felieton opublikowany na portalu Stefczyk.info
Właśnie trwa mecz, mecz bokserski…hm i tu ugryzłem się w język. Boks, w tym wypadku brzmi zbyt dumnie, to raczej jakaś chamsko – pokraczna wersja wrestlingu, lub – mówiąc bardziej ludycznie – prostego, komsomolskiego dupniaka.
Pisze o propagandowej „ofensywie” tzw „Zespołu Laska”, będącego spadkobiercą tzw „Komisji Millera”, która spadkobrała po wielikoimperatorskiej „Komisji Generalissy Anodiny.
Oto spieszeni wnukowie, tak by wynikało z genealogii, gospodiny Anodiny – wspomagani światłym umysłem pana Olbrychskiego Daniela – ogłosili, ze wszelkie komisje działające poza ich komisją, oraz wszelkie dociekania na temat Smoleńska zachodzące poza ich jurysdykcją, są „niepoważne” (termin, którego nauczono pana Olbrychskiego), „niefachowe” (termin używany przez postjałtańskie media i niejaką Gozdyrę – eksperta z zakresu kosmetologii ) a także „siejące nienawiść” (zwrot używany przez dzisiejszych „księży patriotów” oraz „kapłanów majtowego różu” ze stajni Daniela Passenta i Paradowskiej Janiny).
Na początek spieszę zatem donieść, że do listy niefachowych, siejących nienawiść i przeznaczonych do medialnej eksterminacji, dopisać należy: Sokratesa, Platona, Arystotelesa, Kartezjusza i – tu komisja powinna zachować największą surowość – Kanta Immanuela.
Tu ozywa się głos zza kulis, tzw zwichenruf stosowany:
Dziś bowiem rolę dawnej klasy robotniczej miast i wsi przejęła nowa warstwa – inteligenty – lud kształcony w pisaniu i ekranowym czytnictwie przez kapłanów kościoła świętego oświecenia imienia Daniela Cohn Bendita i Michnika Adama (Stefana też?)
Koniec zwichenrufu
Zdrowy rozsądek, kategoria najbardziej niemiła ekspertom pana Laska, brzmi w tym kontekście jak największa epistemologiczna herezja. Błąd niewybaczalny, przez stalinowskich ekspertów zwany „potylicznym”.
Komisja Laska, nieświadomie - jak spurzheimowsko wnioskuje z wejrzeń i fizjonomii jej członków – wyznaje nieco spłaszczony augustianizm, a szczególnie jego iluminatywną metodę poznania.
Kłopot jeno w tym, że Augustyn źródła owego, ponadzmysłowego, poznania zaczepiał w Bogu Wszechmogącym i Wszechwiedzącym, a laskowi mędrcy pana Laska owo źródło sytuują o wiele niżej, gdzieś pomiędzy okularami, a bujnym biustem generalissy .
Kiedy zatem słyszę, że „Komisja Macierewicza” składa się z nieudaczników, frustratów i bajkopisarzy, to – całkiem logicznie i precyzyjnie – pytam: kto też zasiada w Komisji Pana Laska?
Nie chcąc sprawiać bólu (pozostaje jednak przy niepostępowej i tradycyjnej pisowni) jaśnie wielmożnie wyrwanym z folwarków elitom, dalsze rozważania nad fachowością Komisji Laska rezerwuje sobie na następne felietonessy.
Nie daruje sobie jednak dwóch anegdotek neutralnych, z historii sztuki. Sprawiedliwie: jednej nadwiślańskiej i jednej ogólnorozwojowej.
Pewnego dnia szalony Karol Estreicher nakazał robotnikom wnieść do kaplicy wysoką drabinę i porządnie umyć sufit. Sufit zajaśniał sztuką, a tajemne cienie – powstałe z kopcenia kościelnych świec – zanikły w jasna cholerę, ku utrapieniu uczonych darmozjadów.
Zupełnie już prawie w naszych czasach, no kilkadziesiąt lat temu, nieczuli na tradycję Japończycy, opracowali świetna metodę na odczyszczenie fresków Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. Okazało się, że „stonowane, przyblakłe barwy”, które uczeni rozważali jako przejawy nastrojów mistrza, także spowodowane były świecowym kopciuchem. Spod sadzy wyłoniły się wspaniale żywe, dynamicznie stosowane barwy, okazało się, że Michał Anioł był także kolorystą i to niezwykłym, a nastroje nie miały z tym nic wspólnego. Tak więc w cholerę poszła wieloletnia mitręga specjalistów od psychoanalizy mistrza.
Drogie (dosłownie) Państwo z Komisji Laska – poczytajcie o Estreicherze, z wrodzonej, dobrodusznej złośliwości Wam to doradzam.


Komentarze
Pokaż komentarze (30)