11 obserwujących
12 notek
18k odsłon
  1936   0

Peronówka

Kiedy Lenin dowiedział się o tym co spotkało Różę Luksemburg i Karla Liebknechta, z wielkim żalem odniósł się do śmierci tego drugiego. Powiedział, że Karl Liebknecht był jedynym prawdziwym komunistą niemieckim, a po nim długo, długo nic. O Róży Luksemburg,  swojej ideowej przeciwniczce nie wspominał słowem. Kto wie, może jej śmierć była mu na rękę?. Ta urodzona w Zamościu dama była osobą na tyle wpływową w europejskim środowisku komunistycznym, że jej udział w niemieckiej rewolucji mógłby kolidować z pomysłami kremlowskiego geniusza. Przeciwnie, gdy chodzi o Liebknechta. Jego śmierć, dla programu rozszerzenia rewolucji bolszewickiej na Niemcy, była dla Lenina prawdziwą katastrofą. Po jego śmierci, pozostawał bez kadr. W przyszłości zadanie wspierania niemieckiego ruchu komunistycznego zostanie powierzone polskim komunistom, którzy już w drugim roku od powołania KPP musieli emigrować z kraju. Wszyscy osiedlili się w Berlinie i stamtąd kierowali działaniami partii w Polsce, a ich zadaniem z punktu widzenia Kominternu - podstawowym, było dmuchanie w rewolucyjne palenisko na terenie Niemiec. Słabiutkie i ledwo tlące. Proszę nie dać się uwieść liczebności niemieckiej partii komunistycznej, ani jej przyszłym doskonałym wynikom wyborczym. Komunizm podobnie jak sprawiedliwość ma bardzo różne odcienie. A nawet nie tylko odcienie, ale i inne barwy. Już w 1923 Gyorgy Lukacs na Węgrzech, a w tym samy Karl Korsch w Niemczech, a Antonio Gramsci we Włoszech odżegnują się od dogmatycznego i tępego intelektualnie bolszewizmu moskiewskiego. Zresztą i nasi komuniści również odmiennie rozumieli szereg marksistowskich pryncypiów. Czasami  jest mi ich nawet trochę szkoda, kiedy popatrzę na ich losy z bliska. No ale cóż, za ułudę często życie wystawia niewspółmiernie wysoki rachunek.

Ja tu nie odkrywam żadnej Ameryki. Tak jak śliwka wyda różne owoce zależnie od gleby i stoku na którym się ją posadzi, tak i ta sama ideologia nałożona na różną, (powiedzmy uczenie) mapę cywilizacyjną społeczeństwa, przyniesie  jakże często, całkiem inne efekty. Nic szczególnego w tym nie ma.

Tak samo jest z tym komunizmem. Przypuszczam nawet, że gdyby marzenie Lenina, w pewnym momencie się spełniło i faktycznie, komuniści niemieccy przejęliby władzę w kraju, to jego - Lenina, bardzo szybko mogliby spotkać na swojej drodze jacyś francuscy wolontariusze i zrobić z nim dokładnie to samo co zrobili z  Karlem Liebknechtem i Różą Luksemburg. Natomiast nigdy nie uwierzę w to, że leninowskie trójki oraz cała ta bolszewicka improwizacja zdałyby egzamin w konfrontacji z pruską kadrą wojskowo - urzędniczą. Zresztą historia te moje przypuszczenia potwierdzi. Z dwóch urodzonych na powojennej pustce moralnej bałwochwalstw: klasowego i rasowego, każdy naród wybrał dla siebie, to co jemu pasowało. Nasz sąsiad z lewej wybrał jedno, sąsiad z prawej drugie, a my pośrodku - ni pies, ni wydra, chcieliśmy żyć po swojemu. Nie dało się zbyt długo.

W tym tekście będącym w jakimś sensie uzupełnieniem mojej poprzedniej notki chciałbym zwrócić uwagę na dwa zadomowione w polskiej historiografii, mity .
Pierwszy, to mit słabych powojennych Niemiec, narażonych na ataki bolszewickiego wirusa i drugi związany z nim,  to mit Polski ratującej Zachód przed agresją sowieckiej rewolucji. Oba są nieprawdziwe, a mimo to ich wyplenienie z naszej świadomości jest w mojej ocenie, prawie niemożliwe. Piszę prawie, bo nie można tracić nadziei, że się kiedyś uda, gdyż oba mity uważam za szkodliwe. Wypaczają nam wizerunek Niemiec, naszego bezpośredniego sąsiada, oraz skłaniają do fałszywych wniosków na temat naszych ewentualnych aliantów, Francji i Anglii. A racjonalne decyzje podejmować można, tylko w oparciu o rozpoznane przesłanki, a nie mrzonki.

Kiedy Tuchaczewski wypowiedział swoje słynne słowa na zachód po trupie Polski tak często cytowane w polskich publikacjach, mało kto wie, że komuniści niemieccy udzielili mu odpowiedzi.  Frakcja Komunistyczna w niemieckim Reichstagu, ogłosiła w komunistycznym organie prasowym "Rote Fahne" oświadczenie, w którym napisali min.:

Niemiecka klasa robotnicza nie życzy sobie pomocy sowieckiej, bo sama potrafi dokonać swojej rewolucji.*

W czasie kiedy na łamach "Rote Fahne" ukazywało się powyższe oświadczenie, założyciel tej gazety, nie żył od półtora roku. Został zamordowany najprawdopodobniej z polecenia socjalisty z SPD - Gustava Noske, któremu powierzono kierowanie pacyfikacją wystąpień ulicznych, prowokowanych przez komunistów, po upokarzających ich zamiary, decyzjach Ogólnoniemieckiego Kongresu Rad w Berlinie w grudniu 1918 r. Celem tych wystąpień było usiłowanie zepchnięcia przeobrażeń ustrojowych w Niemczech, dokonujących się pod egidą armii i polityków o zapatrywaniach republikańskich, na kryterium uliczne. W takim rozwiązaniu celowali komuniści ze Związku Spartakusa. Wywołane przez nich, ( o co było stosunkowo łatwo w mieście dwustutysięcznego bezrobocia ) rozruchy uliczne w Berlinie zostały stłumione przez Freikorpsy. I tu mam pewien problem, gdyż chciałem już napisać, w ślad za większością polskich publikacji, "krwawo stłumione", ale przypomniałem sobie dane jakie znalazłem w jednej z publikacji, której autor podał  konkretną liczbą - 156 osób zabitych. Jestem przyzwyczajony do liczb związanych z rewoltą bolszewicką w Rosji, więc liczba ta jak na kilkudniowe starcia uliczne, w kilkumilionowym mieście nie wydaje się zbyt duża, ale niewątpliwie ofiary były, więc użycie tego zwrotu jest całkowicie uzasadnione.

Lubię to! Skomentuj21 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura