DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN
104
BLOG

POFORMIA, POPTOKI, KONIEC I WIENIEC

DER TROMMELMANN DER TROMMELMANN Kultura Obserwuj notkę 23
POFORMIE


Jak niektórzy z uważnych czytelników zauważyli słusznie TROMMELMANN jest niespójny, poszarpany i nierówny - przynajmniej miejscami - a słowo kicz najadekwatniej oddaje poziom całych fragmentów. I nie może być inaczej, bo jak się nieprofesjonalista zabiera za książkę etomologiczną, to jakiż może być efekt? Ano, taki właśnie.


Historia o żółtym motylu pojawiła się w mojej głowie dość dawno, nagle, w kwietniu bądź lutym, kilka lat temu.
Pomysł wydawał się być karkołomny: życie motyla na tle panoramy dziejów, z ludzkimi postaciami w tle, domami, ulicami, wojną i co tam jeszcze ludzie potrafią wymyśleć. Wyszło jak wyszło... Prawdziwy entomolog pewnie włosy by rwał z głowy, ile tu nieścisłości, niezrozumienia i braku wiedzy o życiu tych eterycznych stworzeń! Już tylko tym się mogę bronić, że ja szczerze... z potrzeby serca... Że cel wyłącznie etomologiczny, niemerkantylny (motyle się źle sprzedają w związku z kłopotami z transportem) i aideowy! Absolutnie!


Pomysł pomysłem, ale jeszcze trzeba było przelać na papier. Narratora znalazłem dość łatwo. Zadzwoniłem do Stowarzyszenia Narratorów, gdzie udało mi się dojść do porozumienia z Panią Manuelą Potworską pełniącą w Stowarzyszeniu funkcję sekretarki. Może nie była ujmująco uprzejma, a odgłos pilnika szorującego po powierzchni paznokcia mocno utrudniał rozmowę, ale słyszałem, że w Sekcji Podmiotów Lirycznych są gorsze babony i miesiące potrafią upłynąć zanim się wydobędzie jakiś podmiocik, choćby na dystych. Narrator ponadto był schludny i - szczęśliwie - trzeźwy. Niestety, podobnie jak ja nie był zoologiem. Zaręczał, że się zapozna, że postudiuje, ale sądząc po narracji chyba się nie wywiązał. Inna rzecz, że drogi nie był...


Rekwizyty i postacie też nie mogły być najwyższych lotów, a to też ze względu na budżet. O porządnym trójwymiarowym Berlinie to nawet marzyć nie mogłem! Najwięcej kosztowała kancelaria i o motyli trzepot skrzydeł cała motylowa sprawa rozbiłaby się o koszty, gdyby nie w ostatniej chwili zgłoszona propozycja, żeby była bezkresna, to wyjdzie taniej. Zaskakujące, bo niby im większe, tym droższe, nieprawdaż? Ale w tej rekwizytorni liczyli od detalu na szczęście.

Skompletowanie postaci było mniejszym problemem, zresztą postacie są zupełnie nieistotne; uważny czytelnik na pewno doszedł do tego wniosku. Hitlera, Bormanna, Goeringa, Stalina i Żukowa wziąłem w pakiecie, Ewę Braun wypożyczyłem z lombardu zajmującego się handlem używanymi postaciami. Dostałem upust w postaci jednej dodatkowej sceny, w której mogła się pojawić. Gratis! Klossa, Stirlitza i Brunnera miałem już wcześniej w spadku po PRLu, podobnie jak Pancernych z Szarikiem. Wszystko leżało w takiej drewnianej szkatule na strychu. Po odkurzeniu i pomalowaniu na nowo wyglądali całkiem współcześnie.

I właśnie przy farbach do pokolorowania budżet się wyczerpał. I TROMMELMAN miałby o kilkadziesiąt stron mniej, gdyby - niespodziewanie - Kloss nie zażyczył sobie, aby na łamach mógł opowiedzieć swoją historię. "Jak Kloss, to i ja!" zażądał Stirlitz. Szczęście, że Brunner się powściągnął, bo musiałoby być jeszcze obszerniejsze i główny, motyli wątek zszedłby - z olbrzymią stratą dla nakreślonego na wstępie celu - na dalszy plan.


Mam głęboką nadzieję, że czytelnik skorzystał na czytaniu TROMMELMANNA i jego wiedza o motylach jest bogatsza i pełniejsza. Będzie można teraz błysnąc w towarzystwie! Nigdy nie wiadomo, czy jakiś elegancki pan, albo wytworna pani, nie zaproponuje nam rozmowy na stronie na takie właśnie, skrzydlate tematy. I będzie jak znalazł! A jeśli kiedyś zdarzy wam się hasać po łące i zobaczycie to wspaniałe, latające stworzenie wzbijające się trzepotliwie w stronę słońca, potraktujcie je proszę życzliwie i z całą wyrozumiałością. Najlepiej stańcie nieruchomo i pozwólcie odlecieć w spokoju. Motyle żyją krótko i chaotycznie, więc nie należy ich niepokoić.


Jednemu z czytelników, młodemu żołnierzowi odsługującemu służbę wojskową w Africa Korps, gdzie w upalnym libijskim słońcu obsługuje samobieżne działo TROMMELMANN spodobał się na tyle, że przysłał wiersz. Żołnierz nie jest autorem wiersza; przepisał go kiedyś dawno z antologii anonimowej poezji kazachskiej, którą jego ojciec - znany notariusz z Bukaresztu - kupił w antykwariacie podczas pobytu w Linzu, gdzie gościł był u urodzonej w Krakowie ciotki - kolekcjonerki osobliwości. Żołnierz wiersz przepisał na kartkę z zeszytu w linie i nosił zawsze przy sobie. Z tej kartki, którą ciągle przy sobie ma przepisał wiersz na świeżo wypraną onucę. Tę onucę zapakował w szary, pakowy papier i wysłął na mój adres.

Ów żołnierz bardzo również prosił, żeby utwór do TROMMELMANNA wkleić, jak się da i powiadomić o fakcie wklejenia jego narzeczoną. Jednej i drugiej prośbie postanowiłem ulec i niniejszym i publikuję i informuję, bo zołnierz nie zapisał na onucy adresu owej pani. Wiem tylko, że jest ruda, gra na wiolonczeli i ostatnio widziano ją na promenadzie w Tegucigalpie. Mogę się mylić (pamięć zawodzi!) i mogło to być również na plaży na Antiquie i Barbadui. Jestem pewien, że któreś z Was ją zna. Przekażcie proszę, to arcyważna wiadomość.



Gdzie jest świątynka mamony? - pytasz panno przechodna
(a powinnaś te snopy wonne, co to je wiatr w górze rozwiewa)
Niedaleko - odpowiadam uprzejmie - Ja dzierżący chorągiew
- W prawo - za kurwim dołkiem; gdzieś u wejścia w dolinę złodziei
Łatwo poznasz, w dolinie kolebią się kwiaty wonnych prostytucji
Kielich głupoty bezwstydnie oparty na liściu kretynafontów
Odwiedzamy się tam samolotami w domach-serialach,
kwitując udawane zaskoczenie eleganckim: łoł!
Śliskie uśmiechy i lepkie ręce wskażą Ci drogę uprzejmie
Idź wyprostowana ...


Na antypodach opisanej powyżej pobieżnie doliny
Zupełnie inne zebrało się towarzystwo; heńki, ziutki, zdzisie, krychy
On bezrobotny i ona nieniewinna; on ze szczerbą, a ona ze skazą
Pomimo wszystko nastrój jest pogodny, zaduch kapustki i skarpeteczek
kaca, nadziei na ciąg dalszy rozleniwiającego braku nadziei
bawimy się dobrze choć ja nieco gorzej; przeszkadza chorągiew
Panowie chodem jak marynarze a łokcie odstają od tułowia
Kobiety bujają jakby miały potrzaskane miednice
Żeby się wkupić stawiam obiad. Zamówiłem pulardę i szyfony w mezaliansach,
dziendzioły nadziewane serokomlami i napoje z szałwi ...
Nie wzbudziłem entuzjazmu - zagryźli korniszonem i pozostało jak było.


Dlatego szperam w szpargałach próbując wydostać się poza tę dychotomię
Dlatego uczyniłem cztery kroki na wschód
Jedenaście kroków na zachód
pięć na południe
i dwa na północ
chorągiew powiewa na wietrze
powieki kurczowo zaciśnięte
teraz już tylko czekam
na znak


Anonimowy poeta kazachski XIX w. (Z Antologii dziewiętnastowiecznej metafizycznej poezji kazachskiej, wyd.: Scire propter uti, Linz 1908)

Rolex, komentuje w salonie24, na tym blogu publikuję powieść w odcinkach

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Kultura