15 obserwujących
182 notki
181k odsłon
  1407   1

Wczasy w NRD-ówku

segu-geschichte.de
segu-geschichte.de

Niemiecka Republika Demokratyczna jawiła mi się kiedyś jako takie gorsze Niemcy, ale jednocześnie jako twór państwowy lepszy do życia od PRL-u, bo przecież w tej dobie szarzyzny i niedoborów nietrudno było zostawić PRL w tyle. W związku z tym nastroje wśród Polaków nie były najlepsze i często kwitowane przez nich obrazowym i dosadnym, ale jakże niepoprawnym obecnie stwierdzeniem, że: jesteśmy sto lat za Murzynami. Ta wyższość NRD-ówka nad PRL-em wyrażała się głównie tym, że w NRD-ówku były pełne półki różnych towarów w sklepach, a w PRL-u puste. Zresztą NRD-ówek był uważany za prymusa na tle innych krajów wielkiej rodziny socjalistycznej. Sam słyszałem stwierdzenie, że Niemcy stworzyli najlepszy kraj kapitalistyczny w postaci RFN-u i socjalistyczny w postaci NRD, o ile dobrze pamiętam w Wyborczej tak napisali. Nie wiem, nie wnikam, potwierdzam tylko, że gdy odwiedziłem ten socjalistyczny raj, w drugiej połowie lat 80-tych, to w sklepach niczego nie brakowało, czyli było tam odwrotnie niż w PRL-u.

Ale zapewne tak idyllicznie tam nie było, bo w innym razie nie powstałby serial kryminalny pt. Telefon 110, taki wschodnioniemiecki 07 zgłoś się, nadawany w latach 80-tych w polskiej telewizji, również o dzielnych funkcjonariuszach socjalistycznej milicji walczącej ze złoczyńcami. Słabo pamiętam ten serial, ale utkwiło mi w pamięci, że oglądałem go z przejęciem, nie mniejszym niż przygody naszego dzielnego porucznika Borewicza. Pamiętam też, że główny bohater tego serialu poruszał się po tym enerdowskim świecie Wartburgiem. Ale jednak w PRL-u złoczyńców było chyba więcej i różni Borewicze w realu mieli znacznie więcej roboty niż ich wschodnioniemieccy koledzy. Któż z Polaków żyjących w tamtym okresie nie padł chociaż raz ofiarą kradzieży mniejszej lub większej? Chyba żaden. Mi dajmy na to ukradli mój ulubiony rower, który dostałem na komunię. Piękny był, niebieskie Wigry 4, cieszyłem się nim raptem kilka miesięcy. Aż łezka w oku się kręci na samo wspomnienie.

Jak już wspomniałem, ten wschodnioniemiecki socjalistyczny raj odwiedziłem w drugiej połowie lat 80-tych. Były to czasy, gdy co druga wschodnioniemiecka frau chodziła na zakupy z polskim wiklinowym koszem, a wschodnioniemieccy rockersi, na Simpsonach i MZ-kach, nosili na głowach polskie lustrzanki, takie okulary przeciwsłoneczne produkowane przez jakiś prywaciarzy w Polsce. Ci wschodnioniemieccy rockersi mieli wszyscy takie same fryzury. Charakteryzowały się one tym, że z przodu włosów mieli mało, a z tyłu dużo. To był wówczas taki znak rozpoznawczy enerdowskiej młodzieży płci męskiej. Te wiklinowe kosze i lustrzanki wwozili do Niemiec przedsiębiorczy Polacy, a za zarobione w ten sposób marki kupowali różne dobra nieosiągalne wtedy w Polsce. Biznes w ten sposób się kręcił, a Niemcy lamentowali, że Polacy wykupują im wszystkie towary ze sklepów.

Byłem tam z rodzicami na wczasach jako kilkunastoletni chłopak, w ramach modnej wówczas wymiany pomiędzy zakładowej w krajach socjalistycznych. Miejscowość w  której odbywały się te wczasy nazywała się Neusalza Spremberg i znajdowała się ona kilkadziesiąt kilometrów na południe od Budziszyna, tuż przy granicy z Czechosłowacją. Ładnie tam było, cicho i spokojnie, wszędzie dookoła znajdowały się wzniesienia. I już pierwszej nocy o mały włos zakończył bym tam wtedy ten swój młody żywot, ponieważ, runąłem w nocy w dół jak kłoda z piętrowego łóżka. Miałem miękkie lądowanie bo poleciałem w dół wraz z kołdrą, ale za to wylądowałem głową tuż obok rogu nocnej szafki, więc parę centymetrów dzieliło mnie od, w najlepszym razie, pobytu w szpitalu. Pamiętam jeszcze, że w tym miasteczku było dużo Murzynów, bodajże było ich tam więcej niż samych Niemców. Doczytałem gdzieś wiele lat później, że Enerdowcy sprowadzali masowo Afrykanów do pracy. Więc obok poczucia znajdowania się w socjalistycznym raju, miałem też odrobinę egzotyki.

Pewnego razu, w czasie trwania tych wczasów, przyjechał do nas pan Niemiec z Drezna i zabrał mnie i moich rodziców na wycieczkę po południowej części Wschodnich Niemiec. Ten pan zrobił to w ramach przyjaźni pomiędzy jedną z łódzkich spółdzielni mieszkaniowych i jedną z drezdeńskich. Przyjechał kremowym Trabantem, który o dziwo radził sobie całkiem dobrze pokonując liczne wzniesienia podczas tej wycieczki. Odwiedziliśmy wtedy m.in. Zamek Stolpen, gdzie była więziona i dokonała swojego żywota hrabina Cosel, znana mi z polskiego serialu telewizyjnego, Twierdzę Konigstein, wysoko zawieszony zamek nad wijącą się w dole malowniczo Łabą, oraz Drezno, największe miasto Saksonii i jej stolicę. Najbardziej podobało mi się w Twierdzy Konigstein. Fajnie tam było popatrzeć na świat z góry z tego zamku, z wysokości kilkuset metrów, na Łabę i okolicę. Były też tam stare armaty na murach i różne inne militaria, czyli to, co mnie wówczas najbardziej rajcowało. To tam też miałem po raz pierwszy w ustach marcepana, którego do dnia dzisiejszego uważam za najsmaczniejszy rodzaj ze wszystkich słodyczy. W Dreźnie się raczej nudziłem. W Galerii Drezdeńskiej zamiast delektować się płótnami mistrzów takich jak Rembrandt czy Rafael, myślałem raczej o smaku pieczonych kurczaków sprzedawanych na ulicach Drezna, a których w Polsce nie było.

Dobrze wspominam te wczasy w NRD-ówku, nie dość, że miałem z tego powodu przedłużone o dwa tygodnie wakacje, bo odbywały się one we wrześniu, to przywiozłem sobie stamtąd mnóstwo rzeczy, których nie kupiłbym w Polsce. Przywiozłem sobie z NRD-ówka m.in. sportowe buty, takie a la adidasy, były one kolorowe i miały z boku pionowe paski. Chodziłem w nich potem dumny jak paw po szkolnych korytarzach i PRL-owskich ulicach.





Lubię to! Skomentuj32 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości