Krzysztof Bosak napisał niezłą recenzję filmu „Trzej kumple”. Nie odnosił się w niej bezpośrednio do poglądów, które reprezentowali z jednej strony główni bohaterowie filmu (np. Wildstein), z drugiej zaś ich dzisiejsi adwersarze (np. Michnik). Scharakteryzował jedynie film jako pewne dzieło artystyczne, jako dokument. Dzieło – powiedzielibyśmy - z wyższej półki, a dokument niezwykle wiarygodny i przekonujący.
I tu pojawili się zaciekli przeciwnicy „wczesnego” Wildsteina, tego który miał być przed laty „najpierw trockistą, później masonem”, na koniec najemnikiem PISu (i Kaczyńskich) w ugruntowywaniu specyficznej wizji przeszłości. Rzeczywiście pełnił on kolejno role, o które go owi jego ideologiczni przeciwnicy posądzają (i odsądzają). Ale co to ma wspólnego z oceną samego dzieła – dokumentu? Owi „ideologiczni” adwersarze Wildsteina zaatakowali pryncypialnie Bosaka, za nie reprezentowanie „narodowego punktu widzenia” i „narodowej wizji dziejów”: ośmielił się bowiem pójść „niestandardowo”, obiektywizująco, meta-historycznie. Dla ideologów przypisujących sobie monopol na interpretację „narodowej wizji dziejów” Bosak staną w obronie „trockistów” i tym samym zaświadczył, że w Młodzieży Wszechpolskiej nie ma dobrej formacji (tzn. uwzględniającej „narodową optykę”).
Na zarzuty „ideologów” (które najdosadniej wyartykułował w ich imieniu na Salonie24 red. J. Engelgard) odpowiedzieli stronnicy przeciwnej wizji dziejów, zarzucającej tym pierwszym przynależność do „endokomuny”.
Jakie jest moje w tej sprawie stanowisko? Otóż nie ma czegoś takiego, jak „narodowa wizja dziejów”. Jest albo prawda historyczna, albo kłamstwo, albo - naginanie prawdy dla celów propagandy ideologicznej. Prawda, kłamstwo i pół-prawda. Możemy tylko w pewnym bardzo przenośnym znaczeniu mówić o „optyce narodowej” w myśleniu o historii. Gdy mianowicie postrzegamy przeszłość nie jako – chaotyczny ciąg faktów, ale jako dzieje poszczególnych narodów w ich dążeniu do realizacji własnych interesów państwowych. Gdy uznajemy realność bytu narodowego i historię pojmujemy jako życie i rozwój narodów. Patrzymy wstecz jako na dziedzictwo najpierw własnego narodu, później wspólne (albo różnicujące) dziedzictwo całej rodziny narodów. Ale nawet w takim patrzeniu musi ponad wszystko kierować się naczelną dyrektywą poznawczą: poszukiwanie prawdy. Ci, którzy interpretują przeszłość w sposób zakłamany, tym samym szkodzą nie tylko prawdzie, ale – na dalszą metę – także swojej „ideologicznej” sprawie.
Co do „endokomuny”. Rozróżnijmy: narodowców, którzy nigdy nie zaakceptowali ani wewnętrznie (mentalnie), ani zewnętrznie (instytucjonalnie, politycznie) komunizmu, którzy całe życie z nim walczyli, byli represjonowani (jak mój mistrz polityczny – mec. Leon Mirecki, który ponad 11 lat przesiedział w PRL-owskich więzieniach) i których jedynym celem działalności było doprowadzenie do upadku komunizmu w Polsce; - odróżnijmy ich od „narodowców”, którzy pogodzili się z "dziejową koniecznością" komunizmu w naszej sytuacji geopolitycznej (jak B. Piasecki i środowisko PAX) i w ramach systemu „nawracali” na poglądy narodowe aparat państwa (brzmi to dziś naiwnie, ale wówczas inaczej to wyglądało). Pierwsi cierpieli i walczyli, drudzy pracowali cierpliwie z nadzieją, że „pozytywistyczne” przyczynki (np. wydawnictwo katolickie PAX) ocalą dla przyszłych pokoleń resztki myśli patriotycznej. Tych pierwszych mamy dziś za niezłomnych bohaterów, ci drudzy są powszechnie potępiani (w pierwszej kolejności przez michnikowszczyznę) i nazywani „endokomuną”. Komuną nigdy nie byli. Definiowali realizm nieco bardziej deterministycznie, niż ci pierwsi. I nie mieli racji.
Ja wywodzę się ze szkoły tych pierwszych. Ale na pewno i ci drudzy zasługują na obiektywną ocenę, pozbawioną zacietrzewienia ideologicznego. I nigdy nie nazwę ich „endokomuną”.
Ale i niechże oni nas - którzy komunizmu nigdy nie zaakceptowaliśmy, uważając go za zło wcielone i okrutne - nie wpychają na siłę i wbrew logice do obozu „trockistów”. To trąci logomachią.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)