„Myślę, że na dzisiaj wystarczy” nie wystarczy. Kazimierz Marcinkiewcz powinien do końca wszystko wyjaśnić.
Marcinkiewicz twierdzi, że prezydent (wówczas) elekt Lech Kaczyński namawiał w 2005 roku szefa ABW, Witolda Marczuka, żeby pracownicy Agencji założyli podsłuch ówczesnemu premierowi.
Marczuk zaprzecza, zaprzecza Michał Kamiński z prezydenckiej kancelarii, sprawę będzie badał prokurator, a Marcinkiewicz jest gotów na spotkanie z wariografem. Były premier deklaruje zarazem bezgraniczny szacunek dla prezydenta Kaczyńskiego, co dobrze świadczy o jego chrześcijańskiej postawie, nakazującej wszak wybaczać każdemu, nawet tym, którzy czynią zło.
Pozornie typowo PiS-owska, paranoiczna awantura ze służbami i podsłuchami w tle, doprawiona wzajemnymi, publicznymi oskarżeniami.
Nie rozumiem jednak logiki wydarzeń przedstawionej przez Kazimierza Marcinkiewicza. W wywiadzie w „Dzienniku”, który zapoczątkował aferę, były kurator z Gorzowa Wielkopolskiego, jak określają dziś bankowca z Anglii byli koledzy partyjni, wyjaśnia, że podsłuchy były potrzebne po to, żeby premierem został Jarosław Kaczyński. Ale jak podsłuchy miałyby wyeliminować Marcinkiewicza? Co miało z ich wynikać? Jaka wiedza? Na co liczył prezydent? Czy miał podstawy, żeby o coś podejrzewać Marcinkiewcza?
Czy dziennikarze mogliby dopytać byłego premiera o szczegóły, nie dając się zbyć sformułowaniem „Myślę, że na dzisiaj wystarczy”?
Inny były premier mawiał, że mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Marcinkiewcz odpalił polityczną bombę, ale potem schował głowę w piasek. Jednak czy tego chce, czy nie, odłamki trafią go w wystające nad powierzchnię fragmenty.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)