Trwanie w nałogu przypomina mi dziś wielką wodę, w której wystarczy się położyć i leżeć. W końcu jestem świetnym pływakiem. Nie chce się ruszać palcem, bo jest przyjemnie i leniwie. Tylko w pewnym momencie straciłem równowagę i zacząłem tonąć. A wtedy okazało się, że wcale nie jestem takim świetnym pływakiem. Udało mi się jakoś sytuację opanować, więc trwałem. Było bezpiecznie - z jednej strony, a z drugiej - bałem się ruszyć.
Gdy przestałem pić, przestałem bać się ruszać. Co więcej - odkryłem, że ruch jest interesujący i odkrywałem kolejne możliwości oraz sposoby poruszania się. Byłem już za stary by chodzić na rękach, z czym musiałem się pogodzić.
Wychodząc poza metaforę, jednym ze sposobów mojego trzeźwienia był ruch. Chodziłem na długie spacery, jeździłem na rowerze. Próbowałem kilku sportów. Teraz z przyjaciółmi ze Wspólnoty AA gramy w tenisa stołowego.
Jeszcze dłuższa droga za mną jeśli chodzi o rozwój duchowy. Umiem opanować emocje, umiem się uspokoić. Umiem się nie poddawać. I wziąć wdech. A potem wydech i znów. Pomaga.


Komentarze
Pokaż komentarze