Swego czasu byłem na imprezie firmowej. Nie mogło obyć się bez dwóch nieodzownych elementów takich spotkań: zabaw integracyjnych i - żeby lepiej szły - alkoholu.
Jedno z takich ćwiczeń polegało na tym, że koledzy i koleżanki z mojego zespołu stali tworząc swoistą siatkę ze splecionych rąk. Ja stałem nieco wyżej. Moim zadaniem było, gdy oni byli gotowi i mi to oznajmili, wychylić się do tyłu i spaść na tę siatkę.
Powiedzieli nam, że to ćwiczenie pomaga w budowaniu zespołu, bo podnosi wzajemne zaufanie.
Byłem już na tyle pijany, że gdyby mi powiedzieli, że w ramach imprezy trzeba jeszcze raz zrobić to bez zabezpieczenia ludzi za mną, ale za to dostanę piwo przez cały rok, pewnie bym to zrobił.
Zaufanie Bogu, Jakkolwiek Go Pojmuję, nie przyszło od razu. Nie przyszło też łatwo. Do czasu, gdy poszedłem na mityng spikerski podczas którego przemawiająca alkoholiczka powiedziała: Odkąd zawierzyłam Bogu, przestałam spieszyć się na autobus. Wtedy dotarło do mnie, że tu nie chodzi o Tajemnicę Wszechświata, nie chodzi o wiedzę i potęgę superbohatera, który jest w stanie pomóc wszystkim. Chodzi o życie - spokojne, codzienne życie. Wiarę w to, że jeśli nie zdążę na autobus, Bóg, Jakkolwiek Go Pojmuję, przygotował coś, co mam zobaczyć lub przeżyć jadąc następnym.
To takie proste.


Komentarze
Pokaż komentarze