Przez ostatnie sto lat Zachód opierał swoją siłę na współpracy transtalantyckiej. Jednak od 1989 kolejne wydarzenia i procesy (rozpad Związku Radzieckiego, przemiany gospodarcze zachodzące w Chinach, wzrost znaczenia Azji oraz Ameryki Południowej) zmieniły światowy układ sił. Dotychczasowa dominacja Zachodu nie jest już oczywista. Wręcz przeciwne, wiele wskazuje na to, że jej czas minął.
Wraz z końcem zimnej wojny rozpoczął się proces przesuwania politycznych granic Zachodu na wschód. Umownie rozumiane ‘rozszerzenie Zachodu’ (w tym, Unii Europejskiej i NATO) miało bardzo wiele pozytywnych skutków, szczególnie dla Europy Środkowo-Wschodniej. Niemniej w czasie kiedy zyskiwały poszczególne regiony, państwa czy narody wspólnota, czy też zarządzającej jej interesami instytucje, słabły.
Relacje Europy z Ameryką przestała porządkować jednomyślność wynikająca ze wspólnoty celów i zagrożeń, wspólny wróg. Mimo związków cywilizacyjno-historyczno-kulturowych zaczęły pojawiać się pytania czy wspólnota wartości wystarczy do utrzymania uprzywilejowanego partnerstwa kontynentów, które dzieli północny Atlantyk. Globalizacja też odcisnęła swoje piętno. Wzmożona konkurencja na płaszczyźnie gospodarczej, politycznej oraz ideowej, stała się jednym z głównych motorów napędzających światowy rozwój. Równolegle wyzwania przed którymi stanął świat (takie jak zmiany klimatyczne, demograficzne, braki surowcowe) wymagały (i wymagają nadal) wytężonej współpracy. Pojawiła się potrzeba nauczenia się współdziałania, w sytuacji silnej konkurencji.
Współpraca transatlantycka, mimo wielu niewątpliwych zalet, miała też swoje ciemniejsze strony. Bywała ona rozmową bogatych, którzy mieli przemożny wpływ na sprawy globalne i nie zawsze byli chętni żeby tym wpływem się dzielić. Zaczęły pojawiać się konkurencyjne pomysły i projekty na global governance – czyli na światowy układ władzy. Instytucje takie jak ONZ, z różnych względów, przestały pełnić swoją rolę w społeczności międzynarodowej. G7 przeistoczył się w G20 (z przystankiem na G8). Żadna z tych formuł nie spełnia jednak oczekiwanej roli ani pokładanych nadziei. Interesy wewnątrz tych grup są zbyt rozbieżne, a wywierane ciśnienie przez tych którzy nie są obecni przy stole zbyt duże żeby te konstrukcje mogły skutecznie funkcjonować.
Państwa członkowskie Unii Europejskiej w obliczu konkurencji ze strony wschodzących potęg, tygrysów azjatyckich, BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) czy krajów które budują swoją siłę na zasobach naturalnych (od Arabii Saudyjskiej, przez Wenezuelę, aż po Nigerię) coraz silniej zaczęły odczuwać zmniejszające się znaczenie na arenie międzynarodowej.
W odpowiedzi na te obawy (oraz na kryzysy demograficzny, braki surowcowe, ostatnimi czasy kryzys finansowy) Unia Europejska stara się wypracować podmiotowość, miedzy innymi w polityce zagranicznej. Niemniej w niepewnych czasach kraje niechętnie zrzekają się swojej suwerenności, reagując na wymagania wyborców zabiegają intensywnie o interesy narodowe.
Europa zjednoczona, która przez chwilę (szczególnie za czasów pierwszej kadencji George W. Busha) nie wydawała się być wygodnym partnerem dla Stanów Zjednoczonych dziś ma rosnące problemy ze zjednoczeniem się. A Baracka Obamę ponoć nudzi wsłuchiwanie się w głosy 27 państw. Chciałby żeby Europa mówiła do niego jednym głosem. Stany Zjednoczone, które odchodzą powoli od polityki dyktowanej przywiązaniem do swoich europejskich korzeni, tracą cierpliwość dla kontynentu z którym niełatwo ustalić cele strategiczne, a nawet taktykę działań w paru kluczowych obszarach.
Stosunki transtalantyckie są wystawione na próbę. Jednak patrząc na globalny układ sił, na światową gospodarkę, na rewolucję energetyczną, cyfrową oraz demograficzną (które jeżeli jeszcze nie nadeszły to zbliżają się wielkimi krokami) – to właśnie dziś, paradoksalnie istnieje największa potrzeba współpracy. Ameryka, w wielobiegunowym świecie, potrzebuje sojusznika, z którym poza interesami będą łączyły ją cele i wartości. Europa natomiast bez wzmożonej współpracy z Ameryką nie będzie w stanie cofnąć procesów które czynią z niej mały, umiarkowanie dynamiczny kontynent, który szybko się starzeje przy pogarszającej się koniunkturze gospodarczej.
W sytuacji kiedy wytężona współpraca jest najbardziej potrzebna wyczerpała się dotychczasowa formuła na sojusz transatlantycki. Wniosek może być jeden - trzeba wypracować nowe podejście, nowe pomysły, nowy język oraz znaleźć nowych ludzi którzy będą pracowali na rzecz podtrzymania więzi pomiędzy Ameryką i Europą.
W obliczu tych zmian powinno zmienić się też myślenie o polskiej polityce zagranicznej. Droga, która wiedzie od konsensu co do celów (oraz sposobów ich osiągnięcia) polskiej polityki zagranicznej do sytuacji w której poglądy na temat roli Polski na świecie, w Europie, a także w regionie środkowo-europejskim stają się się wyznacznikami odrębności polityczno-ideologicznej nie jest łatwa. Na ma od niej natomiast odwrotu. Obecna dyskusja na temat polskiej polityki zagranicznej, nacechowana niskim poziomem stanu debaty publicznej, jest zaczątkiem zarysowywania się fundamentalnych różnic. Różnice te są z jednej strony funkcją postrzegania świata zewnętrznego przez różne obozy polityczne, z drugiej zaś emanacją wewnętrznych różnic polityczno-światopoglądowych polityków, środowisk, elektoratów. Od wojny o krzesło, po przepychanki polityków o pięć minut ogrzania się w medialnym blasku goszczącego u nas Prezydenta Obamy, obserwujemy wykluwające się stanowiska, które wpiszą się w projekty polityczne środowisk, które będą zabiegały o władzę w najbliższych latach.
Polskie elity polityczne i dyplomatyczne muszą pogodzić się z tym że różne partie czy środowiska wpływu mogą mieć różne poglądy na temat tak kluczowych zagadnień jak relacje ze Stanami Zjednoczonymi, kształt polskiej polityki europejskiej czy nasz stosunek do Wschodu. Wydaję się że w najbliższej przyszłości wybory przed którymi stanie Polska, nie będą miały wymiaru decyzji dziejowych. Skończyły się czasy zero-jedynkowej polityki zagranicznej w ramach której dany kierunek jest dobry, a odwrotny zły. Wybory polskiej polityki zagranicznej, czy tego chcemy czy nie, nacechowane będą polityczną kalkulacją, kwestiami gospodarczymi i doraźnymi wyborami obywateli. Na przykład za ewentualne wejście Ukrainy do Unii Europejskiej ktoś będzie musiał zapłacić, a jeżeli Polska ma przewodzić niełatwej drodze naszych wschodnich sąsiadów do Europy to podatnicy będą musieli ponieść dużą część tych kosztów.
Natomiast jeżeli polskie elity nie nauczą się dyskutować na temat wyborów stojących przed Polską to każda zmiana władzy będzie kończyć się wielką awanturą. Na czym najbardziej ucierpi polska polityka zagraniczna oraz prestiż Polski na świecie.
Zbliżający się Wrocław Global Forum (9-11.06.2011) to jedno z przedsięwzięć, które starają się wyjść naprzeciw potrzebie znalezienia języka, kanału komunikacyjnego oraz rozmówców porządkujących dialog transatlantycki, a zarazem do wypracowywania przyszłych aksjomatów debaty transatlantyckiej oraz wewnętrznej rozmowy o miejscu Polski na świecie. WGF ma tworzyć kontekst, który pozwoli wyjść poza doraźne interesy gospodarcze i polityczne. Natomiast rozmowa o interesach powinna pomóc szukać odpowiedzi na kluczowe pytania dla wspólnoty transatlantyckiej.
Andrzej Bobiński - Dyrektor Sekretariatu Wrocław Global Forum


Komentarze
Pokaż komentarze (1)