Mam to do siebie, że czasem się nad sobą wciąż użalam.
Oczywiście, nie ma to już wiele wspólnego z tym, jak potrafiłem pławić się w samobiczowaniu się za czasów, gdy piłem. I dołowaniu się faktem, że świat jest podły, ludzie są wredni, a wódka jest droga. Szczególnie to ostatnie było problemem, choć nie zarabiałem źle i na alkohol nie brakowało.
Czasem jednak zdarza mi się odczuwać nieskończony, przerażający rozmiarami smutek. Nie wynika on z aktualnej sytuacji, nie pojawia się, gdy jest trudno. Po prostu nagle mnie ogarnia.
Próbuję się nie poddawać i dziś mam sposób. Modlę się. Chodzę. Mam przygotowaną playlistę, którą nazwałem „Na humor”. I przede wszystkim, pamiętam, że mam telefon. Nic nie poprawia mi humoru tak, jak rozmowa z przyjacielem. Z Żoną. Z ludźmi.
Czasem wychodzę na spacer. Idę wtedy koło sklepu, w którym często kupowałem wódkę. Koczują przed nim (właściwie naprzeciwko) jastrzębie, z tanim winem lub piwem w dłoniach. I to też poprawia mi humor, bo mogłem tam siedzieć. I to akurat powód do wdzięczności, że zatrzymałem się w porę.


Komentarze
Pokaż komentarze