W wielu opowieściach mityngowych przewija się motyw „bardziej zielonej trawy”. Chodzi o to, że po zaprzestaniu picia świat wydaje się kolorowy aż do przesycenia barwami.
Końcówki swojego picia nie pamiętam za dobrze. Dni zlewają mi się z nocami, mieszają się alkohole i szklanki, butelki z Mirindą wylewane do ponad połowy, aż traciły swój pomarańczowy kolor. Pomarańczowy to chyba jedyny kolor, jaki potrafię wyodrębnić, bo oprócz przeźroczystego toniku tylko mirindy lubiłem dolewać do wódki.
Świat początku mojego trzeźwienia wcale nie był bardzo kolorowy. Bałem się wychodzić, żeby nie skusiło mnie kupienie flaszki wódki. Bałem się wrócić do pracy, bo wstydziłem się siebie sprzed terapii. Obejrzałem cały serial Zagubieni.
Potem była kiblowata zieleń korytarzy szpitalnych i biel kliniki, choć ta, w zwyczajowej nazwie miała czerwień.
Na trzeźwo oglądam świat z dużym zainteresowaniem. Płótna Van Gogha i Renoira. Szarość bloku po drugiej stronie ulicy. Kolorowe światła muzeum fliperów i muzeum arkadówek. I zieloną trawę też widzę. Nawet lubię.


Komentarze
Pokaż komentarze