14 obserwujących
451 notek
187k odsłon
409 odsłon

Houston, tu Baza Spokoju...

Wykop Skomentuj19

W tym roku mamy jedną z ważniejszych w historii świata rocznic: pół wieku temu, 20 lipca 1969 roku dwaj Amerykanie Neil Armstrong i Edwin Aldrin wylądowali na Srebrnym Globie.image
Ta rocznica dlatego jest ważna, że skłania do refleksji nad rozwojem i przyszłością ziemskiej cywilizacji, która od co najmniej dwóch wieków klęczy przed ołtarzami ulepionych rękami człowieka bóstw: Nauki i Techniki. Właśnie wydarzenia sprzed pięćdziesięciu lat zdają się w powszechnej świadomości triumf owych bóstw potwierdzać.
W tamtych latach kult nauki i techniki lansowany był szczególnie w krajach opanowanych przez ideologię marksistowsko-leninowską. Nauka i postęp stały się tam synonimami. Naukową – więc postępową – określała się sama koncepcja Marksa i Engelsa. Jako jedynie słuszny przedstawiany był naukowy (bo oparty na ateizmie) światopogląd. Musiało się tak stać. Przyjmując programowo ateizm, ideologia nie ma wyboru innego, jak wykrystalizowanie społeczeństwu substytutu religii. Stała się nim Nauka.
Niestety, bóstwa Nauki i Techniki jakoś nie chciały odwzajemniać gorącej miłości swym wyznawcom. Z właściwą sobie beznamiętnością służyły jedynie tym, którzy umieli podporządkować gospodarkę nie woluntarystycznym mrzonkom, lecz twardym prawom ekonomii. Jeśli Związkowi Radzieckiemu udawało się przez czas jakiś dotrzymać kroku w technologicznym wyścigu, to kosztem przerażających wyrzeczeń wymuszanych na narodzie. Kosztem zamiany państw w monstrualne koszary, chwilami wręcz obozy koncentracyjne.
Centralne miejsce w tym wyścigu zajmowały zbrojenia i badania kosmiczne, nota bene silnie ze sobą związane. Zainteresowanie obu mocarstw techniką rakietową datuje się już od II wojny światowej. Pod jej koniec doszło wręcz do polowania na niemieckich ekspertów w tej dziedzinie.
Początkowa przewaga Rosjan w wyścigu kosmicznym (pierwszy sztuczny satelita, sonda międzyplanetarna, człowiek w kosmosie) zmobilizowała Amerykanów. Po konflikcie w Zatoce Świń, pragnąc oddalić przedmiot mocarstwowej konfrontacji od wojny (a także – nie czarujmy się – podreperowć nieco prestiż USA), prezydent J. F. Kennedy zaproponował koncentrację ambicji Stanów Zjednoczonych na eksploracji kosmosu. Został opracowany długofalowy program mający doprowadzić do lądowania człowieka na Księżycu jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku. Program ten, choć jego koszt szacowano na 20-40 mld dolarów, został przyjęty przez Kongres USA nieomal jednomyślnie.
Właściwa Amerykanom skuteczność w realizowaniu stawianych sobie przedsięwzięć nie kazała długo czekać. Losy wyścigu na Księżyc zostały przesądzone już w 1966 roku, kiedy to dokonano pomyślnej próby z rakietą nośną Saturn, mogącą wynieść na orbitę ładunek o masie ponad stu ton (do tej pory najpotężniejsza (radziecka) rakieta miała udźwig nie przekraczający dwadzieścia ton). Dodatkowym niekorzystnym dla ZSRR faktem była śmierć Głównego Konstruktora ich rakiet, Siergieja Korolewa. To ona prawdopodobnie wpłynęła na zaniechanie prób z dobrze zapowiadającą się serią pojazdów Woschod. Z uporem lansowano statki typu Sojuz mimo zdemaskowania ich awaryjności.
Czując zadyszkę w wyścigu na Księżyc, Rosjanie poczęli reorientować swe ambicje na rozwój kosmonautyki orbitalnej. Tu jednak również doznali porażki; zakończywszy z sukcesem prestiżowy program Apollo, Amerykanie skoncentrowali swą uwagę na zagadnieniu bardziej komercyjnym: budowie orbitalnego statku wielokrotnego użytku zwanego promem kosmicznym (space shuttle). Osiągnięta w latach sześćdziesiątych druzgocąca przewaga w dziedzinie rakiet nośnych (zauważmy: dopiero pod koniec kat osiemdziesiątych udało się Rosjanom wprowadzić do użytku rakietę Energia, porównywalną z amerykańskim Saturnem) zaowocowała i tutaj.
Lot na Księżyc otworzył nową epokę w dziejach ludzkości. Wiem, używam słów wyświechtanych, cóż, kiedy taka jest prawda. W całej przeszłej i przyszłej historii badań kosmicznych nie było i nie będzie wydarzenia o większej wadze. Padną zapewne kolejne rekordy odległości, czasu trwania, szybkości, ale nic nie jest w stanie przelicytować faktu osiągnięcia przez człowieka innego ciała kosmicznego.image
Owo epokowe, pełne romantyzmu wydarzenie zostało opisane mistrzowską ręką Normana Mailera w mającej charakter literackiego reportażu książce „Na podbój Księżyca”. Rekomenduję ją próbką prozy poetyckiej. Oto jak Mailer widział start Apolla 11:

Dwie potężne żagwie jak skrzydła ognistego ptaka rozpostarły się nad ziemią pokrywając ją złotym płomienistym kwieciem, a w środku tej scenerii biały jak zjawa, biały białością melvillowskiego Moby Dicka, biały jak figura Madonny w połowie kościołów świata, smukły, anielski mistyczny statek dźwignął się bezdźwięcznie na słupie ognistym i począł wznosić się z wolna ku niebu, z wolna jak mógł poruszać się Lewiatan Melville'a, jak my, gdybyśmy nurkując we śnie wypływali z wolna ku powierzchni.

Pierwsi lunonauci – synowie tak zdawałoby się technokratycznej Ameryki – nie lądowali na Srebrnym Globie jako kapłani wszechpotężnej Technologii. Armstrong, przed historycznym dotknięciem stopą księżycowego gruntu, miast sławić potęgę bóstw Nauki i Techniki, mówi: Dla człowieka to jedynie mały krok, dla ludzkości – skok ogromny. Aldrin (określano go jako najwybitniejszego wśród astronautów naukowca), miast gloryfikować naukowy światopogląd, przyjmuje na Księżycu Komunię Św. Zaś po powrocie wyznaje: Naprawdę wyczuwaliśmy jakieś prawie mistyczne zespolenie ze wszystkimi ludźmi na całym świecie. Zaś Collins, żegnając kapsułę Apollo, miast układać hymny na cześć ludzkiej Inżynierii, wypisuje na osmalonym kadłubie: Niech cię Bóg błogosławi.
Apologeci Nauki i Techniki powiadają: „Księżyc został zdobyty”. To nieprawda. Armstrong i Aldrin nie zdobyli Księżyca. Oni nań przybyli. Przybyli w imię jedności i solidarności ludzkiej rasy. Rasy, której cechą jest otwarcie na wyzwania.
Eksploracja Kosmosu to jedna z najszlachetniejszych form aktywności człowieka. Jest szlachetna, bo bezinteresowna. Oczywiście, aby ją usprawiedliwić, poszukuje się jakichś argumentów wskazujących na potencjalne korzyści. Lecz tak naprawdę ludzi pcha do niej chęć poznania. I sportowa żyłka zmierzenia się z czymś, co zdaje się nieosiągalne. Pięknie to wyartykułował Stanisław Lem w powieści „Powrót z gwiazd”:

Co można mieć z gwiazd? A jakie były korzyści wyprawy Amundsena? Andree’ego? Żadne. Jedyna doraźna korzyść leżała w tym, że udowodniona została — możliwość. Że to można zrobić. A mówiąc dokładniej — że to jest, dla danego czasu, najtrudniejsza rzecz, jeszcze osiągalna. (...)
A bieguny? Co było na biegunach? Ci, co je zdobywali, wiedzieli, że tam nic nie ma. A księżyc? Czego szukała grupa Rossa w kraterze Eratostenesa? Brylantów? A po co Bant i Jegorin przeszli centrum tarczy Merkurego — żeby się opalić? A Kellen i Offshagg — jedyną rzeczą, jaką na pewno wiedzieli lecąc do zimnego obłoku Cerbera, było, że można w nim zginąć. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co naprawdę mówi Starck? Człowiek musi jeść, pić i ubierać się; reszta jest szaleństwem. Każdy ma swojego Starcka, Bregg. Każda epoka go miała. (...)
Badanie gwiazd. Bregg, czy myślisz, że nie polecielibyśmy, gdyby ich nie było? Ja myślę, że tak. Chcielibyśmy poznać tę pustkę, ażeby to jakoś usprawiedliwić, Geonides czy ktoś inny powiedziałby nam, jakie cenne pomiary i badania będzie można przeprowadzić po drodze. Zrozum mnie dobrze. Nie mówię, że gwiazdy są tylko pretekstem. Przecież i biegun nim nie był, Nansen i Andree potrzebowali go… Everest był Mallory’emu i Irvingowi bardziej potrzebny od powietrza.


Betryzowane społeczeństwo w tej powieści utraciło tę otwartość na wyzwania, oddając się urokom konsumpcji. Czy coś wam to przypomina? Inaczej: czy wróci taki czas, w którym człowiek zapragnie powrócić do gwiazd?

Wykop Skomentuj19
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Technologie