Nie trzeba walczyć, jeżeli się nie chce.( ... ) Ale też nie trzeba utrzymywać w żywe oczy, że jest tak jak nie jest.
Józef Mackiewicz: Na drodze wielkiego ześlizgu (II)
Ta historia wydarzyła się tak dawno, że gdyby nie dające się w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć niezwykłe zachowanie płaskiej zielonej butelki po Becherovce, to w mojej pamięci nie byłoby po niej śladu. Podobnie jak po tysiącach innych zdarzeń z okresu, kiedy człowiek zaczyna stawiać pierwsze kroki w dorosłość. A zdarzenie, które opowiem, w żaden sposób nie mogło konkurować z niczym, co zdarza się ludziom między dzieciństwem a dojrzałością. Nie ma w nim, ani atrakcji, ani niezbędnej emocji, żeby koleinami pamięci toczyć się w mojej głowie taką kupę lat. Tu musiały zadziałać siły, których człowiek jeszcze nie rozpoznał, ale o ich istnieniu zaświadcza niezwykłość takich zdarzeń, jak ten ześlizg w Karlsbadzie. I niech nikt mi próbuje mówić, że to niemożliwe. Sam widziałem.
Ta butelka pełni taką samą funkcję w mojej pamięci, jak zakładka w książce, którą zaznaczmy ważny fragment, albo ulubiony wiersz, aby nie tracić czasu na jego szukanie w chwili, kiedy go nam potrzeba. Chociaż, to nie jest dobre porównanie. Ta ślizgająca się wbrew prawom fizyki butelka, jest raczej jak zwykły nośnik, który przenosi w przyszłość coś odłożonego na wszelki wypadek. Albo jeszcze inaczej. Jest jak ziarenko piasku, które dostało się do muszli perłopława i drażni jego gruczoły.
Niezwykłość tej sytuacji, polegała na tym, że po pustej uliczce, po wypolerowanej przez czas i ludzi kamiennej kostce, ześlizgiwała się bez żadnego widocznego powodu, butelka po Becherovce. Mimo, że nie miała, według wszelkich prawideł fizycznych, możliwości ześlizgiwania się po tych kamieniach, ona wszystkie te zasady miała gdzieś. Ślizgała się i już. Mało tego. Ona ześlizgiwała się tak szybko, że musiało być to powodowane czymś więcej, niż stromizną ulicy. A ulica była bardzo stroma. Nie muszę chyba dodawać, że na tej uliczce nie było w zasięgu wzroku nikogo, oprócz butelki, mnie i dwóch oddalających się Niemców. Ktoś jednak tej butelce musiał nadać energię do takiego ześlizgu. Ześlizgu na tyle niezwykłego, że odwrócił moją uwagę od Niemców, za to zapisał w pamięci całe to zdarzenie.
Wiele lat później, może dziesięć, może dwanaście przeczytałem artykuł Józefa Mackiewicza "Na drodze wielkiego ześlizgu". Przed oczami, jak na panoramicznym ekranie wyświetliła się retrospekcja tamtej ślizgającej się po karlsbadzkim bruku, butelki po Beherovce, likierze ziołowym, chlubie tego miasta, który jest od dwustu lat sporządzany wg. tej samej tajemnej receptury wymyślonej przez Jana Bechera.
Ale może zacznijmy powoli opowiadać, rzecz całą. Zaczyna się owa historia w starej księgarni w Karlovych Varach, przy tej właśnie, stromej uliczce. Zastygłem tam na długo przed regałem wypełnionym dziełami klasyków komunizmu. Co to był za widok!. Walczyłem z pokusą, aby tych książek nie wyjmować jedna po drugiej i głaskać dłonią po ich subtelnych tłoczeniach. Wydane były po rosyjsku, czesku i niemiecku. Wydane ze smakiem. Żaden kicz, zero ordynarności, nadmiernych złoceń i ornamentyki, po prostu - sznyt i surowa elegancja. Tak wydane książki zawsze budziły mój respekt. Właśnie respekt i chęć posiadania. Nie należę do osób, które w swoim życiu przeczytały zbyt wiele, o nie! proszę sobie nie myśleć. Jest raczej odwrotnie, z pewnością przeczytałem za mało, ale zawsze czułem wielką słabość do ładnie wydanej książki. Dobra, powiem prawdę. Nie przeczytałem nawet połowy tych książek, które kupiłem. Tu nie chodzi o snobizm, to rodzaj magii, to obietnica, że za tą elegancką powłoką kryje się jakaś godna okładki tajemnica. I wtedy pojawia się pokusa, która otwiera portfel. Niestety w wielu z zakupionych w ten sposób, żadnych tajemnic nie było.
Zarówno w mieście jak i w tej księgarni, Niemców kręciło się sporo i to nie tych z DDR-u. To było bardzo widoczne, że nie przyjechali z DDR-u. Zresztą, co tu kryć, dookoła unosił się jeszcze kurz spod kopyt i zapach koni ze stajni Franciszka Józefa, więc ja również, mimo, że ubrany na ten wyjazd przez polski Pewex za zarobione przez ojca bony, czułem się, nie tylko na tej starej, butelkowo - magicznej uliczce, ale nawet na tych ulicach, które zdołano już zepsuć socjalistyczną masą bitumiczną, jakbym przybył skądinąd. Z takiego miejsca, któremu nadaje się nazwy przechodnie, jakby tymczasowe, jakby nie warto było o tych miejscach, do których te nazwy się odnoszą, pamiętać zbyt długo. Tak, to zdecydowanie nie była kwestia ubioru. To było poczucie niesprawiedliwości.
To nie były kompleksy, ani zazdrość wynikająca z ekonomii i ogólnej wygody życia ludzi stamtąd, lecz jak dzisiaj to widzę, było to oczekiwanie. Jako człowiekowi bez rozbudzonych potrzeb materialnych, moja ówczesna bieda mi nie ciążyła. Zresztą, na tle swojego środowiska, nie było źle. W tamtych czasach młodzież maturalna nie miała jeszcze potrzeby posiadania samochodów, a rynek pokus nie był wielki i dawałem sobie na nim radę całkiem nieźle. Tu chodzi o coś zupełnie innego. Było dla mnie oczywistym, że mieszkającym po tamtej stronie żelaznej kurtyny znany jest los mojego kraju i wielka krzywda, jaka go spotkała po wojnie. I, że znają nasze głębokie pragnienie zmiany, naszą potrzebę uwolnienia się z tej sytuacji. Dzisiaj mnie to bawi, ale jak słowo daję wtedy wierzyłem w solidaryzm zachodniej demokracji z nami, z narodami skazanymi na powolną sowietyzację. Stąd brało się moje przekonanie, że oni są z nami, że interesują się naszym losem. Że mają świadomość naszej oczywistej krzywdy. Tak to należy widzieć. Było mi z tym ich zainteresowaniem niewygodnie, ale równocześnie pragnąłem go, gdyż z niego płynęła nadzieja. Świadomość, że moja nadzieja nie zależy jedynie od mnie, wtedy na progu życia, była bardzo dla mnie przykra. Znalazłem na ten stan własną nazwę: gorszość. Niezbyt oryginalna. Gorszość, czyli taki stan świadomości, kiedy wiemy, że ktoś myśli o nas, jako osobach oczekujących pomocy. W tamtym czasie była to dla mnie sytuacja wstydliwa, mimo, że chodziło o pomoc w wymiarze politycznym. Mimo, że chodziło o pomoc uzasadnioną i usprawiedliwioną. O pomoc należną.
Do księgarni wchodziło się wprost z kamieni, które już za Franciszka musiały być bardzo stare. A w środku, czekało sporo pozycji wydanych w języku, którym jeszcze nie tak dawno rozmawiały te ulice. Teraz ten język był już tylko popularny. I właśnie, kiedy tak stałem przed tymi komunistami, za moimi plecami dwóch Niemców oswajało się z brzmieniem nazwiska Bertolt Brecht. To ich rodak, i na dokładkę światowa sława. Tak im napisano w książce, która tu na nich czekała. A oni teraz to czytają i są zaskoczeni. Spory mieli z tym kłopot.
Rozumiałem ich rozmowę piąte przez dziesiąte, ale dostatecznie, aby dowiedzieć się, że oni obaj o istnieniu, tego wielkiego pisarza i dramaturga niemieckiego dowiadują się dopiero tu, w czeskiej księgarni. To było dla mnie duże zaskoczenie. Dla mnie, który Mutter Courage.. musiał poznać zgodnie z podstawą nauczania, czy jakimś innym urzędniczym rozdzielnikiem rozumu, w ramach przedmaturalnego standardu. Kiedy jeden z nich czytał: der große deutsche Schriftsteller und Dramatiker, w akustyce każdej głoski zmatowionej przez wiekowe mury, słyszałem furkot sztandarów rzucanych Jagielle do stóp. A po chwili kiedy ten furkot nieco osłabł, zrozumiałem, że oto zostałem wyzwolony z gorszości. Stoją teraz obok, dwa metry ode mnie, moi niedoszli wyzwoliciele i są bezradni wobec jednego Brechta. Jak oni mogą mi pomóc!
I choć dzisiaj widzę to zupełnie inaczej, to ciągle wraca ta zabawna scena, kiedy jeden Niemiec drugiemu Niemcowi, w czeskiej księgarni na skośnej ulicy, czytał po niemiecku o zasługach dla świata literata Brechta, a potem obaj dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy milcząc, bo szept der große deutsche... który mimowolnie wydobywał się z ich ust, zamierał przed następnym słowem tego zdania, słowem pisarz. To słowo nie chciało się wydostać z gardła nawet nieświadomie. Jak rybia ość, grzęzło im w grdyce i resztę musieli dopowiedzieć oczami.
Ilekroć pomyślę o Józefie Mackiewiczu i jego życiowej oraz wydawniczej tułaczce, pojawia się przed oczami ta niemiecka pantomima w Karlovych Varach. A co by było, gdybym znalazł w tej czeskiej księgarni jakąś książkę Józefa Mackiewicza?.. Ja wiem, że to niemożliwe, ale gdyby tak? Gdybym znalazł tam polskiego pisarza Józefa Mackiewicza?... cisza... jeszcze głębsza, niż tych dwóch Niemców, co nie znali Brechta.
Podskakuje w mojej pamięci jak butelka po Becherovce na kocich łbach, tej pochyłej ulicy, wspomnienie tamtej chwili, kiedy opuszczałem księgarnię wpatrzony w pakunki obu Niemców jak Zbyszko z Bogdańca w pawie pióra pod Krakowem. Na całe szczęście nic nie pękło, butelka ślizgała się dalej, i żaden Czech, ani żaden Niemiec, stąd i stamtąd, ani nikt w ogóle nie spytał mnie wtedy, o Józefa Mackiewicza. Co bym wtedy odpowiedział? Józefa? Coś ty! Cat!!, Stanisław Cat Mackiewicz, żaden Józef, takiego nie ma i nie było! i więcej się chłopie nie myl. I dołączył ciekawskiego do uprzednio nawleczonych na kopię pogardy, obu Niemców, co nie znali Brechta, i co mnie wyleczyli z gorszości. Szczęśliwie ominął mnie ten wstyd. Właściwie to nie musiałem mieć dużego szczęścia. Prawdopodobieństwo napotkania osoby znającej twórczość Józefa Mackiewicza było minimalne.
O Józefie dowiedziałem się parę lat później. Wtedy, kiedy Niemcy zabierali do domu Brechta i kogoś tam jeszcze z klasyków marksizmu, jako gratis od socjalistycznej propagandy, ja nawet nie wiedziałem, że młodszy brat Cata mieszka w Monachium i pisze po polsku. Pisze książki o nas, i naszej historii. Jakże innej, niż ta, którą pisali ówcześni polscy historycy.
Ciekawe czy w tamtych czasach, w Niemczech, w jakiejś atrakcyjnej miejscowości, też były takie urocze, jak ta czeska, księgarenki, w których można było nabyć pierwszorzędnie wydanego Józefa Mackiewicza po polsku? No, ciekawe?. Przypuszczam, że nie.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę do tej księgarni. Szczęśliwie dla Niemców, właśnie w chwili ich największego zakłopotania, pojawił się szpakowaty pan w dobrej marynarce o petitowym wzorze i bordowym fularze. Przybysz wyglądał dokładnie tak, jak wygląda kierownik czeskiej księgarni. Albo kierownik czegoś tam innego, byle czeskiego, i tylko ten fular zdradzał, że szpakowaty jest kierownikiem placówki kultury, a nie miejskiej oczyszczalni ścieków. No i świetnie gadał po niemiecku, ale to wśród nieco starszych mieszkańców była normalka. Szybko nawiązał z Niemcami kontakt i szybko płynną niemczyzną, rozminował atmosferę, i Niemcy wyraźnie rozluźnieni, najbardziej oczywistym gestem świata, dołożyli do wcześniej wybranych książek, również i tego nowo poznanego Bertolta Brecha, który tak ich przed chwilą zafrasował.Ekspedientkę, tlenioną blondynkę onarysowanych ustach, ale o naprawdę bardzo ładnej twarzy, kierownik wstrzymał ruchem ręki, kiedy ta usiłowała zapakować zakupy, i sięgnął do komunistycznego regału, skąd wyjął dwa efektowne egzemplarze i dołożył gratisowo do zakupów obu Niemcom. Jeden z nich powiedział zniżając głos schönes Buch, drugi przeczytał nazwisko autora, po czym obaj wybuchnęli śmiechem, zapewne na myśl, że to już drugi dzisiejszego dnia wielki pisarz niemiecki o istnieniu którego, do tej chwili nie mieli pojęcia. Poszwargotali jeszcze chwilę z kierownikiem, zapłacili i wyszli z tak eleganckim torbami jakich w życiu nie widziałem, w żadnym polskim sklepie. A w torbach tych wynieśli jakieś półtora metra ładnej półki.
Powtórzmy to raz jeszcze. Wtedy, kiedy Niemcy zabierali do domu Brechta i kogoś tam jeszcze z klasyków marksizmu, jako gratis od komunistycznej propagandy, ja nawet nie wiedziałem, że młodszy brat Cata mieszka w Monachium i pisze po polsku. Niemcy też nie wiedzieli. Za to poznali w trakcie wycieczki do Karlsbadu dwa nazwiska nieznanych sobie wcześniej, niemieckich literatów.
Wyszedłem zaraz po nich. Z pustymi rękami. Ale za to nauczony, jak łatwo sprawić, aby gdzieś w monachijskiej willi, obok klasyki niemieckiej i światowej, znalazło się miejsce dla Bertolta Brechta oraz trojańskiego prezentu od sowieckiej propagandy, świetnie wydanego Karla Liebknechta, albo innej Róży Luksemburg. Nie wiem oczywiście co zrobili z tym prezentem. Może przeczytali, może nie, może spalili w kominku, a może zdobi jakąś niemiecką półkę do dzisiaj? Kto to może wiedzieć. Tego nie wiedzą również autorzy projektu. Bo tego nie wie nikt, ile przyczółków myśli postępowej, rozkwitło po tamtej stronie świata, w wyniku takich działań, a potem wydało owoce. I rodzi nadal.
I zawsze, kiedy przypominam sobie to spotkanie, i to moje za Niemcami wyjście, to najwyraźniej ze wszystkich szczegółów tamtego zdarzenia, pamiętam jak ślizga się po średniowiecznych kocich łbach, ta płaska butelka ziołowego likieru, wprost do maleńkiej rzeczki, nad którą grupa Japończyków, brawami, podskokami, przysiadami i setką pstryknięć, witała każdego zapiętego pstrążka. Dwóch wędkarzy, zaopatrzonych niechybnie w dewizowe spec zezwolenia, popisywało się przed nimi swoim kunsztem. Obok hotelu o najwyższej możliwej ilości gwiazdek, przebiegała betonowa rynna na jakieś, trzy metry głęboka, na dnie której toczył swoje wody, po kostki głębokie, strumyczek. Zapewne raz może, dwa razy w roku wypełniał tę rynnę do pełna. Przez resztę, płynęła nią struga odsłaniając wybielone słońcem większe otoczaki .
Na dnie tej rynny ubrani w spodenki na szelkach i kapelusiki z piórkiem, dwaj już nie młodzi, ale sądząc po sylwetkach i ruchach, od starości jeszcze oddzieleni kordonem lat co najmniej kilkunastu, dwaj wędkarze łowili ryby metodą muchową. Technicznie przygotowani byli słabo, ale jakoś tam, udawało im się wyprowadzić trochę linki i położyć imitację, do której natychmiast oczkował jeden z mrowia pływających w potoku palczaków. Pewnie rezolutni Czesi, ze sto kilo dziennie tych pstrągowych podrostków wpuszczali do tej strugi. Ale dzięki temu przybyły z Bawarii dewizowiec, mógł imponować instynktem łowcy, wkomponowany w tło betonowej przyrody.
Łowili niezdarnie i bez wprawy, ale za to z jakichś powodów uznali, że powinni w tej rynnie się maskować i kryć, udając przed rybami, kogo innego. Kogoś, ze strony którego, nie grozi rybkom żadne nieszczęście. Stali śmiesznie przycupnięci, wciągali głowę w ramiona, pochylali w jedną lub drugą stronę, wykonywali półprzysiady (brzuszki, nie pozwalały na więcej) a nawet stawali na jednej nodze, kiedy druga ( ta zamaskowana ) schowana była z bocianią gracją, za nogę stojącą. Komedia. To nic, że od czasu do czasu, trzeba było się nagle wybronić przed upadkiem, gwałtownym przytrzymaniem się wiatru albo wędki, kiedy nadmiernie zamaskowane ciało znalazło się w zaskakującej sytuacji spowodowanej, na przykład, nagłym pojawieniem się w pobliżu polującej jaskółki, albo obsunięciem stopy na śliskim kamieniu. Jakoś udawało im się za każdym razem wybronić przed pacnięciem w wodę, ale gwałtowność ruchów oraz rumor kamieni powinien spalić miejscówkę. A oni nic. Ani nie zmieniali miejsca, ani nie rezygnowali z zabawy w maskowanie. A ryby nadal brały, jak przedtem. A krasnale nadal się na nie zaczajali. Po co? Nie mam pojęcia. Może nie potrafili przyjąć przykrej dla nich prawdy, że na dnie tej strugi jest więcej pstrągów niż kamieni, a w dodatku są to pstrągi sztuczne, hodowlane, oswojone z widokiem człowieka i pobudzane do ciągłego pobierania czegokolwiek, co pojawi się w zasięgu wzroku. Że są to pstrągi pozbawione instynktu samozachowawczego. Łowienie takich pstrągów uwłaczało godności Nemroda, którego poczuli w sobie, na dnie tej betonowej rynny. Więc kucali, przysiadali i tropili nadal, bo te zabiegi w ich mniemaniu podnosiły wartość zdobyczy i przydawały honoru, ich łowieckiemu rzemiosłu.
Ta sytuacja budziła we mnie wesołość, nie tyle ich komicznym zachowaniem, co ich mentalnością. Budziła też niesmak i wzgardę. Łowienie w takim miejscu i takich ryb uważałem i uważam za profanację idei wędkarstwa. Ale ci dwaj, z tej rynny, zapewne by mnie nie zrozumieli, nawet gdybym im to wytłumaczył doskonałą niemczyzną. Albo innym esperanto, bo tak naprawdę, to cholera wie, kto to był, i po jakiem gadał w dzieciństwie.
Swój spektakl odgrywali na asfaltowym deptaku, który kilkadziesiąt metrów biegł wzdłuż rynny, a potem łagodnym łukiem od niej odchodził i wspinał się na zalesiony stok, aby w nim zniknąć, ponad głowami Japończyków. Miejsce w którym asfalt ginął w ciemnej czeluści wyglądało z mojej perspektywy, jak wejście do jaskini, do której wiodła równa i szeroka ścieżka. Jak na bajkowej ilustracji.
Warto było jechać do Karlsbadu. Zdecydowanie warto. Tych pięknych książek nie kupiłem rzecz jasna, nie dostałem też żadnego bonusa, za to kupiłem swój pierwszy w życiu przyzwoity spining, niewyobrażalnie długą na tamte czasy, bo aż dwa metry siedemdziesiąt centymetrów, czeską Sony. To był dopiero szpan wśród kolegów posiadających, co najwyżej, dwa dziesięć długości, szklane kołki. A zanim jeszcze przekroczyłem granicę, przynajmniej ze trzech Czechów, zagadnęło mnie o ten kij. Pewnie był u nich bardzo poszukiwany. Schlebiało mi to, nie powiem. Odpowiadałem, celowo podając starą nazwę miasta: w Karlsbadzie. Aaa.. tak, jeśli tak, to co innego, odpowiadała mina Czecha. W Karlsbadzie, to całkiem inna sprawa. Tak właśnie było.
Sentyment do Becherovki pozostał mi na całe życie. Lubię ten trunek. Mam dobrego znajomego, który ma osobliwe hobby. Gromadzi, ale przede wszystkim pije wszelkiego rodzaju pokomunistyczne trunki, od gruzińskich koniaków, ukraińskich nastojek przez bułgarskie pliski, różne monastyrki, rakije i inne palinki. Zbiory bogate, a wrażenia po zwiedzaniu, jeszcze bogatsze. Zapewniam. Nazywa to likwidacja złogów komunizmu. Usłyszał gdzieś to hasło i bardzo mu przypadło.
-------------------------------
* tylko w tym miejscu, mojego tekstu, becherovka występuje jako napój alkoholowy


Komentarze
Pokaż komentarze (6)