Ach, jakżeż wiele stereotypów, półprawd i przemilczeń tkwi w tekście "XX-lecie powrotu katechizacji do szkół" blogerki sgosi, opublikowanym 20 sierpnia br. w "Siódmym Wzgórzu"!
Ach, a jak duża jest wina Kościoła, jako hierarchi, w pozycji Kościoła jako nas, wszystkich wiernych, A.D. 2010!
Z wielkim, niekłamanym bólem pisałem słowa powyżej. Z jeszcze większym, siadam pisać kolejne w sprawie. Zaufajcie, nie przychodzi mi to łatwo, i poprzedzone jest długimi godzinami rozmyślań i zmagań z samym sobą. Piszę, jako lojalny, dotychczas, członek Kościoła, wychowany w wierze katolickiej, w tradycji tej wiary - w dzieciństwie - ministrant, w młodości - pięciokrotny pieszy pielgrzym z Płocka na Jasną Górę, zaszczycony wszystkimi - jak na średni wiek życia - sakramentami świętymi, uczący dziś pięcioletniego synka znaku Krzyża, "Ojcze nasz....", "Zdrowaś Mario...", prowadzący go na co niedzielną Mszę Świętą. Jako wierny, który sam sobie ma bardzo, bardzo wiele do zarzucania.
Krew się we mnie burzy, gdy słyszę, jak kolejny raz protestuje muzułmanka - tym razem pracownica Disneylandu w Anaheim w Kalifornii - gdy pracodawca zabrania jej pokazywania się w hidżabie w pracy. Zaraz Anaheim pokazują wszystkie stacje telewizyjne na świecie, na żywo, z daleko posuniętą empatią, relacjonują, jakie to nieszczęście dosięgnęło biedną wyznawczynię Allaha. Murem za nią staje cały świat arabski. Nie trzeba nawet czekać na efekt tego sporu - wynik w 100% można złożyć z góry.
Gdzie, tymczasem, znajduje się Krzyż? Ano stoi na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.
Jedni wznoszą pod nim modły, głośno wykrzykując słowa Różanca Świętego, a same różańce wznoszą nad głowę, na wysokość wyciągniętych rąk, a jakby mogli, to i jeszcze wyżej (..................3....................sierpnia 2010; nawiasem: jak się to ma do modlitw faryzeusza i celnika, Łk 18,9-14?).
Inni - kopulują pod nim, całe jeszcze szczęście, że w ubraniach (9 sierpnia 2010).
Przytłaczająca większość, choć pierwotnie emocjonalnie zaangażowana, coraz bardziej obojętnieje. Po raz kolejny, gros społeczeństwa polskiego obojętnieje, przeraźliwie indyferentnieje wobec Krzyża...
Tośmy czasów doczekali...
Nie jest tak, że we wspomianym na wstępie tekście blogerki sgosi, nie ma słowa racji. Sekularyzacja życia, jaka nastąpiła po upadku komunizmu jest jakąś, pewnie i znaczącą przyczyną, tego z czym mamy doczynienia w polskim Kościele A.D. 2010.
Ale już, moim zdaniem, nie można mówić, iż czasy PRL-u zaszkodziły Kościołowi. W mojej pamięci - dość skąpej przyznam, bo byłem wówczas tylko dzieckiem i trochę nastolatkiem - tamten Kościół jawi się jako skała: twardy, mocny, nie do skruszenia, jednoznaczny, stanowczy i konsekwentny do bólu.
Nie są też prawdą, zacytowane na przywoływanym blogu, enigmatyczne słowa arcybiskupa J. Michalika, odnośnie rzekomych zalet religii w szkołach. Jak już zaznaczyłem, z racji wieku, miałem tę, dość wyjątkową, możliwość doświadczenia nauki religii w salce katechetycznej, a później w szkolnej klasie lekcyjnej. Którą wyżej cenię? Bez wahania - tę w salce katechetycznej. Nie ważne, że trzeba było podejść kawałek, nieraz w deszczu, śniegu, chłodzie, innym razem - w upale. Wszyscyśmy, całą klasą, chodzili! Prowadzona przez siostrę zakonną religia w przykościelnej salce, miała w sobie coś z niezbędnej jej inności. Wyjątkowości. Tajemniczości. Te przypowieści, te cuda Pana Jezusa, stąpającego po palestyńskiej ziemi naprawdę się wydarzyły! W klasie lekcyjnej natomiast religia była taka zwyczajna, powszednia jak matematyka, fizyka, czy biologia (do tego jeszcze, te niedouczone, różnie się prowadzące, katechetki...). Tak powszednia i zwyczajna stała się w konsekwencji nasza wiara...
Pamiętam, jak wychowawczyni w pierwszych klasach szkoły podstawowej opowiadała nam, kilkuletnim uczniom, pewien epizod ze swego dzieciństwa. Były to wczesne lata powojenne. Mała Basia biegała po podwóku. Mama zrobiła jej kanapkę - kromkę chleba, polaną śmietaną i posypaną cukrem. Dziewczynka, jak to dziecko, zlizała śmietanę z cukrem, a kromkę rzuciła na ziemię. Jej mama podniosłą chleb i... ucałowała. Dla niej, pamiętającej wojny i niedostatki, chleb nie był już tak powszedni, tak zwyczajny. Był za to produktem niecodziennym, takim, którego się pożąda, wręcz ekskluzywnym.
Kościół - skała klęskę swą (daj Boże - nie ostateczną!) ogłosił ustami księdza dr. Józefa Klocha, który przed kilkunastoma dniami w wywiadzie udzielonym redaktorowi Jackowi Żakowskiemu, powiedział, że na Krakowskie Przedmieście należałoby posłać negocjatorów. A wtórował mu, kilka razy zresztą, arcybuskup Tadeusz Nycz, mówiąc, że problem Krzyża na Krakowskim Przedmieściu to nie jest sprawa Kościoła. Że co??? Że jak??? I tak sobie myślę, że te inne wezwania hierarchów w tej sprawie (wspomianego arcybiskupa Tadeusza Nycza, czy arcybiskupa Stanisław Budzik, Prymasa Józefa Kowalczyka, a ostatnio samego Kardynała Stanisława Dziwisza) choć donośne, wielokrotne i jednoznaczne - a mimo to puszczone mimo uszu - nie mają już znaczenia, a jeśli nawet to ze względu na swój efekt, a raczej jego brak, przypieczętowują tę klęskę.
Co było po drodze, co wiodło przez ostatnie 20 lat do wydarzeń, których dziś jesteśmy świadkami? Ano: epatowanie Krzyżem, nie mające nic wspólnego z wartościami, jakie niesie (o wartościach już pisałem w salonie24). Panoszenie się pasterzy Kościoła, i nie mówię tylko o hierarchach, ale, przede wszystkim, o proboszczach i wikarych parafialnych. Ta, dość nieprzyjemna, atmosfera wokół Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, zwłaszcza Komisji Majątkowej. Wreszcie - aura wokół pewnego imperium medialnego, szkoły wyższej, etc. w Toruniu i ich twórcy i dyrektora - przez przypadek ojca Zakonu Redemptorystów - Tadeusza Rydzyka. W Toruniu, niczym wiązka światła w soczewce, skupia się cała niedoskonałość polskiego Kościoła A.D. 2010.
Mocne to słowa, wiem, dla mnie też bolesne strasznie. Ale mam przekonanie, że prawdziwe.
I żeby nie być całkowicie gołosłownym i nie rzucać fałszywych oskarżeń na oślep przytoczę bardziej szczegółowo kilka przypadków z własnego podwórka, których osobiście doświadczyłem, odebrałem, zauważyłem, usłyszałem. Które są głównym powodem mojej frustracji. Widzę spowiadającego się młodego mężczyznę, żyjącego na tzw. "kocią łapę" z dziewczyną, który otrzymuje rozgrzeszenie, mimo braku z jego strony jednoznacznej deklaracji zaprzestania życia w grzechu. Widzę małżeństwo, tylko po ślubie cywilnym, chrzczące własne dziecko (jasne, jakim prawem odmawiać niewinnemu maleństwu włączenia do Kościoła; tylko skąd ono ma czerpać wzorce życia zgodnie z Ewangelią Świętą?). Widzę kobietę - rozwódkę, matkę kilkuletniego dziecka, której ksiądz proboszcz podczas wizyty duszpasterskiej oferuje daleko idącą pomoc w tzw. kościelnym unieważnieniu małżeństwa. Widzę jeszcze jedno małżeństwo, tylko po ślubie cywilnym, pobierające w kancelarii parafialnej zaświadczenie uprawniające do bycia rodzicami chrzestnymi. Wydający je ksiądz, znający sytuację, czyni to ze słowami: "to na waszą odpowiedzialność, w swoim sumieniu rozważcie jak postąpić". A, podobno, to tylko Piłat umywał ręce... I, aż boję się zapytać: a może to w tym wszystkim chodzi o coś zupełnie innego: o ilość parafian, mającą też swój jeszcze inny wymiar?
I jeszcze jedno: jak to się pięknie mówi: obecna ustawa antyaborcyjna jest kompromisem. Kompromisem, w ramach którego de facto, legalnie, w pewnych przypadkach, można uśmiercić nienarodzone dziecko. To skoro tu pozwalamy sobie, my wierni Kościoła katolickiego w Polsce, na relatywizm moralny, to skąd taki nasz upór, taka stanowczość i jednoznaczność w kwestii zapłodnienia in vitro?
"Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi." (Mt 5:33-37)
Pana Jezusa uczniowie Jego, z lubością, a i inni Mu współcześni, często nazywali Nauczycielem. Księża to następcy Pana Jezusa na ziemi. Więcej pytań stawiał nie będę...
Za 20 lat nie będzie już co obchodzić rocznicy religii w klasach szkolnych. Sama się wycofa lub, co gorsza, wyrzucona zostanie z powrotem do sal katechetycznych. Za kolejne jeszcze 20 lat opustoszałe Kościoły będą albo zamykane, albo otwiarane... w ich wnętrzach sklepy, dyskoteki,kina.
Mała dygresja: we Francji - "Pierwszej córze Kościoła" mieszka dziś ok. 8 milionów mahometan. W 1999 roku cała, potężna machina NATO uruchomiona została dla ratowania muzułmanów na kontynencie europejskim - na Bałkanach (abstrahując - to też ludzie; swoją drogą: nie słychać jakoś o podobnych lub nawet mniejszych reakcjach na prześladowania chrześcijan w różnych rejonach świata). Lada dzień wmurowują kamień węgielny pod budowę meczetu na nowojorskim Manhatanie. Z innej jeszcze beczki, ale w temacie - nie tak dawno pewien ksiądz Polak - misjonarz w Afryce - gościnnie wygłaszał homilię podczas niedzielnej Mszy Świętej, w której uczestniczyłem. Wypowiedział m.in. zdanie: "teren w Afryce, gdzie zapanuje islam, jest nie do odzyskania." Wierzę.
I kontynuując: za kolejne jeszcze 20, może 40,60, a może 100, 200 lat nasze dzieci, wnuki, prawnuki, praprawnuki będą modlić się 5 razy dziennie twarzą zwróconą w kierunku Mekki. Ofiara Władysława III Warneńczyka, triumf Jana III Sobieskiego pójdą na marne. Nie będzie tak? Bóg mi świadkiem - obym sczezł, by to nie nastąpiło...
"Słyszałem wielokrotnie, także i podczas tego pielgrzymowania po Polsce, słowa: "Trudna jest ta wolność, którą mamy". Wolność jest trudna. Wolność jest trudna, trzeba się jej uczyć, trzeba się uczyć być prawdziwie wolnym, trzeba się uczyć być wolnym tak, ażeby nasza wolność nie stawała się naszą własną niewolą, zniewoleniem wewnętrznym, ani też nie stawała się przyczyną zniewolenia innych..."
/Jan Paweł II, 1991, Płock/
"...modlę się razem z wami o ten egzamin z wolności, który jest przed wami. Przeżywam wspólnie z wami trudności, które są nowe i często nieoczekiwane. Trudności, które są w nas, w każdym z nas i we wszystkich. Drodzy bracia i siostry, ja jestem jednym z was. Byłem stale, na różnych etapach, i jestem teraz. Ja kocham mój naród, nie były mi obojętne jego cierpienia, ograniczenia suwerenności i ucisk - a teraz nie jest mi obojętna ta nowa próba wolności, przed którą wszyscy stoimy."
/Jan Paweł II, 1991, Warszawa/
Tośmy sie spisali....
"Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi."
/Jan Paweł II, 1979, Warszawa/


Komentarze
Pokaż komentarze (1)