Ł
Jakoś dwa miesiące po terapii wylądowałem w szpitalu. Straciłem mnóstwo krwi, leżałem na OIOMie i myślałem o wszystkim.
Przede wszystkim w głowie tłukło mi się: dlaczego mi się to przytrafia? Gdzie te wspaniałe rzeczy, które miały się wydarzyć? Tymczasem byłem o krok od śmierci, zamiast w blasku i chwale pokazać swoją przepięknie trzeźwą i czystą twarz. I tak sobie próbowałem poruszać się w tym bagienku wymyślonej krzywdy, taplałem się w błocku swojego rozżalenia. Cierpiałem i nikt mnie nie żałował, bo na OIOMie pojawiają się tylko pielęgniarki, co jakiś czas sprawdzające czy wszystko w porządku. Pamiętam, że śmierdziało tam alkoholem - płynem do dezynfekcji, a jedna z nich przyniosła mi tabletki. W kieliszku. Pomyślałem wtedy, że po cholerę mi to wszystko. Pomyślałem, żeby wziąć ten kieliszek i polać sobie przy dystrybutorze.
Nie miałem telefonów do przyjaciół z AA. A może miałem i nie chciałem przeszkadzać. I wtedy pomyślałem, że Bóg, Jakkolwiek Go Pojmuję na pewno mnie słyszy. Zacząłem rozmawiać z Nim w myślach. Zasnąłem i spałem spokojnie.
Dziś nie wstydzę się tej sytuacji. Jestem wdzięczny że na tak wczesnym etapie udało się mnie zdiagnozować.Mam mnóstwo numerów i nauczyłem się, że nawet jak nie mogę zadzwonić, zawsze mogę napisać SMS lub jakimś komunikatorze. W samotności dobrze się pije - powiedział ktoś na mityngu. - Trzeźwieć samemu nie da rady.


Komentarze
Pokaż komentarze