15 obserwujących
92 notki
49k odsłon
  120   0

„Omyłka” Prusa – Nowela antypowstańcza

Najpozytywniejszą postacią jest „Zdrajca”, wyrzucony praktycznie poza społeczeństwo.

Najbardziej negatywną jest młody insurekcjonista „Kasjer” -  fuckboy i tchórz mocny tylko w gębie.

„Wybiegłem przed sklep i zobaczyłem starego, wysokiego człowieka, który wychodził z piekarni z chlebem pod pachą. Tłum wyrostków zabiegł mu drogę i krzycząc, począł rzucać bryłami. Przez chwilę napadnięty stał bez ruchu; gdy go jednak uderzyło parę kamieni i spadła mu czapka, upuścił chleb na ziemię i począł uciekać. Widok jego białej jak mleko głowy i sztywnych ruchów bolesne zrobiło na mnie wrażenie …  To ja zrobiłem — szeptał kasjer, stukając się palcem w wykrochmaloną koszulę — ja!… Tak należy karać zdrajców.”

Drugą najbardziej pozytywną postacią jest pracowita matka, pracująca od świtu do zmierzchu, żeby utrzymać dwóch synów.

„— Pan wie — rzekła do nauczyciela — że Władek poszedł?
Pan Dobrzański poprawił się na krześle, spojrzał na list, ale nie odpowiedział.
Matka zaczęła mówić głosem trochę drżącym, lecz uśmiechając się chwilami:
— No, nie wiedziałam, że do tego prowadzi rozum uniwersytecki!… Wydaliśmy na niego dziesięć tysięcy, a ja po śmierci męża pracowałam jak sługa, byle tylko jego popchnąć wyżej. Już nawet nie pamiętam, jak wyglądają całe trzewiki, a pomimo to mam długi. Gdybym dziś umarła, młodszy zostałby chyba pastuchem.
A on, głowa domu, tymczasem poszedł na wojnę!… Nie tylko nie pytał się, ale nawet nie radził matki. Może dlatego, że wygląda na prostą babę!…
Sam zadysponował moimi pieniędzmi, swoją przyszłością i losem tego oto smarkacza, który jednej klasy nie będzie miał za co ukończyć… Cóż pan na to, panie Dobrzański?”

„…Nareszcie pokłóciwszy się ze wszystkimi pannami, kasjer sprowadził sobie podróżną torbę, wziął urlop na dwadzieścia osiem dni i — wyjechał. W końcu zaś tygodnia moja mama, pan burmistrz i pani majorowa odebrali bezimienne listy donoszące, że zginął w bitwie.
— Widzisz, pani dobrodziejko, to prawda. Jest tu napisane, że zginął, że bił się walecznie, że nawet cały oddział nosi po nim w sercu żałobę, ale… kiedy ten list tak wygląda, jakby on go sam pisał zmienionym charakterem…” … „Wszczęły się nawet spory o nieboszczyka, których wcale nie można było rozstrzygnąć, ponieważ każda z panien miała po nim takie same pamiątki: wiersze patriotyczne na welinowym papierze, zeschłe kwiaty i pęczek włosów. Tymczasem we trzy tygodnie ukazał się pan kasjer. W pierwszej chwili myślano, że jest przynajmniej ranny; władał jednak wszystkimi członkami i nawet utył.”

W okolicy wybuchła bitwa. Gdy nadal słychać było huk dział, „Zdrajca” przywlókł do domu gospodyni rannego jej starszego syna, którego uratował wyciągając go z jakiegoś parowu i chowając go przed wojskiem. Po czym ma miejsce następująca rozmowa.

„— Bóg policzy ci to za dawne winy — głucho odezwał się nauczyciel.
Starzec nagle wyprostował się.
— Winy?… — spytał, bystro patrząc na pana Dobrzańskiego. — Od piętnastu lat dźwigam ciężar jakiejś winy, ale może dopiero ty, dawny kamracie, powiesz mi: com ja komu zawinił?
Służyliśmy razem, pamiętasz? Odznaczyliśmy się jednakowo… A kiedy wyszliśmy z kraju, cierpiałem nędzę gorszą niż dziesięciu takich jak ty. Powiedzże teraz: na jakiej zasadzie ty robisz się moim spowiednikiem i obiecujesz mi odpuszczenie win?… Jakich?… Nazwij człowieka spomiędzy żywych czy umarłych, który by jedną łzę uronił z mego powodu?… Nie zważaj na tych świadków — dodał, wskazując na matkę i brata. — Owszem, niech dowiedzą się, co myśleć o mnie…
Nauczyciel wystąpił krok naprzód.
— Prawda — odparł — służyliśmy razem. Byłeś waleczny i zdolny. Ale na emigracji szatan cię opętał…
— No, i cóż zrobił ze mną ten szatan?
— Siałeś niezgodę… osłabiałeś ducha…
— A tak — westchnął starzec. — Ja osłabiałem, ale za to wy umacnialiście go. Zaręczaliście, że pomogą Francuzi; ja twierdziłem, że nie pomogą. Czy pomogli?… Wierzyliście w ruch piętnastu milionów chłopów, a ja nie wierzyłem. Gdzież dzisiaj są te miliony?… Dowodziliście, że rękami weźmiecie karabiny, a karabinami armaty, a ja was przekonywałem, że sto karabinów znaczy więcej aniżeli tysiąc gołych rąk. Zakrzyczeliście mnie. A teraz… masz odpowiedź!…
I wskazał krwawe piętna chustki, którą brat miał związane czoło.
Nauczyciel spuścił głowę. Matka przytulona do brata drżała, a mnie zdawało się, że między dwoma starcami odbywa się jakiś wielki sąd.
— I to nazywa się zdradą? — mówił gość z uniesieniem. — Wypowiadać swoje przekonania jest obowiązkiem obywatelskim i dopiero wy zrobiliście z tego występek. Powiesz, że niezgadzanie się z wolą ogółu psuje karność publiczną; ale czy to wy byliście ogółem? Byliście partią i ja partią, a przecież ja was nie nazywałem zdrajcami.
— Różnica zdań to bagatela — mruknął nauczyciel. — Chociaż zniechęciła ona do ciebie ludzkie serca.
— Bagatela? — powtórzył gość. — A jednak na tej zasadzie odsunęliście się ode mnie na emigracji, a gdym wrócił do kraju, nazwaliście szpiegiem…
— Nie na tej…
Stary człowiek cofnął się i zaciskając pięści, wykrzyknął:
— Nie na tej? Więc na jakiej? Jak ty śmiesz teraz jeszcze kopać mnie, nędzarza, którego już zabiliście moralnie?… Wszakże ja ciebie rannego z placu uniosłem… W Paryżu dzieliłem się z tobą chlebem. I tak mi płacisz?…
— Prawda — rzekł nauczyciel — wspierałeś nas, nawet hojnie… Ale… skąd miałeś pieniądze?… — dodał prawie szeptem.
Gość nagle ochłonął z uniesienia. Uderzył się w czoło, jakby coś przypominając sobie.
— Żołdu nie brałeś — mówił nauczyciel.
— Mieszkałem z daleka od wszystkich i nikogo nie przyjmowałem. Czy tak?… — pochwycił stary człowiek z szyderczym uśmiechem.
— Tak, wystrzegałeś się nas. Ale pomimo to… wiedziano, że masz parę mieszkań, w domu nie nocujesz, że nawet przebierasz się za wyrobnika.
Starzec śmiał się gorzko.
— Więc śledziliście mnie?… Nie wiedziałem!… I żaden mnie nie ostrzegł, żaden nie spytał, co robię?… nawet ci, którzy korzystali z podejrzanych pieniędzy…
— Wiesz, że przestaliśmy z nich korzystać.
— Wiem. I zaraz awansowaliście mnie na zdrajcę!
Zbliżył się do nauczyciela i poklepał go po ramieniu.
— Ale czy wiesz, skąd ja, nie biorąc waszego żołdu, miałem jednak pieniądze?… Pracowałem, panie Dobrzański, pracowałem ciężko, po nocach… Umiejąc tylko musztrę, aby nie umrzeć z głodu, zostałem… gałganiarzem.
Nauczyciel patrzył na niego z oznakami przerażenia.
— No, i musiałem kryć się przed wami — mówił starzec. — Bo cóż byście powiedzieli, dowiedziawszy się, że wasz kolega i kapitan nocami przetrząsa śmietniki… Nie wierzysz?… Wstąp kiedy do mojej chałupy, to pokażę ci pamiątki z Paryża: bilety roczne na prawo zbierania gałganów. Mam nawet dowód, że kiedyś znalazłem kolczyk brylantowy, za który dano mi tysiąc franków. Może i teraz powiesz — szydził starzec — żem słusznie nazwany zdrajcą, bom poniżył rangę? Naturalnie, podniósłbym ją, biorąc żołd i głosując z wami razem za wojną!…
— Straszna omyłka! — szepnął mój brat.”

Gdy po tym „zdrajca” wracał do domu, złapał go oddział powstańców, prowadzony przez Kasjera i go powiesili.

Jest w tym wszystkim silny wyrzut Prusa wobec wewnętrznej polskiej dyskusji o powstaniach, gdzie głosy rozsądku czekał ostracyzm („Siałeś niezgodę… osłabiałeś ducha…”), a egzaltowaną głupotę uwielbienie. Prus brał udział w powstaniu styczniowym, a później był wnikliwym obserwatorem polskiego społeczeństwa, przez co trudno zdyskredytować jego krytykę, tak jak to się robi wobec współczesnych. Nie sposób mu zarzucić, że nie ma prawa oceniać powstańców „bo go tam nie było”, ani tchórzostwa, gdyż on sam tam walczył.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale