Wiele komentarzy do mojego manifestu Wiedza serwowana w szkole nie jest potrzebna do odniesienia życiowego i zawodowego sukcesu nie było, ale i tak daje sobie prawo do dopowiedzi na nie :)
Po pierwsze: faktem jest, że pisząc ten tekst myślałem o szkolnictwie ponadpodstawowym. Tak czy inaczej naukę pisania i czytania zaliczam do umiejętności komunikacyjnych i (gdym miał dowodzić, że mój tekst jest bez wad) napisałem o nich wspominając o nauce języka ojczystego. O nauce liczenia też wspominam, choć uważam, że uczy się jej w oderwaniu od realnych potrzeb uczniów i stąd niechęć do niej.
Po drugie: nie wiem, dlaczego dla Aradan311057 sukces to jednie pieniądze. Czym dla mnie jest sukces, dość wyraźnie zaznaczyłem w moim tekście. Być może elementy składające się na życiowy sukces sformułowałem bardzo sucho i bezemocjonalnie, ale nie stoją one w sprzeczności z wychowaniem patriotycznym, czyli budzącym emocjonalne przywiązanie do społeczności, której częścią jesteśmy. Jeżeli jednak uważasz Aradan, że szkoła powinna li tylko uczyć odruchów serca, to obawiam się, że przypominałaby medresę, wychowującą nieprzystosowanych życiowo żarliwców, potrafiących śmiało zginąć za społeczność, ale niestety niepotrafiących zbudować dla tej społeczności dróg czy szpitali.
Jeżeli za banialuki masz umiejętność planowania (jak to się dzieje, że u nas wszystko zawsze na ostatnią chwilę się robi? Geny? A może jednak nikt w szkole nie nauczył jak planować czas?), umiejętność robienia notatek (cały czas mało który student w Polsce wie, że skserowania czyichś notatek a strukturalizowanie wiedzy poprzez robienie notatek to dwie różne sprawy), mnemotechniki (zawsze łatwiej zrzucić niechęć do nauki na mityczne „lenistwo" niż przyznać się, że nikt nie nauczył nas jak skutecznie zapamiętywać informacje), czy kompetencje interpersonalne (agresji winne są zapewne znów geny a nie nieświadomość potrzeb tak swoich jak i potrzeb innych ludzi oraz nieumiejętność rozmawiania o nich), to w takim razie przepraszam, ale ja uważam, że te umiejętności są podstawą do sprawnego funkcjonowania w dzisiejszym świecie o czym skądinąd traktował mój tekst.
Rozumiem, że Twoją obawą jest także fakt wzbudzenia nieproporcjonalnych oczekiwań. Nastawimy uczniów jak nakręcane pieski na wielki sukces a potem okaże się, że nie każdy może zrealizować swoje rozdęte ambicje. Zgadzam się, że taka strategia, proponowane często przez trenerów życiowego sukcesu, jest koszmarną pomyłką. Dlatego za pierwsze zadanie szkoły uważam indywidualne odczytanie realnych życiowych potrzeb uczniów. Jak zaznaczyłem w swoim tekście tymi celami jest nie tylko, ani nawet nie przede wszystkim, sukces zawodowy czy majątkowy. Myślę, że ważną rolą szkoły (czyli zaniedbywaną dziś rolą wychowawczą) jest uświadomienie uczniom, że ich celem jest także udane życie rodzinne, realizacja potrzeb religijnych, satysfakcja moralna czy koherentność światopoglądowa. Błędnym założeniem jest tu przekonanie, że tego nauczyć nie można. Można i trzeba! Można nauczyć identyfikacji tych celów, jako celów samych uczniów a nie celów narzuconych przez jakiś zewnętrzny opresyjny system, a potem pomóc w identyfikacji zadań, jakie trzeba zrealizować by te cele osiągnąć. Jeżeli nie jesteśmy świadomi celów, które chcemy w życiu osiągnąć lub co gorsza wypieramy je, to na pewno nigdy ich nie osiągniemy. Podkreślę raz jeszcze: celami tymi jest także szeroko rozumiane dobro wspólnoty, w której żyjemy.
Wcale nie uważam też, że gdy pozwolimy ludziom zastanowić się nad tym, czego chcą, wszyscy dojdą do wniosku, że najlepszą drogą życiową jest członkostwo w mafii. Zachowania transgresyjne zawsze były i będą podejmowane przez część osób. Jestem głęboko przekonany, że ograniczyć je można jedynie przez uświadomienie, jak wyglądają zachowania takie w szerszym kontekście, jakie konsekwencje czekają osoby, które postępują w ten sposób oraz jakie inne drogi realizacji życiowych celów można wybrać.
A jeżeli faktycznie jest tak, że najlepszą życiową drogą jest gangsterka, to uczciwość powinna nam nakazać uczyć o tym w szkole i przekonywać dzieci do takich życiowych wyborów.
Bodajże Ojciec Bocheński powiedział kiedyś: pomagaj tylko tym, za których jesteś odpowiedzialny lub tym, którzy cię o to poproszą. Inaczej mówiąc dobry wychowawca to taki, który daje dziecku to, co jest mu potrzebne, wtedy, gdy jest mu to potrzebne. Gdy dajesz za dużo lub nie wtedy gdy trzeba, nie tylko marnujesz swój wysiłek ale też katujesz dziecko, sprawiając że w ogóle nie zechce brać już od ciebie pomocy, nawet gdy będzie jej potrzebować. Szkoła powinna uświadomić młodzieży, co jest jej potrzebne a potem odpowiedzieć na pytania jak te potrzeby zaspokoić.




Komentarze
Pokaż komentarze (5)