Wybrałem się kiedyś na imprezę firmową. Oczywiście, alkohol lał się obficie, aż zaczęło mi to przeszkadzać. Pojechałem do domu i to dłuższą drogą.
Cała droga i tak kosztowała mnie dwie flaszki - pomyślałem sobie w pewnym momencie. I powiedziałem o tym terapeutce.
Panie Właśnie Dzisiaj - odpowiedziała ona. - Takie pijane myślenie? Skąd? Na tym etapie, na którym pan jest?
Zawstydziłem się. Rzeczywiście, etap życia, w którym wszystko przeliczałem na to, na ile butelek wystarczy i czy ten zapas wystarczy na założono czas powinienem już wtedy mieć za sobą. A jednak - wrócił ten sposób myślenia, bo poszedłem w miejsce znane z mojej dawnej, niechlubnej historii.
Mogę sobie mówić, że alkohol dla mnie nie istnieje, mogę sobie wmawiać, że nic dla mnie nie znaczy. Że go nie potrzebuję. Na poziomie świadomości - rzeczywiście. Wystarczy jednak, że powącham wódkę (a nawet maść z alkoholem) - i stare schematy wracają. Bo to nie jest tak, że pozbyłem się ich. Odsunąłem je od siebie, ale one wciąż się czają. Za rogiem.


Komentarze
Pokaż komentarze