W najbliższą niedzielę, tj. 1 lutego, o godz. 11.00 będzie gościł w Warszawie Declan Ganley, lider ruchu politycznego w Irlandii, który obalił Traktat Lizboński.
Przyjeżdża do Polski, by zainicjować porozumienie wielu środowisk patriotycznych, narodowych i konserwatywnych, którego celem byłoby referendum blokujące także w Polsce eurokonstytucję. Ganley dał się poznać jako polityk skuteczny. Nasze rozbite, często skłócone ugrupowania polskiej prawicy, znajdujące się dziś poza sejmem, mają szansę skonsolidować swoje siły wokół tego ważnego celu. Ganley buduje w całej Europie ugrupowanie Libertas. W niedzielę będzie okazja zapoznać się z wieloma szczegółami tego projektu.
Zanim jednak projekt ten został publicznie zaprezentowany, już pojawiły się zarzuty ze strony co gorliwszych zawodowych mącicieli, tych co to życie całe „poświęcili” rozwalaniu, intrygom i wzajemnemu oskarżaniu się o zdradę. Oto ich zarzuty. Pierwszy, że przywozi on pieniądze z zagranicy na finansowanie polskiej polityki. Z tego co pan Ganley mówi, żadnych pieniędzy na działalność jakiegokolwiek polskiego ugrupowania on nie przewiduje. Zresztą polskie prawo tego zabrania. Ganley co najwyżej zamierza wesprzeć kampanię referendalną, szeroką akcję informacyjną o Traktacie Lizbońskim. A to mu chyba wolno. Skoro karmieni jesteśmy kłamstwami na temat tego Traktatu, to wolno nam chyba, jako Narodowi, skorzystać z doświadczenia i wsparcia od kogoś, kto prezentuje stanowisko krytyczne.
Drugi zarzut, że Ganley jest za reformowaniem Unii, tymczasem polskie środowiska narodowe są za jej konsekwentną kontestacją (aż po projekt jej opuszczenia przez Polskę). To prawda. Tyle że kontestacja nie oznacza z naszej strony bojkotu wspólnych projektów politycznych np. dotyczących dziedzin życia bezpośrednio dotyczących interesów Polski. Skoro Naród polski zdecydował się na integrację z Unią, skoro już w tej Unii jesteśmy jako Państwo, to musimy skutecznie walczyć o nasze interesy, a nie biernie stać z boku z obrażoną miną. Dziś o sprawach Polski decyduje się nie tylko w Polsce, więc do prowadzenia polityki międzynarodowej w interesie Polski potrzeba siły politycznej obejmującej inne kraje członkowskie. Nawet wszyscy eurodeputowani z Polski razem wzięci (54) nic nie wywalczą, jeśli nie pozyskają jako sojuszników kolegów z Irlandii, Grecji, Hiszpanii, czy Włoch. Tu chodzi o sprawność, skuteczność, o najodpowiedniejszą metodę. Nie zaś o jakieś ideowe pryncypia. Dyskutujmy o metodzie. A ta jest wiarygodna i skuteczna.
Trzeci zarzut, że Ganley chce Polaków wykorzystać do zbudowania ugrupowania europejskiego, które poprowadzi (wygra?) wybory do europarlamentu. Dziś każdy eurodeputowanuy już jest w jakiejś europejskiej grupie politycznej (frakcji). Żadna z obecnych grup w europarlamencie nie odpowiada naszym zasadniczym interesom narodowym, ani naszemu światopoglądowi. Jeśli więc Ganley ma propozycję zbudowania nowej formacji, to jest to zrozumiałe i powinno spotkać się z naszym zainteresowaniem. I znów: to tylko metoda. Ważniejsze jest tu: jakie założenia ideowo-programowe będą stały u podstaw budowania tej formacji. Jeśli prawdą jest, a tak przynajmniej czytamy w oświadczeniach pana Ganleya, że
-po pierwsze chce on obalić euro-traktat,
-po drugie wprowadzić zasadę, że to wolne, suwerenne narody mają prawo w referendach (na wzór Irlandii), nie zaś tak jak ma to dziś miejsce – poprzez arbitralne decyzje pseudo-elit – decydować o przyszłości Europy,
-po trzecie, że chce on zastąpić obecnie rządzący establishment (odpowiedzialny przecież za kryzys ekonomiczny i moralny w Unii) nowymi elitami, bardziej związanymi z żywotnymi interesami narodów europejskich,
-po czwarte, że chce to wszystko budować na fundamencie wartości tradycyjnych i rodzinnych, to naszym obowiązkiem jest przynajmniej życzliwie obserwować rozwój wypadków.
Ja przynajmniej z życzliwością będę obserwował rozwój wypadków. Na pewno zaangażowanie Ganleya w politykę Polską nie jest na rękę polskim pseudo-elitom, na czele z największym faryzeuszem w sprawach traktatu i Unii - prezydentem.
Komentarze
Pokaż komentarze