartościowywało ptakoskie zupełnie bezpodstawnie, prawda? Więc, wiesz co? Rób, co chcesz, ja tylko mogę powiedzieć, że Ci ufam; że wybierzesz to, co dla Ciebie najlepsze. Kończąc, powinienem, naszym polskim zwyczajem dodać jakieś Invocatio Dei, co mi przyjdzie z trudem, bo ci mili panowie, o których Ci wspomniałem, mają problem z wiarą.
Może dlatego, że nie są Polakami. Ja starałem się jak umiałem przekonać ich do tego, że nie mają racji w tym swoim wątpieniu, a nawet, że wątpienie w rzeczy tak oczywiste może przynieść wszystkim więcej szkody niż pożytku, ale chyba nie udało mi się ich przekonać, bo jestem zbyt mały i niedoświadczony, żebym mógł być dla nich jakimś autorytetem. A szkoda, bo gdyby mi się udało, to zrezygnowaliby może z niektórych swoich pomysłów, których możliwe skutki naszkicowałem Ci pobieżnie powyżej.
W każdym razie, tradycyjnie polecam Cię łaskawej opiece Opatrzności, bo nie widzę lepszego rozwiązania niż zdać się na nią, wobec tego wszystkiego, co nas czekać może. Dodam jeszcze tylko, że strasznie bym chciał, żeby oprócz wszelkich innych przymiotów, którymi zwykliśmy obdarzać Świętą Trójcę, posiadała poczucie humoru i to w stopniu absolutnie doskonałym. Jestem pewien, że gdyby tak było, to byłoby dobrze i dla Ciebie, i dla mnie, i dla tych miłych panów, a nawet dla Bufetowej, która zachowuje się okropnie. Teraz to już naprawdę kończę, bo muszę wytrzeć nos, z którego mi strasznie cieknie. Żegnaj na wieki. Twój Hans Kloss.
P.S.
Niestety nie mogę być dłużej Twoim narzeczonym, bo dokładnie za siedemnaście dni mam poznać jedną skrzypaczkę z orkiestry, która mi się strasznie podoba i spełnia wszystkie moje wyobrażenia o kobietach. Nie gniewaj się, ale chyba sama rozumiesz, że z tym narzeczeństwem to była dziecinada, a poza tym są niewielkie widoki na to, żebyśmy się jeszcze kiedykolwiek spotkali."



Komentarze
Pokaż komentarze (7)