Przy kasie na dworcu kolejowym stała kobieta z obrzmiałą twarzą, w dziwnej, włóczkowej czapce; w czerwonych, dużych dłoniach złożonych w koszyczek trzymała garść bilonu i prosiła o pieniądze.
- Proszę się zwrócić do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej – powiedziała moja żona, podała adres i godziny urzędowania tej instytucji.
Kobieta bełkotała coś niewyraźnie.
Moja żona z nienaganną dykcją powtórzyła, jak można otrzymać instytucjonalną pomoc.
Oburzyłem się szczerze, zarzuciłem żonie bezduszność i brak wrażliwości na cierpienie. Sięgnąłem do kieszeni, żeby wspomóc proszącą.
- Znam ją - powiedziała żona (która jest żoną w cywilu, a zawodowo - urzędnikiem samorządowym odpowiedzialnym za kontakty obywateli z lokalną władzą). - Rozmawiałam z tą kobietą w urzędzie. Dostaje wszystkie zasiłki i świadczenia, bywa u nas kilka razy w miesiącu. Nie cierpi biedy, która zmuszałaby ją do żebrania. Po prostu pije, przepija wszystko, co dostaje i dlatego musi żebrać na dworcu.
Moja dłoń została w kieszeni.
Kobieta przyglądała się naszej kłótni, a potem, gdy zauważyła, że dałem się przekonać żonie, zwróciła swój rozmazany uśmiech w stronę następnego pasażera, który w pośpiechu kupował bilet i chcąc uniknąć zwłoki, bo przecież spieszył się na pociąg, rzucił w złożone dłonie kilka monet.
Odeszliśmy od kasy w milczeniu.
Jestem obywatelem RP o lewicowych poglądach, więc powinienem pomagać słabszym, upośledzonym ekonomicznie, tym, którzy nie radzą sobie z wyścigiem szczurów. Ale jeżeli sobie nie radzą, bo ulegają słabościom – czy im także należy się troska? Gdzie jest granica między uzasadnioną ingerencją – choćby symboliczną – w indywidualny los jednostki, a obowiązkami wspólnoty zwanej państwem? Czy – i jak – powinniśmy odpowiadać za tych, którym powinęła się noga? Jak ci, którzy płyną na fali mają, traktować tych, których głowy znajdują się pod powierzchnią?
Czy to nie są ważniejsze pytania, niż dywagacje, czy Napieralski zastąpi Olejniczaka?


Komentarze
Pokaż komentarze (2)