Końcówki swojego picia nie pamiętam. Dni zlewają mi się z nocami, wszystko wydaje się czarne. Ciemne. Brudne. Jakby było za mgłą, albo lepiej - gdyby chmury zakryły słońce i dlatego zupełnie nie było światła.
Nie widziałem drogi przed sobą. Nie miałem nadziei ani nawet chęci jej szukania.
Obraziłem się na Boga, którego znałem jako starszego pana z długą brodą, siedzącego na chmurce. Kościoły (jako budynki) mi przeszkadzały, podobnie jak irytowały mnie starsze panie, które go nich uczęszczają.
Byłem samotny z wyboru. Nie miałem marzeń, bo nie było mnie na nie stać. Pieniądze wolałem wydać na alkohol. Albo wydawało mi się, że nie ma innego wyjścia. Nie widziałem innego sposobu ani nie miałem innego pomysłu na siebie.
Czy wierzysz w jakąś wyższą siłę sprawczą? - zapytała mnie terapeutka na oddziale odwykowym daleko stąd.
Gdy się nad tym zastanowiłem, pomyślałem, że wierzę, iż jest jakaś wyższa siła, która tym wszystkim rządzi i wszystko to rozumie. Której to wszystko musi podlegać. Która ma kontrolę.
I nie jest to starszy pan z brodą siedzący na chmurce.
Ta myśl była niepokojąca, ale bardzo kusząca. I wspierająca, choć jeszcze wtedy nie miałem wiary.


Komentarze
Pokaż komentarze