Do ośrodka leczenia uzależnień nie pojechałem po to, żeby się leczyć. Pojechałem tam, żeby dostać papierek, że nie jestem alkoholikiem i móc pić w spokoju. Nie słyszałem, że mam problem z alkoholem.
Obraziłem się na swoją terapeutkę, bo powiedziała, że jestem książkowym, alkoholikiem. I nie chodziło o to, że alkoholik. Chodziło o to że typowy. Przecież byłem wyjątkowy, specjalny, jedyny w swoim rodzaju.
Potem na mityngach słyszałem -„przyjaciel to”, „przyjaciółka tamto” i zastanawiałem się, o co tym gościom chodzi. Jeszcze bardziej zdziwiłem się, gdy zrozumiałem, że oni w to wierzą.
Słuchałem ich historii i zastanawiałem się, jako to jest z tym moim alkoholizmem, skoro po alkoholu raczej się dołowałem, niż chciałem kogoś bić, moim przestępstwem było, że wsiadłem po kilku piwach za kierownicę, żeby zawieźć Żonę z chorym Synkiem do lekarza.
Słuchałem, ale nie słyszałem. Aż wreszcie na którymś mityngu zamknąłem paszczę i otworzyłem uszy. Usłyszałem, że każda historia jest inna, choć mają wiele wspólnych punktów. Na terapii okazało się, że miałem książkowe objawy. I mam problem z piciem alkoholu. I dziś mówię z przekonaniem o przyjaciołach i przyjaciółkach z AA. Co więcej - wierzę w to.


Komentarze
Pokaż komentarze