Odejście Jana Rokity z PO i Leszka Millera z SLD ułatwia porozumienie partiom osieroconym przez wyrazistych polityków.
Różni ich wszystko. Starli się podczas obrad komisji Rywina, która wyniosła na szczyty popularności Rokitę i pogrążyła Millera. Z jednej strony konserwatywny i prawicowy prawdziwy krakus, a sądząc po wyborze żony, nawet po krakowsku ekscentryczny i zarazem mieszczański do szpiku kości, jak to pod Wawelem; z drugiej – betonowy baron postkomunistycznej lewicy, prawdziwa opoka upiorów po PZPR, zaczynający karierę jako robotnik w Żyrardowie, a potem aparatczyk cierpliwie wspinający się po kolejnych szczeblach peerelowskiej kariery, wreszcie – główny autor niespotykanych rozmiarów zwycięstwa SLD w wyborach parlamentarnych z 2002 roku.
PO i LiD odcięły ekstrema, bieguny, które najbardziej się odpychały i choć w obydwu ugrupowaniach funkcjonują ludzie z podobnymi jak Miller i Rokita poglądami, nie są tak potężnymi osobowościami. Runą symboliczny mur między Platformą i lewicą, więc po wyborach będą mogły stworzyć koalicję i rządzić Polską.
Taką mniej więcej historię opowiedzieli mi dziś - niezależnie – znajomi działacze PO i LiD.
Czyżby?
A antykomunistyczny do bólu Radek Sikorski, którego owacyjnie powitano na wiecu PO? A Bogdan „Bomba” Borusewicz, od dziś również platformerski, ale zawsze trzymający się jak najdalej od lewicy? A tysiące terenowych działaczy SLD po pięćdziesiątce, twarde jądro tej partii, zapatrzonych w Millera jak w święty obrazek, tęskniący za czasami, kiedy ich partia dzieliła i rządziła?
Tego nie da się pogodzić. Jeżeli nawet po wyborach powstanie POLiD, jeśli zjednoczeni pod sztandarem antykaczyzmu politycy zawrą małżeństwo z rozsądku, taki alians nie potrwa długo. Bo każdy związek, w którym oprócz wyrachowania nie ma choć odrobiny empatii i wspólnych zainteresowań, jest skazany na klęskę. Mąż i żona nie wytrzymają długo pod jednym dachem tylko dlatego, żeby zrobić na złość wrednemu sąsiadowi.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)