Takie sobie gadanie
Powinniśmy być tak dobrzy, jak to tylko możliwe. Ale nie bardziej. Zerżnięte z Einsteina (trochę zmieniłem)
7 obserwujących
108 notek
21k odsłon
  91   2

Zaduszkowy remanent

Okres okołozaduszzkowy to zwykle czas jakichś „remanentów”. Różnych. Dla większości z nas są to remanenty wspomnień, choć bywają i tacy, którzy - z rozmaitych powodów – robią remanenty zaplanowanych procedur, kupionych kwiatów/zniczy czy np. spotkanych na cmentarzu znajomych. I drudzy są, na szczęście w mniejszości, więc nie warto chyba o nich pisać. Ten tekst jest o tych pierwszych.



Remanent wspomnień robimy zwykle nieformalnie; nie ma tu żadnej tabeli, agregacji kont zliczających zasługi i winy naszych Zmarłych. Ból po ich stracie, choć zazwyczaj jako oprocentowany stopniem naszej marnej pamięci z czasem maleje, to jednak nigdy chyba nie spada do zera. Przynajmniej nie w tych dniach.

Dla mnie remanent ten ma pozycje odpowiadające moim myślom jakie o Zmarłym miałem w dniu Jego pożegnania. Na pogrzebach myślimy o różnych rzeczach. W dzieciństwie i młodości bywa, że np. „kiedy się to skończy; umówiłem się przecież za godzinę na ciekawe spotkanie/siłownię/basen/randkę”. Później myślimy, że np. nie będzie już z kim na to  spotkanie/siłownię/basen/randkę iść lub o tym czego nie zdążyliśmy Zmarłemu powiedzieć lub dla Niego zrobić. Niektórzy myślą „dobrze, że to jeszcze nie ja”, nie uświadamiając sobie, że przecież coś stracili i to jednak po części i oni właśnie umarli.

Z życiem jest trochę tak jak z czasem i przestrzenią w fizyce. Przestrzeń absolutna, taka, jak widzieliśmy ja do końca XIX wieku nie istnieje. Nawet, a może właśnie tym bardziej, w sensie społecznym. Istnieją tylko relacje między rozmaitymi obiektami. Gdybyśmy byli absolutnie sami w jakiejś bezkresnej pustce nie potrafilibyśmy nawet zorientować się, ze żyjemy. Kartezjusz ze swoim  „cogito ..” nic by tu nie pomógł, bo nie mielibyśmy o czym myśleć. Ta przestrzeń jest nieodłącznie z nami związana. I kiedy coś w niej przybywa lub z niej ubywa zmieniamy się.

I te zmiany właśnie mogą być pozycjami naszego „remanentu”. Normalny remanent przypisuje spisywanym obiektom jakieś liczby opisujące ilość lub wartość. Remanent naszych zmarłych jest tu w jakimś sensie ułomny; ból jest niemierzalny. Zwykle nie potrafimy powiedzieć ile jakiejś naszej cechy wraz z odejściem Zmarłego tracimy. Mówimy np. „straciłem wiarę w lekarzy/ludzi/prawników”, a bywa ze i Boga, nie precyzując ile tej wiary straciliśmy. Zwykle jednak trochę jej zostaje. To wtedy właśnie dostrzegamy „wychowanie przez środowisko” oraz fakt, ze każdy  spotkany na naszej drodze człowiek był/jest naszym nauczycielem. I jest to na ogół spostrzeżenie bolesne.

Tzw. silni ludzie czasem nawet jakąś cechę „zwiększają” stając się np. bardziej dla kogoś opiekuńczym, bo tak Zmarłemu przyrzekli.

Fragment mojego remanentu zamieszczam niżej. Nie potrafię jasno powiedzieć dlaczego to robię, Być może chciałbym, by ktoś o moich znajomych pomyślał tak, jak myślimy o tych Zmarłych, których znały tysiące; wybitnych artystach, sławnych sportowcach czy po prostu ludziach uważanych za „zasłużonych”. Nie wiem czy po tej „drugiej stronie lustra” ma to jakiekolwiek znaczenie, ale nie wiem też jakie znaczenie mają moje wizyty na grobach bliskich mi osób. Chcę jednak wierzyć, że jakieś znaczenie mają.

Pierwszym był K. Dziecko szczęścia. Był jedynakiem wychowywanym przez samotna matkę. Sportowiec, przystojny, dobrze ubierający się i bardzo pogodny. Dziewuchy za nim szalały. Popełnił bardzo dziwne samobójstwo na dwa tygodnie przed planowanym ślubem i otrzymaniem mieszkania. Rozmawiałem z nim miesiąc przed śmiercią. Tryskał radością i energia. Miał 22 lata. Przez kilka lat we Wszystkich Świętych spotykałem na jego grobie jego matkę. Od dłuższego czasu jej nie widuję, a grób grób jest zaniedbany.

Brałem od Niego : pogodny optymizm.

Drugim był S. Też jedynak i syn samotnej matki. Przez dwa lata chodziliśmy do tej samej klasy. Często bawiliśmy się razem na tzw. prywatkach. Był bardzo „ zasadniczy”; zawsze postępował tak jak „wypadało”. Skończył fizykę i był belfrem. Pił mnóstwo piwa, a jak miał więcej forsy, to i mocniejszych trunków. Pochował żonę i jeździł w miejsca gdzie razem wypoczywali by ją samotnie wspominać. Zmarł na raka. Widziałem go w szpitalu kilka dni przed śmiercią.

Brałem od Niego : przestrzeganie zasad moralnych.

Następnym był P. Sporo ode mnie starszy. Rolnik z podstawowym wykształceniem i wieloma patentami na środki ochrony roślin. Wulkan energii. Często do niego jeździłem. Pomagał mi w ciężkim dla mnie czasie sama swoją obecnością. Prowadził ponad 100-tu hektarowe gospodarstwo z hodowlą koni, ryb i czort wie czego jeszcze. Miał wyjątkowego pecha w życiu rodzinnym; z żoną mu się nie układało, jeden syn wyprowadził się w jakichś nieprzyjemnych okolicznościach, drugi, oczko w głowie ojca, zmarł po banalnym wydawałoby się upadku. Do końca życia coś budował, wynajmował, był aktywny jak bohaterowie „amerykańskiego snu” robiący kariery milionerów. Zmarł na przerzuty raka płuc do mózgu w miesiąc po nieudanej operacji.

Brałem od Niego : wiarę w sukces i znakomite rozumienie ludzkich charakterów.

Potem był A. Wyjątkowo zdolny matematyk. Erudyta i człowiek potrafiący pociągnąć za sobą innych. Lubiłem z nim gadać, choć nie rozumiałem wówczas sensu w jego „praktycznym życiu zawodowym” co spowodowało ochłodzenie naszych relacji. Dziś widzę, ze to on miał racje, a ja byłem zwyczajnie naiwny. Kopcił jak lokomotywa. Zmarł na raka płuc.

Brałem od Niego : wiarę w sensowność własnych poczynań i charyzmę.

Następny był M. Człowiek wierzący w tzw. naukę. Żywy relikt akademika z czasów reformy Humboldta, a co najmniej przedwojennego uniwersytetu (tak sobie właśnie tych ludzi wyobrażam). Wierzył w w jakąś głęboką wartość wiedzy naukowej, coś a la Schoberowskie „Du holde Kunst i wieviel graue Stunden”, a jednocześnie był przekonanym postmodernistą. Miał olbrzymia wiedzę z zakresu filozofii i paru innych dziedzin tzw. humanistyki. Prowadziliśmy często spory na tzw tematy ogólne, tzn. sprzeczaliśmy się o sprawy nie mające żadnego praktycznego znaczenia i łaziliśmy godzinami po mieście lub - jeśli udało mi się wymusić na nim wypicie herbaty - siedzieli w kawiarni. Alkoholu, poza jakimś ohydnym słodkim winem z Krymu, ani kawy, nie pijał. Pijał za to hektolitry mleka. Kiedy wyjechał do innego miasta kontynuowaliśmy nasze „filozofowanie” telefonicznie, ale nie było to już to samo. Nie wiem dokładnie jak umarł; podobno udar mózgu.

Brałem od Niego : wiarę w społecznie widzianą naukę.

Kolejnym był Sz. Wolny człowiek. Mając spory majątek w nieruchomościach, żył z rozmaitych prac dorywczych. Patriota i państwowiec. Praktykujący regularnie, ale mający swoja wizję Kościoła, który powinien być bardziej patriotyczny. Potrafił z drugim podobnym mu kumplem przegadać dwie godziny o usłyszanym na mszy kazaniu. Ludzi oceniał surowo, głównie w kategoriach patriotycznych. Polskę widział raczej bezkrytycznie jako ofiarę odwiecznych wrogów i kraj bohaterów, Bywał na wszelkich możliwych uroczystościach patriotycznych. Wierzył w stopnie i tytuły naukowe; był magistrem historii i politologii. Znal wszystkich chyba ważniejszych (nie tylko oficjalnie) ludzi w mieście i zawsze miał najświeższe i najpewniejsze informacje. Zmarł na powikłania cukrzycy, chyba udar mózgu.

Brałem od Niego : wiarę w sensowność nierozumianych procedur (to naprawdę bywa potrzebne, m.in. dlatego, że wiara w siebie, to połowa powodzenia), asertywność.

Po nim był J. Prawnik, primo voto technik budowlany. Przekazał mi prosty sposób oceniania kanalizacji; „Kanalizacja jest dobra, gdy woda idzie do góry, a gówno na dól, zła, gdy jest odwrotnie, a fatalna, gdy woda miesza się z gównem”, co jako cytat z niego wykorzystuję w wielu tekstach. J. był przeciwieństwem S.. Był bardzo inteligentnym nie będąc przy tym ani złośliwym, ani nawet sarkastycznym. Nie słyszałem nigdy by o kimkolwiek mówił tak do końca źle. Czuł się zadowolony, gdy mógł komuś powiedzieć jakieś miłe słowo. W czasach młodości spotykaliśmy się po pracy w kawiarni. Każdy z ćwiartka wódki i jakąś małą zagrychą. Zamawiamy kawę i mineralna, a pod stołem przelewaliśmy do szklanek przyniesiona gorzałę i popijali kawą. Kelnerki udawały, ze nie widzą, a my udawaliśmy, że się ukrywamy. Było znacznie taniej niż zamawianie gorzały na miejscu.  Zresztą w kawiarni tak podłej wódki nie było. Potem szliśmy na obchód podobnych miejsc, gdzie braliśmy po piwie, by w końcu sporo już „nawaleni” iść do domów, gdzie padaliśmy na łózko i zasypiali natychmiast. Rożni byli ci kumple. Pamiętam jednego, który koszul nie prał, ale po solidnym ubrudzeniu składał na kupkę i kupował nowe. Oduczyła go tego potem żona, która mu te „odłożone”  uprała. A my straciliśmy kumpla, bo na wyjścia na „spacery” miał szlaban. Potem pożeniliśmy się wszyscy, wielu się rozjechało po świecie, a J. został w naszym mieście. Jego pasja była działka, gdzie spędzał każdą chyba wolna chwilę. I tam właśnie umarł. Prawdopodobnie stracił przytomność i upadł twarzą w tzw. oczko wodne. Utopił się.

Brałem od Niego : wiarę w przyrodzone ludziom dobro, życzliwą akceptację „inności”.

Ostatnim był R. Pracował w jednej z ważniejszych instytucji w mieście. Dorabiał sobie opracowując statystycznie rozmaite badania. Był znakomicie zorganizowany i niezawodny. Znal dokładnie swoją wartość; ani się nie przeceniał, ani niedoceniał. Taki modelowy doskonały pracownik. Miał bardzo rzeczowy stosunek do całej rzeczywistości, w tym do otaczających go ludzi. Zmarł na raka w ciągu kilku miesięcy od diagnozy.

Brałem od Niego : wiarę w sensowność tzw. racjonalnego, przytem uczciwego, pomysłu na życie.

Lista daleka jest od jakiejkolwiek „pełności”. Wielu kolegów pomija. Od każdego z pominiętych też coś dostawałem, ale niesposób pisać dziś książki. Są oni gdzieś pomiędzy tymi, których wymieniłem. Nikogo z Nich – tych wymienionych i niewymienionych - już po „mojej stronie lustra” nie spotkam. Nie będę mógł dać im tego, co pewnie powinienem; te rachunki pozostaną otwarte. A kiedy będzie je można zamknąć, może okazać się, że wszystkie moje wyobrażenia o Ich aktualnym świecie są fałszywe i że tam płaci się zupełnie inną, niewymienialną na posiadaną dziś prze mnie, walutą. I dalej będę Ich dłużnikiem.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości