Nie pamiętam ostatniego okresu picia. Mam przebłyski, że byłem w pracy, że na kogoś nawrzeszczałem, że obiecałem sobie jednego drinka, a obudziłem się pod kroplówką.
Są to wyjątki w okresie ponad roku, który widzę jako czarny, ciemny i złowrogi, jakby pokryty mrokiem, albo tam ukryty.
Tym Mrokiem ze Wschodu (Władca Pierścieni) byłem ja sam. Zgodnie z zasadą, że u siebie nie widzisz belki a w oku kogoś zobaczysz malutką drzazgę, codziennie mierzyłem się z wieloma problemami. Na przykład: gdzie kupić flaszkę, żeby nie uznali, że mam problem? Kupowałem tu czy tam wczoraj? Nie bardzo pamiętając ostatecznie szedłem na drugi koniec miasta, gdzie okazywało się, że właściwie wpadłem na ten pomysł wczoraj lub przedwczoraj. Kobieta przede mną stawała się moim śmiertelnym wrogiem, bo zbierała zakupy zbyt wolno i nie mogłem wyłożyć flaszki. Człowiek, który przejechał obok mnie chodnikiem na rowerze zasługiwał na soczystą wiązankę dotyczącą jego przodków obu płci do czwartego pokolenia wstecz.
Nie lubiłem patrzeć w lustro, widząc tam zmęczoną, zarośniętą gębę o przekrwionych oczach, w wyświechtanej koszulce sprzed tygodnia i zastanawiałem się, czemu na ustach gość ma ten dziwny grymas zamiast uśmiechu. Zapomniałem jak się uśmiecha.
Stawiłem czoła swoim lękom, przeszłości i nerwom. Lubię dziś siebie i lubię być ze sobą, choć nie zawsze się sobie podobam. Wtedy sięgam po maszynkę albo idę zmienić koszulkę. Zawsze mam czystą pod ręką.


Komentarze
Pokaż komentarze