Marcin Nawrot Marcin Nawrot
294
BLOG

KAPRAL "JASNY"...

Marcin Nawrot Marcin Nawrot Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 11

KAPRAL „JASNY” NIE WIE DLACZEGO…

                                

 

Było lato, sierpień… Wczesny ranek.

Powolutku dotarł na przystanek.

Jechał wtedy do wnuków, za Wisłę.

Chciał omówić urodziny przyszłe,

Ósmy krzyżyk na karku, piękny wiek…

Teraz pełznie przez życie, kiedyś biegł…

 

Ludzi wiele w tramwaju nie było,

Wolne miejsca, a więc bardzo miło.

Siądzie sobie, poduma, czas zleci…

A niedługo – obiadek u dzieci…

Byłby może na krótko się zdrzemnął.

Ale nagle – w oczach jakoś ciemno…

Zegar serca coraz szybciej tyka,

A to wszystko sprawiła… muzyka!

 

Dobrze znana! To nic że w tramwaju…

Najważniejsze, że ciągle to grają!

Dobiegała z tyłu… Za plecami

Ktoś się bawił radia przyciskami.

I wywołał powstańczą piosenkę,

Co się dawno zamieniła w mękę,

Która niosła „Jasnemu” pytanie:

„Czym zasłużył na swoje rozstanie?

Z „Burym”, „Zosią” , „Hardym” „Lulkiem” z Łodzi,

Co wracają we snach, zawsze młodzi…

Choć ich groby nieznane – niczyje…

ICH JUŻ NIE MA – a on… CIĄGLE ŻYJE.”

 

Ta piosenka – to też wspólny znój

„Warszawskie dzieci – pójdziemy w bój”

Poszli śmiało… Z nadzieją że wrócą,

Że weselsze piosenki zanucą. 

Wraca za nich co roku piosenka…

Tylko żywym serce przez nią pęka.

 

Kapral „Jasny” też poszedł, lecz wrócił.

Kiedyś chętniej tę piosenkę nucił.

Zwykle w sierpniu - w domu lub na grobach.

Nie zapomniał. Dobrze zna jej słowa.

Tylko dzisiaj dużo więcej znaczą.

Karmią dumą, lecz … także rozpaczą.

*         *         *

Siedział smutny, broda mu się trzęsła,

tramwaj pędził – dudnił na przęsłach.

W dole Wisła dyszała od żaru…

Przy Francuskiej wysiadł pomału

i szedł – jak kaleka – niezdarnie…

Ciągle myślał:

                       „Mogłem zginąć marnie

rozerwany bombą, rozstrzelany,

w lufy patrząc, na tle jakiejś ściany.

Mogłem zdechnąć jak szczur, gdzieś w kanałach…

Tyle razy śmierć bliziutko stała…

Lecz ja żyję… A ICH DAWNO NIE MA!

*                     *                     *

Potknął się… Myśl ta była kamieniem na drodze;

Albo nagłym wzruszeniem, które ściska gardło.

Podniósł oczy – ulica pulsowała życiem.

 „Moje miasto… -wyszeptał – Jednak nie umarło…

Choć tylu z nas odeszło… Cmentarz na Powązkach

(na którym w maju słowik czasem kląska)

Kryje szczątki tak młodych i takich odważnych.

Takich ufnych… Dla Polski więcej niż ja ważnych!

A najbardziej żal takich, którym los pozwolił

Powrócić do Warszawy z niemieckiej niewoli,

Po to, by spotkać nowych strażników w więzieniach.

I poznać jak się łamie kości i sumienia…

 

Mnie kości nie łamano… Ja wyszedłem cało.

Pewnie byłem za młody, a więc się udało

I nie wiem co to łagrów syberyjskich druty…

- „Jaka armia? „Krajowa?” – To karzeł zapluty!”

Tym tylko mnie raniono podczas przesłuchania:

- „Ponoć jakiś „Parasol”… Z głupiego powstania…”

 

Mijały lata hańby, czas blizny zacierał,

Czas, co pamięcią ofiar łatwo poniewierał.

Ale mnie coraz bardziej ciąży to pytanie,

Na które odpowiedzi nigdy nie dostanę. 

- O tych, co padli w walce, lub sczeźli w więzieniach -

 „CZEMU – BOŻE – JA ŻYJĘ, A ICH ZE MNĄ NIE MA?!”

 

 

Optymista z okresowymi skłonnosciami do gniewu lub naiwności

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (11)

Inne tematy w dziale Kultura