Taka kariera może zdarzyć się tylko w Ameryce - Barack Obama czarnoskóry syn emigranta z Kenii został wybrany na 44. Prezydenta Stanów Zjednocznych (no może zostanie wkrótce wybrany przez elektorów). Taka kariera to wspaniała realizacja „American dream". Wielokrotnie słyszałem głosy, że Ameryka nie jest już taka sama, że kariera od pucybuta do milionera nie jest już w Ameryce możliwa. A tutaj proszę, w Ameryce pod rządami - reprezentującego republikanów a znienawidzonego i opluwanego przez media i establishment - Georga W. Busha - na oczach wszystkich spełnił się „American dream". Nigdy wcześniej droga z murzyńskiej chaty w Afryce do Białego Domu w Waszyngtonie droga nie była taka krótka, nigdy wcześniej osoba reprezentująca trzeci świat - to nie tylko ze względu na pochodzenie ojca, ale także przez fakt, że przez kilka lat chodził do szkoły i wychowywał się u swojego ojczyma w Dżakarcie - nie stała na czele największego światowego mocarstwa. Można podziwiać tak błyskotliwą karierę, można wyrażać uznanie za determinację i upór w zdobywaniu wykształcenia, osiąganiu celów i w parciu naprzód i tak też czynią miliony ludzi na świecie, dla których Obama jest symbolem nowej Ameryki nowych szans, w przeciwieństwie do Mc Caina symbolizującego stary porządek rewolucji konserwatywnej odchodzącej wraz z nim do historii.
Ja mam jednak nieodparte wrażenie, że ten spełniony sen syna potomka Masajów jest tylko efektem kaprysu establishmentu i mediów z jednej strony i nadziei szerokich kręgów społecznych dotkniętych kryzysem finansowym z drugiej. Ludzie ci spojrzeli na politykę - nie jak na służbę publiczną, ale jak na filmowe story kończące się happy endem dla głównego bohatera, mając nadzieję, że ten sukces, jakiego on doświadczył stanie się także ich udziałem. Ta uniwersalna idea wydaje się tak namacalna, że niemal na wyciągnięcie ręki. Nadzieja ta realnie inspirująca miliony ludzi na świecie kupiona jest jednak na kredyt oparty na tym samym mechanizmie, który spowodował kryzys, na który ma być lekarstwem. Wydaje mi się, że Barrack Obama jest tylko -przy całym szacunku dla jego osobistych talentów, przymiotów, zdobytego wykształcenia i osiągnięć - politykiem wydmuszką produktem marketingu politycznego, który umiejętnością przemawiania potrafi rozbudzić nadzieje i oczekiwania ludzi, obiecać wszystko wszystkim, ale nie stoi za nim żadna koncepcja polityczna - żadna wizja państwa, która pomogłaby te oczekiwania zrealizować. Przeciwnie towarzyszy mu wiele asocjacji z dobrze znanymi już na świecie ideami - dotąd obcymi Ameryce - które realizację tych oczekiwań mogą tylko udaremnić. Rozczarowanie wyborców może w tej sytuacji być najłagodniejszym z finalnych efektów tej skredytowanej nadziei, gorzej, jeśli te lewicowe idee stojące za Obamą spowodują, że spełnienie jego „American dream" będzie powodem, że „American dream" stanie się niedostępny dla innych, którzy nie mniej go pragną.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)