O polonie 210 zrobiło się głośno w 2006 roku, gdy otruto nim mieszkającego w Londynie byłego oficera rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandra Litwinienkę (o przeprowadzenie zamachu oskarżono właśnie FSB). W tym tygodniu świat obiegła zaś wiadomość o tym, że prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas wydał zgodę na ekshumację ciała Jasera Arafata (chciała tego również żona Arafata). Naukowcy ze Szwajcarii znaleźli bowiem ślady polonu na ubraniach, które tuż przed śmiercią miał nosić legendarny przywódca Palestyńczyków i podejrzewają, że podobnie jak Litwinienko on również mógł zostać zabity za pomocą tego pierwiastka.
Dobra wiadomość jest taka, że dostęp do polonu ma naprawdę bardzo mało ludzi. Można go otrzymać jako produkt uboczny chemicznego przetwarzania uranu z reguły odbywającego się w reaktorze atomowym. A to, co się dzieje w tych reaktorach, jest pod dość ścisłą kontrolą.
John Croft, emerytowany brytyjski ekspert od promieniowania, twierdzi, że dawka, którą otruto Litwinienkę (Croft pracował przy jego sprawie), była tej wielkości, iż mogła zostać wyprodukowana tylko w którymś z rządowych ośrodków atomowych, najpewniej kontrolowanych przez armię. Na liście posiadaczy takich technologii i miejsc, w których się je stosuje, są zarówno Rosja - domniemany producent polonu, który zabił Litwinienkę, jak i Izrael, którego podejrzewa się o przyczynienie się do śmierci Arafata. Ale lista ta - jak zaznacza Croft - jest dłuższa i są na niej także USA i Wielka Brytania.
Fragment. Więcej na:
http://wyborcza.pl/1,75476,12111740,Polon___bron_wyrafinowanych_zabojcow.html


Komentarze
Pokaż komentarze (1)