Uczelnie to w powszechnym mniemaniu – Świątynie Nauki a pracujący w nich ludzie to Kapłani Nauki. Elita narodu, najinteligentniejsi i najmądrzejsi zajmują się produkcją Wiedzy i Mądrości. Tak przynajmniej sie uważa.
Kto choć trochę zna światek uniwersytecki wie, że to nie jest prawda.
Nie jest prawdą, że na uniwersytetach pracują ci najmądrzejsi. W rzeczywistości pracują tam ludzie, którzy nie nadają się do tego aby znaleźć lepszą pracę gdzie indziej. Nie jest prawdą, że uczelnie to fabryki wiedzy. W rzeczywistości do środowiska uniwersyteckiego bardziej pasuje opis “samotne wyspy mądrości zagubione w bezkresnym oceanie bredni”.
A określenie “brednie” w odniesieniu do tego co produkują rozmaite wydziały “Women’s Studies” czy “Gender Studies” jest i tak bardzo łagodne.
Jeżeli sobie uświadomimy, że w Polsce zaledwie 4 procent studentów studiuje kierunki ścisłe i techniczne to zaczynamy dostrzegać skalę problemu. Powiedzmy, ze następne 4 procent studiuje kierunki nieścisle ale mimo to poważne – czyli na przykład prawo – a zrozumiemy, że lekko licząc 90% studentów to studenci bzdur. Teatrologii, kulturoznastwa, politologii, i wszelkich innich “-logii” i “-znastw”.
To zaś oznacza, że uczelnie zatrudniają ogromną armię “pracowników naukowych”, którzy absolutnie nie powinni pracować na żadnych uczelniach, którzy niczego nie produkują, nic nie wnoszą do nauki i stanowią tylko wielką pasożytniczą i próżniaczą klase pseudouczonych – która pazurami broni swoich przywilejów i prawa państwowych posad do życia na cudzy koszt.
O ile sprawy wyglądają stosunkowo lepiej na wydziałąch ścisłych i technicznych, gdzie można spotkać ludzi mających jako tako poukładane w głowie o tyle dzisiejsze wydziały humanistyczne to prawdziwa czarna rozpacz. I – trzeba to zaznaczyć – w Polsce nie jest jeszcze najgorzej.
Wypowiedzi krytykujące ten stan rzeczy są nieliczne – i są natychmiast zakrzykiwane. Każdy kto ośmiela się twierdzić, że Polska nie potrzebuje dwudziestu uniwersyteckich wydziałów filozofii i dalszych kilkunastu antropologii kulturowej są bez dyskusji brani na wrzask. “Chcecie aby naród był ciemny!“. Nieliczne głosy rozsądku – jak na przykład profesora Wojciecha Cellarego, który mówi o potwornym, niewyobrażalnym bezsensie jakim jest kształcenie w Polsce stu tysięcy socjologów – są zamilczane.
Dlatego należy głośno wspominać o każdej próbie rozbicia uniwersyteckiego status quo i ukrócenia pasożytniczej kasty pseudouczonych.
Pierwsza jaskółka miała miejsce w USA, gdzie Kongres wydał ustawę kategorycznie zakazującą Narodowej Fundacji Nauki (taka rządowa agencja do rozdawania grantów) finansowania prac naukowych z dziedziny politologii – chyba, że uczony jest w stanie udowodnić, według dość ostrych kryteriów – że jego praca ma znaczenie dla bezpieczeństwa państwa. Kongresmeni, zupełnie słusznie uznali, że dorobek naukowy politologów to w ogromnej większości stanowi bezwartościowy bełkot i nie ma sensu aby podatnik dopłacał do tego interesu.
Środowisko naukowe podniosło potworny wrzask przeciwko “zabijaniu nauki”, Kongres się nie ugiął, pieniądze zabrał – i nic strasznego się nie stało. Ameryka nie upadła. Niestety jednak – po roku przy okazji głosowania nad kolejnym prowizorium budżetowym uczeni wpisali do stosownych ustaw zapis o przywróceniu finansowania politologów z pieniędzy publicznych, kongresmeni byli zajęci innymi ważniejszymi bitwami i niestety, dzisiaj amerykańscy politologowie mogą nadal pierdzieć w stołki na koszt podatników.
Niedawno do podobnych wniosków doszedł Uzbekistan – gdzie na uczelniach zakazano finansowania politologii argumentując – skondinąc słusnie – że politologia nie jest nauką i nie ma żadnej poważnej metodologii, więc szkoda tracić pieniądze na bzdury. Niestety, choć rząd Uzbekistaniu postąpił jak najbardziej słusznie – nie należy oczekiwać aby inne kraje zechciały naśladować. Uzbekistan to Uzbekistan i łatwo słuszną decyzje władz tego kraju wyśmiać – jako, że została podjęta w Uzbekistanie.
Ale właśnie w walce przeciwko pseudonauce otworzył się nowy front.
Rząd Japonii właśnie wydał edykt wprowadzający ogromne cięcia na wydziałach nauk społecznych i humanistycznych na uczelniach japońskich. Do ludzi rządzących Krajem Kwitnącej Wiśni dotarła prawda, która nie potrafi dotrzeć do rządów reszty Zachodu: humanistów jest za dużo i są nie tylko niepotrzebni – ale wręcz szkodliwi. Trzeba uniwersytety odchudzić usuwając z nich nieproduktywnych darmozjadów a zaoszczędzone środki przeznaczyć na rozbudowę kierunków technicznych.
Oczywiście, japońskie środowisko uniwersyteckie protestuje. I oczywiście środowisko uniwersyteckie w USA i Europie – też protestuje, gdyż zdaje sobie sprawę, że jeżeli rząd Japonii postawi na swoim to cięcia dosięgną też uczelnie w USA i Europie.
Niestety – o ile polityke Uzbekistanu łatwo wyśmiać o tyle trudno to zrobić w odniesieniu do Japonii. Jeżeli Japończycy wyrzucają z uczelni socjologów, literaturoznawców i politologów – to widać wiedzą co robią…
Nic dziwnego, że dominującym tonem jaki przebija z artykułów relacjonujących nową polityke naukową w Japonii – jest strach…
Wielki Wodz Apaczów
Inne tematy w dziale Technologie