46 obserwujących
497 notek
793k odsłony
  1419   0

Jest taki trynd że idziemy we wiatraki

Zgoda na zapewnienie blisko trzydziestu procent energii ze źródeł odnawialnych była podyktowana względami politycznymi – teraz jednak czas na realizację – czyli upychanie wiatraków wszędzie gdzie tylko wieje i jest trochę miejsca. A przede wszystkim tam, gdzie mieszkańcy się w porę nie zorientują co powstaje kilkaset metrów od ich domu.

Problem budowy elektrowni wiatrowych w Polsce to temat na wielodniową debatę, a i tak pewnie nie udałoby się ogarnąć całości. Począwszy od braku ustaw dotyczących dystrybucji wyprodukowanej w ten sposób energii, poprzez powszechne zjawisko montowania w Polsce starych, używanych, , głośnych i mniej wydajnych urządzeń których z ulgą pozbywają się Niemcy i Duńczycy, po wpływ jaki elektrownie wiatrowe mają na zdrowie i samopoczucie mieszkańców okolicznych terenów.

Niezwykle ciekawe jest jednak to, że państwo, które w obszarze inwestycji budowlanych jest dziś znacznie bardziej opresyjne i totalitarne niż w najczarniejszych etapach PRL-u, w przypadku wiatraków nagle pokazuje swoją przyjazną twarz. To niezwykle frapujące, bo w Polsce istnieje dziś mocne wsparcie państwa dla inwestycji wiatrowych przy jednoczesnym pogłębiającym się reżimie biurokratycznym narzucanym na obywatela chcącego wybudować dom mieszkalny dla swojej rodziny, albo dokonać choćby niewielkich zmian w domu który już stoi od wielu lat. Jakby powiedział klasyk: „trzeba być ślepym żeby nie zauważyć” że od lat mamy do czynienia z jakimś politycznym dealem między lobbystami i inwestorami energetyki wiatrowej a państwem – od poziomu gmin i powiatów po gabinety ministrów infrastruktury czy ochrony środowiska.

Jeśli obywatel, chcący wybudować dom dla swojej rodziny, podczas trwania budowy zdecyduje się, bez zgody państwa, dołożyć jeden pustak i wybudować budynek wyższy o 25 centymetrów w stosunku do projektu, to musi się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Państwo mu tego nie daruje. Nadzór Budowlany – jeśli wychwyci tą potworną niesubordynację  - nałoży na niego karę co najmniej kilkunastu tysięcy złotych i dodatkowo zmusi go do wykonania dodatkowego projektu. Dlaczego? – bo jeśli państwo zgodziło się na wybudowanie budynku o wysokości dajmy na to 7 metrów, a teraz budynek ma 7 metrów i 30 centymetrów to może bardzo znacznie wpłynąć na okoliczny krajobraz, popsuć widok sąsiadom, zasłonić im słońce i zaburzyć ład architektoniczny okolicznej zabudowy.

Co innego jeśli mamy do czynienia ze stumetrowej wysokości wiatrakiem, albo zespołem kilku takich wiatraków. Kiedy czytamy raporty oddziaływania na środowisko, to dowiemy się że według ekspertów przygotowujących tego typu opracowania, na potrzeby inwestorów, nawet kilka słupów o wysokości trzech dziesięciopiętrowych wieżowców, jeden na drugim, ani obracające się gigantyczne śmigła o długości szkolnego boiska, absolutnie nie wpłyną w żaden sposób na krajobraz łąk, pól i lasów.

Twierdzenie jednak, że to oddolna życzliwa inicjatywa urzędników w powiatowych wydziałach architektury byłoby, delikatnie mówiąc, naiwnością i ignorancją. Ich postępowanie jest efektem ustawodawstwa narzuconego z poziomu ministerstw. Trudno bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że budowa stumetrowej wieży, emitującej hałas rzędu 100 decybeli w odległości, na przykład trzystu metrów od zabudowań jest możliwe i nie ma negatywnego wpływu na życie ludzi, bo tak orzekł raport opracowany przez firmę wynajętą przez faceta któremu zależy żeby ten wiatrak zarabiał dla niego pieniądze.

Według różnych szacunków minimalna, bezpieczna odległość od zabudowań dla różnych typów i wysokości wiatraka a także innych kryteriów jak np. kierunki wiatru, ukształtowanie terenu czy zalesienie, określana jest od 500 metrów do 2 kilometrów. W Polsce realnie wygląda to jednak tak, że jeśli istniejące domy mieszkalne są oddalone 500 metrów od planowanej elektrowni wiatrowej to z raportu wychodzi, że strefa oddziaływania to promień 480 metrów, a jeśli ludzie mieszkają 350 metrów od planowanego wiatraka to promień ten wynosi np. 330 metrów. Innymi słowy raport najczęściej „wychodzi” tak jak ma wyjść żeby wiatrak wybudować. A jak ktoś protestuje, to się go traktuje jak oszołoma, który nie rozumie problemów współczesnego świata, i macha mu się przed oczami obliczeniami ukazującymi jak bardzo opłacalna jest energia wiatrowa wobec dajmy na to węglowej. Sęk w tym, że na łące za jego płotem nikt nie planuje budowy elektrowni węglowej bo chroni go od takiej inwestycji wianuszek stref ochronnych, tylko kilkadziesiąt stumetrowych wiatraków – a o tym czy będą one dla niego szkodliwe czy nie decyduje raport zlecony i kupiony przez biznesmena chcącego na tym wiatraku zarabiać. Bo tak zdecydowal minister. 

Lubię to! Skomentuj48 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale