Zwykle jestem spokojnym człowiekiem, który stara się być dla ludzi miły i sympatyczny. Nie używam zwykle przekleństw, wychodząc z założenia, że niewiele wnoszą do mojego światopoglądu.
Dziś miałem jednak zajęty dzień. Trudny, stresujący, wypełniony zajęciami od piątej rano do właściwie dwudziestej. Zjadłem śniadanie i potem udało mi się chwycić coś jeszcze na ząb.
Gdy chciałem zrobić sobie kolację i okazało się, że najpierw muszę spakować zmywarkę i rozpakować zakupy, wybuchłem.
Niepotrzebnie, bezsensownie i za mocno. Nie dlatego, że puściły mi nerwy, a dlatego, że byłem głodny. Byłem rozczarowany i rozzłoszczony.
Czuję smutek. Właściwie to już podczas wybuchu złości chciało mi się płakać. I nie potrafiłem powiedzieć, że po prostu jest mi przykro.
Teraz czuję wstyd i właściwie niepokój. Bo następne, co przede mną, to przeproszenie wszystkich. Łącznie z sobą.


Komentarze
Pokaż komentarze