Pod wpływem lektury „Rzeczpospolitej” przypomniałem sobie stare indiańskie przysłowie, które głosi, że każda wypuszczona strzała kiedyś wróci.
Gazeta opublikowała sondaż, z którego wynika, że Włodzimierz Cimoszewicz w drugiej turze wyborów prezydenckich pokonałby dotychczasowego króla wszelakich rankingów, Donalda Tuska. Były premier wyszedłby także zwycięsko z konfrontacji z urzędującym prezydentem, Lechem Kaczyńskim.
To ten sam Cimoszewicz, przypomnijmy, który wycofał się z poprzednich wyborów głowy państwa pod wpływem afery rozpętanej przez Annę Jarucką. Oskarżano go wtedy o fałszowanie oświadczeń majątkowych. To ta sama Jarucka, przypomnijmy, którą wyciągnęli wtedy z niebytu ludzie Platformy Obywatelskiej z pułkownikiem Konstantym Miodowiczem na czele.
A dziś? Dziś Donald Tusk mizdrzy się do Włodzimierza Cimoszewicza, żeby senator i niedoszły przewodniczący Rady Europy nie wystartował w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego. Na razie znany miłośnik żubrów wydaje się zainteresowany zalotami szefa Platformy, ale niewykluczone, że jeśli Tusk nie wykaże się dostateczną gorliwością, Cimoszewicz kolejny raz stanie w blokach startowych.
Można też tę sytuację oceniać w kategoriach psychologicznych. Cimoszewicz ma do wyrównania rachunek, a teraz pojawia się niepowtarzalna okazja, żeby dokonać zemsty. Pojawia się szansa, żeby wystrzelona przed kilku laty strzała wróciła. Z zatrutym grotem.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)